sobota, 5 kwietnia 2014

Garść turystycznych info i o naszym oswajaniu Rzymu.



Kiedy w Warszawie musiałam załatwić urzędowe sprawy wsiadałam w autobus i za kilka przystanków byłam w urzędzie gminy, gdzie mogłam załatwić wszelkie formalności - czy dowód, czy paszport, czy cokolwiek innego. Tu jest to trochę bardziej skomplikowane, ale jednak nie tak skomplikowane, jak myślałam, a koniec końców okazuje się, że może być nawet przyjemne.




Roma! Wieczne miasto! Otóż to! Pretekst, by przez jeden dzień pobyć w Rzymie. Polacy mieszkający w Italii od Toskanii w dół podlegają Rzymowi, wszyscy powyżej jeżdżą do Mediolanu.

schody hiszpańskie w tle
Przestudiowaliśmy mapę i różne wersje podróży i okazało się, że najszybciej i najbardziej ekonomicznie będzie pociągiem. Oczywiście w tym miejscu muszę też nadmienić, że to ogromny komfort mieć tu kogoś, komu można powierzyć dzieci na cały dzień i spokojnie załatwiać swoje sprawy. Ponieważ pociąg z Marradi do Florencji odjeżdżał o 5.29, zatem już od tej godziny pieczę nad chłopcami przejął Mario. 

Wizytę w konsulacie w Rzymie mieliśmy umówioną na godzinę 10.40, musieliśmy więc tak zaplanować podróż, by mieć pewność, że dotrzemy na czas. Dlatego też już o 5.30 byliśmy w pociągu do Florencji. Pociąg jedzie godzinę. W stolicy Toskanii mięliśmy czas by obudzić się kawą, zjeść śniadanie, kupić bilet i spokojnie poczekać na następny pociąg. I tu pierwsza przydatne turystyczne info. Jeśli planujecie podróże szybkimi pociągami rezerwujcie bilety i kupujcie przez internet, a przede wszystkim kilka dni wcześniej, ceny zmieniają się jak w kalejdoskopie. My odkryliśmy to przy kasie, kiedy staliśmy przed okienkiem z odliczoną kwotą, a bileter niemiło nas zaskoczył. Mądry Polak po szkodzie, teraz już wiem i przekazuję wiedzę dalej. Tak czy inaczej jeśli zaplanuje się podróż wcześniej, można znaleźć mnóstwo ofert i pojeździć po Italii naprawdę tanim kosztem!

Strzała!

Pociąg z Florencji do Rzymu jedzie, a raczej mknie 1,5 godziny! Ledwo się zdążyłam nacieszyć pędzącą "strzałą", a tu już Roma Termini! Przed wyjazdem przestudiowaliśmy dobrze połączenia - metro i tramwaj, więc poruszaliśmy się pewnie niemal jak rzymianie. Metro - przynajmniej ta linia i te stacje, które widzieliśmy woła o pomstę do nieba - brudno i ciasno! I już w tym momencie przypomniało mi się dlaczego tak zaczęła uwierać mnie Warszawa. Chaos i pęd! Wpadliśmy znów w tryby wielkiego miasta. Kolejna informacja turystyczna - jeśli planujecie intensywny dzień w Rzymie warto kupić bilet jednodniowy na wszystkie środki komunikacji miejskiej. Kasujemy raz i jeździmy do północy - koszt biletu to 6 euro. 

ulice Rzymu

Dotarliśmy do ambasady 15 min przed czasem, bo na koniec poplątaliśmy ulice, ale w tym wszystkim to był drobiazg, bo poszło nam naprawdę świetnie. Kiedy stanęliśmy przed drzwiami ambasady, pani przez domofon poinformowała nas, że to nie tu, że mamy się zgłosić w konsulacie. Przez chwilę zrobiło mi się gorąco, czy to aby nie w drugiej części miasta, ale miła pani szybko dodała, że to blisko - zaraz za rogiem. Formalności w konsulacie trwały 10 minut. Napiszę osobny artykuł o tym kogo w poczekalni widzieliśmy i co słyszeliśmy, bo tu za dużo treści i za dużo wszystkiego:)

Piazza del popolo

Kilka minut po 11.00 wyszliśmy z konsulatu i mieliśmy ponad trzy godziny na szwendanie się po wiecznym mieście! Zdecydowaliśmy, że podjedziemy tramwajem do Piazza del Popolo i spacerkiem będziemy się przesuwać w kierunku stacji. Bez konkretnego planu bez pośpiechu ...

Restaurator starych lalek

Na placu zaatakowały nas "turystyczne atrakcje" - Mister, mister, foto con gladiatore? 
Gladiator wyglądał raczej jak centurion, ale nie bądźmy drobiazgowi! W każdym razie za zdjęcie podziękowaliśmy.

Tybr

Obiecaliśmy Tomkowi zdjęcie Tybru, więc z placu przeszliśmy do najbliższego mostu, postaliśmy chwilę, popatrzyliśmy w bure odmęty, a w głowie zadźwięczał mi Baglioni i nie opuścił mnie już do końca dnia...   



 A potem wąskim uliczkami, z Baglionim w głowie spacerowaliśmy, mijając Schody Hiszpańskie, Via del Corso, Piazza della Repubblica. W końcu dopadł nas głód, ale jak łatwo się domyśleć - znaleźć bar, gdzie jadają rzymianie w samym centrum miasta, wcale nie było takie łatwe. Zagłębiliśmy się więc w labirynt uliczek, gdzie stały same rządowe budynki i trafiliśmy do podrzędnej jadłodajni, gdzie z racji pory obiadowej, zaroiło się też od panów w mundurach. Stwierdziliśmy, że tu nie obedrą nas z i tak skromnego budżetu, a jest szansa, że zjemy dobrze. Tak też było, pizza była naprawdę smaczna - jedna na ciepło z cukinią i druga na zimno z bufalą i czarnymi oliwkami. Posileni, choć już mocno zmęczeni ruszyliśmy dalej.  

Santa Maria Maggiore


Santa Maria Maggiore, Piazza Vittorio Emanuele II... Tu na chwilę rozłożyliśmy się jak wszyscy dookoła, na trawniku pod palmą i daliśmy schodzonym nogom odpocząć. Kierując się już do stacji, trafiliśmy przypadkiem do rzymskiego "chinatown". Hmmm zadziwiające. Sklepiki pełne niewyobrażalnej tandety, ale kiedy rzymianie opuszczali rolety, tu wszyscy wciąż pracowali jak mrówki.


Cucina italiana w chińskim wydaniu

Mięliśmy jeszcze sporo czasu do odjazdu pociągu, ale byliśmy wypompowani i postanowiliśmy te ostatnie minuty posiedzieć na stacji. Sprawdziliśmy na tablicy z którego peronu odjeżdża nasz pociąg, ten stał już na torach, sprzątany po poprzedniej podróży, usiedliśmy więc na ławeczce i czekaliśmy cierpliwie aż wyświetlacze obwieszczą, że można wsiadać. I tak sobie siedzieliśmy i siedzieliśmy, aż zostało niecałe 10 min do odjazdu, patrzę na wyświetlacz a tam: Torino! Cholera jasna to nie nasz pociąg! Zerwaliśmy się w panice, szybko - jeszcze raz tablica - partenze - jest - uff... tuż obok. Nasza "srebrna strzała" do Florencji! Wsiadamy, po pięciu minutach pociąg rusza, po kolejnych pięciu ja zasypiam. Drzemka jest jednak krótka, bo cegła Oriany Fallaci zsuwa mi się z kolan prosto na stopy. Auć! I po drzemce... więc znów zerkam na mijany krajobraz, Lazio... Toskania... Owce na zielonych pastwiskach, strzeliste cyprysy, kamienne domostwa ...

 O 16.20 jesteśmy znów we Florencji. Niestety jeszcze 1,5 godziny do odjazdu pociągu do Marradi, a spacer po toskańskiej stolicy, to ostatnie na co mamy ochotę. Z radością odkrywamy, że za 20 minut odjeżdża inny pociąg do Borgo San Lorenzo, to połowa drogi między Marradi a Florencją. Jeden telefon do Mario i wszystko załatwione! Bierze dzieciaki i wyjeżdżają po nas do miasteczka.
- Mamusia!!! Jak było w Rzymie?? Zrobiłaś mi zdjęcia Tevere?
- Zrobiłam, zrobiłam! Zaraz wszystko ci opowiem...

ETERNO to znaczy WIECZNY

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj