sobota, 8 lutego 2014

Książki... książki... książki...



Książki... książki... książki... Moja miłość, moje opętanie, mój fetysz. Wciskam nos między kartki, głaszczę okładki, zaczytuję się bez pamięci. Już na blogu nie raz jeden o książkach pisałam. O porządkowaniu biblioteki, o włoskiej literaturze, o czytaniu w ogóle, o Terzanim, o układaniu mojej prywatnej biblioteki w toskańskim domu. "O książkach" kiedy zacznę, trudno mi skończyć. 
Moja prywatna biblioteka jest w tej chwili rozdarta między Warszawą a Marradi i nie mogę się doczekać, kiedy wszystkie książki znajdą się w jednym miejscu. Na szczęście przynajmniej dzieci już wszystkie  mają w swoim toskańskim pokoju.
Przez ostatnie miesiące "czytałam" z polskich zapasów, w które zaopatrzył mnie Paw przy jednej z podróży do Polski, ale zapas w końcu się wyczerpał. Chłopców zapas wyczerpał się już dawno, tyle że oni do dyspozycji mają szkolną bibliotekę, a że nie robi im różnicy czy czytają w języku Dantego czy ojczystym, korzystają z tego przywileju nader chętnie. 


Szkolna biblioteka to jednak było dla nich za mało i męczyli mnie o wycieczkę do biblioteki miejskiej. Czy dla "mamy bibliofilki" może być coś milszego?
W piątkowe popołudnie wybraliśmy się zatem do maradyjskiej "Biblioteki Comunale". Wypełniłam kwitki, dostałam od ręki karty. Opowiedziałam w między czasie miłej pani bibliotekarce naszą historię, a dzieci buszowały już między półkami. 
Zostaliśmy oprowadzeni i poinstruowani - co i gdzie się znajduje, dostałam listę inicjatyw biblioteki na następne miesiące - a jest ona bogata - tu organizowane są wystawy, pokazy, kursy najróżniejsze (na szybko wpadły mi w oko - malarstwo olejne i fotografia). Byłam zachwycona!


 

Poza tym ujęła mnie jeszcze jedna rzecz - biblioteka prowadzi swojego bloga, na którym opowiada o różnych - nie tylko literackich - ciekawostkach z okolic Marradi. 
I tak minął nam wieczór. Miało nas nie być chwilę, a przepadliśmy na wieki całe, bo nikomu nie chciało się wychodzić. Już nie martwię się wyczerpanymi zapasami czy astronomicznymi wydatkami na bieżące zaspokajanie literackich potrzeb. Teraz mam moją bibliotekę - wiem, że będziemy tu stałymi gośćmi!









BIBLIOTECA to ... BIBLIOTEKA:)

2 komentarze:

  1. :) fajnie, że dzieciaczki zarażone są Twoją pasją.

    ściskam serduchem

    :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja w bibiotece też czuję się jak w domu :)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj