wtorek, 19 listopada 2013

Mali szwendacze


Wszyscy mamy "małego szwendacza" we krwi. Kiedy nogi domagają się spaceru, nawet brzydka pogoda nie jest w stanie zatrzymać nas w domu. Problem jest tylko jeden, to znaczy nie problem, a powiedzmy dylemat - gdzie się wybrać, żeby nie ugrzęznąć w błocie i nie uszargać się po uszy?


W sobotnie popołudnie przyszło nam do głowy, żeby pojechać po źródlaną wodę. Miejsc wokół jest zatrzęsienie, jednak stwierdziliśmy, że jeszcze nigdy po sezonie nie byliśmy nad rzeką u Lorenzo. 
Wszyscy jak jeden przyklasnęli na ten pomysł! 



Mulino oczywiście pozamykane było na głucho, jednak dla stałych bywalców, zawsze zostaje otwarta jakaś furtka:) Napełniliśmy baniaki wodą i poszliśmy rozejrzeć się po posiadłości. Poza ogłuszającym hałasem rzeki, której nurt znacznie przybrał na sile, panowała cisza. Ani żywej duszy ...


Wszystko takie smutne, opuszczone. Nasz stolik, zakurzony w kącie, z krzesełkami na grzbiecie przywołał wspomnienia. To tu zawsze zaczynaliśmy wakacje. Taka była tradycja. W tym roku odwiedzaliśmy Lorenzo wielokrotnie. Spacerowaliśmy wzdłuż rzeki, aż do wodospadu, rzucaliśmy kamyki, robiliśmy setki zdjęć. Tym razem postanowiliśmy uchwycić podobne ujęcia do letnich, a potem powtórzyć je w pozostałych porach roku - zimą i wiosną.


 Poza tym, że bez ludzi Mulino nawet w listopadzie nie traci nic ze swojego uroku. Kolorowo od liści, woda wzburzona, spada w dół spienionymi bałwanami i dom z kamienia, zawsze taki sam. Czeka, aż znów wypełni go życie i wakacyjny gwar ...

 Jedno tylko mnie zasmuciło. Jak widać to, co od kilku lat obiecywał Lorenzo, w tym roku postanowił rzeczywiście spełnić. Szkoda ...



RINUNCIARE to znaczy REZYGNOWAĆ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj