czwartek, 29 maja 2014

"Przyjdźcie mnie odwiedzić".


Takie zdanie słyszę tu niemal każdego dnia. Początkowo myślałam, że to tylko kurtuazja, "bo tak wypada", "bo tak się mówi". Jednak szybko zweryfikowałam moje zdanie w tej kwestii. Takie zaproszenia są tu powtarzane regularnie, konsekwentnie ze szczerością. Tak czy inaczej wiele jeszcze muszę się nauczyć, zaczerpnąć odważnie z włoskiej mentalności i pozbyć się oporów, by na te zaproszenia odpowiadać wizytą. Wciąż mam głęboko zakorzenione myślenie - będę przeszkadzać, nie chcę się narzucać, a jeszcze moja wrodzona nieśmiałość wcale mi w tym nie pomagają. Jednakże jestem we Włoszech, w Toskanii! Tu jak sama wielokrotnie pisałam - ludzie są ze sobą, lubią być ze sobą i to się czuje. Do mnie też często wpada ktoś niezapowiedziany, czasem zatrzyma się tylko przy furtce na chwilę rozmowy, czasem przysiądzie na tarasie, czasem na kawę czy kieliszek czegoś mocniejszego. To zjawisko, które w większych miastach jest już na wymarciu. 
Wczoraj popołudniu odpowiadając na jedno z powtarzających się zaproszeń, wybraliśmy się do oddalonego od naszego domu o zaledwie kilometr Camurano.
Camurano to nie miasto, ani nawet miasteczko, określenie wioska też nie bardzo pasuje. Osada wydaje się być słowem najbardziej adekwatnym - wszak to tylko kilka domów ciasno przyklejonych do krętej drogi prowadzącej do Florencji. W jednym z tych kamiennych domostw mieszka przyjaciel Mario - Silvano ze swoją żoną i nastoletnim synem. Odkąd poszedł na emeryturę ma dużo wolnego czasu i tym chętniej zaprasza gości. 
Na początku uprzedzony o mojej fobii musiał eksmitować na dwór kota, wielkości tygrysa, choć nie mógł pojąć, jak można bać się kota i to jeszcze takiego kota, który jak sam twierdził dobry jest jak chrześcijanin! Tak czy inaczej fobia jest fobią i kot dostał przymusowe wychodne. Usiedliśmy w niziutkiej, przytulnej kuchni, na stole wylądowała butelka z ciemnym napitkiem. Silvano rozlał do kieliszków aksamitną nalewkę z małych dzikich śliwek, a my nie mogliśmy się jej nachwalić. Rozmawialiśmy o wszystkim o truflach, o polowaniach, o jedzeniu. Towarzyszył nam również Luca - syn gospodarza, który szkoli się na kucharza i obecnie praktykuje w jednej z naszych ulubionych restauracji. Rozmawialiśmy, i rozmawialiśmy, a napitku z butelki ubywało. Luca pokazał nam zdjęcia żmii - bestii, którą kilka dni wcześniej zatłukli nad rzeką. Okaz tak duży, że nawet Silvano większej w życiu swoim nie wiedział. Po rozmowie zeszliśmy na tarasy, które piętrowo schodzą za domem do samej rzeki. Luca pochwalił się swoim warsztatem i motorami, zobaczyliśmy cantinę i niespotykanie duże rogi kozła, skomplementowaliśmy ogródek, gdzie posadzono nawet rzadko spotykane tu krzaki porzeczki. Aż w końcu nastał wieczór i musieliśmy serdecznie się pożegnać. Podziękowaliśmy za mile spędzony czas i nalewkę. I jeszcze na koniec Silvano spytał: - A miętę masz? A może byś chciała doniczkę? - Oj chętnie, chętnie! - ucieszyłam się. - Nawet dziś pytałam w ogrodniczym o miętę, bo ta moja to ozdobna, prawie bez smaku. - Trzymaj - Silvano wręczył mi mały krzaczek, a po kuchni rozszedł się charakterystyczny zapach. 
Wracaliśmy w radosnym nastroju. Chłopcy zrywali maki rosnące przy drodze, a słońce chowało się za wzgórzami. Niby nic wielkiego, a ja znów miałam to poczucie, że niezwykłość jest tu w każdym dniu.    



ODWIEDZIĆ to po włosku ANDARE A TROVARE

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj