środa, 13 sierpnia 2014

Na wysokości


Wtorek 9.00 rano. Jedziemy na grzyby, mamy poznać kolejne "sekretne" miejsce Mario. Upał wyjątkowo nie doskwiera, nad wzgórzami wiszą mgliste chmury, to nawet lepiej, przynajmniej się człowiek nie zleje potem. 
- Aparat weź!
- Po co ci aparat na grzybach? - pyta Paw.
- Jak to po co?
- Będziesz się wspinać z aparatem?
Odpuszczam. Aparat zostaje w domu, a my jedziemy w góry.
- Trzeba się będzie trochę natrudzić - uprzedza kolejny raz Mario. - Ręce będą wam potrzebne, bo ściana jest stroma, łapiąc się drzew wciągacie się coraz wyżej. Ale to tylko jakieś 10 minut takiej drogi, a potem miejsce prawdziwkowe jak z bajki, rozłożyste, z poduszeczkami mchu ...  
- Tak jak w Lutirano?
- Krócej, ale bardziej stromo. 
- Damy radę! Przynajmniej taką mam nadzieję - dodaję w myślach.
Kiedy mijamy łąki Casaglii, złość mnie bierze, że aparat został w domu. Jest pięknie. Szaro grafitowe chmury otulają delikatnie wzgórza. Widać tylko ich zarysy, pojedyncze drzewa na horyzoncie, gdzieś w oddali próbuje przebić się słońce. Zatrzymujemy samochód w miejscu zwanym Curva di Cencione. 
Mario zmienia buty na kalosze, w kracistej koszuli i morowych spodniach, wygląda jakby uciekł z jakiejś bajki. Moje buty do biegania, to chyba nie był najszczęśliwszy pomysł, ale przecież to tylko wypad na grzyby, a nie zdobycie Mount Blanc. 
Idziemy kilkadziesiąt metrów szosą. Potem przeskakujemy rów i stajemy przed pionową niemal ścianą, której dotykamy nosem. 
- To tu - potwierdza Mario - łapcie się drzew.
Paw kwituje to tylko niecenzuralnym słowem. Rzeczywiście, dobrze to nie wygląda! Zaczynamy nierówną walkę ze stromym zboczem. 
- O grzyb! - krzyczy Paw.
- Eee pewnie niedobry - neguje Mario - grzyby zaczynają się wyżej. 
Paw nie odpuszcza, wie swoje. Potrzebuje kilku minut, by do grzyba się przedostać, a my czekamy. 
- I kto jest królem? - pyta po chwili usatysfakcjonowany, demonstrując nam prawdziwka. 
Idziemy dalej. Choć idziemy nie jest tu słowem adekwatnym. Wspinamy się łapiąc za gałęzie, kępy traw. To niezbyt rozsądne, w takich trawach mieszkają żmije. Już nie wiem co lepsze zjechać w dół, czy prowokować gady. Kiedy po kilku minutach spoglądam za siebie, zaczyna kręcić mi się w głowie. Jesteśmy jak pająki przyklejone do ściany. Mario brnie na przód, odwracając się co chwilę do tyłu, by skontrolować czy dajemy radę. Momentami jest tak stromo, że już nawet nie ma za co łapać. Przystajemy na skalnej półce. 
- Jeszcze drugi taki kawałek i jesteśmy na miejscu - pociesza nas Mario.
- Ile??? Cały czas tak stromo?
- Kasia ja wracam. Ja mam dla kogo żyć - deklaruje Paw.
Jestem między młotem a kowadłem. Nie lubię się poddawać tylko dlatego, że droga jest trudna. Zerkam jeszcze raz w dół. Asfaltową serpentynę mam dokladnie pod sobą, widzę przemykających między drzewami rowerzystów. Poza tym skały i kamienie. Jak się poślizgnę to zostanie ze mnie mokra plama. To nie jest dobry pomysł. Ja też mam dla kogo żyć. Siedzimy jeszcze chwilę, przycupnięci. Paw się wycofuje. 
- Ty idź dalej - mówię do Mario - w końcu nie na darmo tu przyjechaliśmy. My powoli schodzimy, to zbyt niebezpieczne. Już mi się uginają kolana, mam lęk wysokości. 
Zsuwamy się teraz w dół, centymetr po centymetrze, metr po metrze, powoli, ostrożnie. 
Oddychamy z ulgą, kiedy znów stawiamy stopy na asfalcie. Zła jestem na siebie, nie lubię słabości. Tym razem 1:0 dla rozsądku. 
Czekając na Mario próbujemy podejść w łagodniejszych miejscach, ale grzybów nie ma. Poza jednym prawdziwkiem, którego znalazł Paw, nawet nasz przyjaciel schodzi z gór z pustymi rękami. 
Zdjęć oczywiście nie mam. Musicie uwierzyć mi na słowo.  

Zamiast tego sierpniowe Marradi. - Mamusiu to jest jak ta Droga Rozkoszy z Ani z Zielonego Wzgórza - stwierdził Tomek. I rzeczywiście ... pięknie jest na każdym kroku. Znów wszystko kwitnie, nawet moje glicine...

FATICA to znaczy TRUD (wym. fatika)

6 komentarzy:

  1. No rzeczywiście pięknie wyglądają te drzewa :) Pozdrawiam słonecznie!
    zrealizowacmarzenia.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani Kasiu nie ma co się złościć na siebie za rezygnację przy takim ostrym podejściu. Jak się ma dla kogo żyć to czasami lepiej odpuścić i nie ryzykować- może kiedyś odważy się pani po raz kolejny a tym czasem przynajmniej (samolubnie ;)) mam pewność że pojawia się kolejne posty w Domku z kamienia ;).
    Pozdrawiam
    Karolina

    OdpowiedzUsuń
  3. Ogólnie lepiej odpuścić i mieć okazję spróbować jeszcze raz, niż spaść...

    OdpowiedzUsuń
  4. Łał! Kasiu, chciałabym Was tam zobaczyć :-)

    PS. Pierwsza część opisu naszych wakacji już jest http://cichy-blog.pl/wypad-na-bagno-czyli-toskanski-zjazd-w-kilku-aktach/ ;-) Wszystko będzie tutaj: http://cichy-blog.pl/ więc jeśli macie ochotę zaglądajcie i czytajcie ;-) Zapraszam do lektury :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. to musiała być ciekawa wyprawa chyba naprawdę szkoda że nie wzięłaś aparatu

    OdpowiedzUsuń
  6. przepięknie .... pozazdrościć - zapewne Pani sobie gratuluje tej znakomitej decyzji związanej z nowym miejscem życia
    pozdrawiam
    Iwona

    OdpowiedzUsuń

Drukuj