piątek, 3 maja 2013


Maj to po włosku maggio. Najpiękniejszy ze wszystkich miesięcy, kolorowy, kwitnący, pachnący bzem. Łąka przed Casaluccio tonie w kwiatach. Aż chce się biec w pole, do lasu, w góry. Rozłożyć piknik i wsłuchiwać się w odgłosy rozświergotanej natury.

Na wybrzeżu Toskanii czy Emilii- Romanii już w maju zaczyna się sezon. W zeszłym roku, w czasie naszej majówki pojechaliśmy odwiedzić ulubione kąpielisko. Tak cudownie było znów znaleźć się w Milano Marittima, usiąść na plaży pod parasolem, porozmawiać z Paulą i Andreą. Byliśmy po zimie tak bardzo spragnieni ciepła, słońca, wakacyjnego nastroju. Ciepło jeszcze wtedy nie było uderzające, ale przed rześkim wiatrem chronił nas parawan. Sączyliśmy campari, przegryzaliśmy świeże pizzetki i oliwki a dzieci, po kilku miesiącach spędzonych "na północy", nie mogły się nacieszyć morzem.

























Kuchnia u naszych znajomych na początku maja jeszcze nie działała ale z pełnym przekonaniem Paula poleciła nam restaurację przy kanale, gdzie cumują barki. Kanał ten dzieli Cervię i Milano Marittima. Tak więc po kilkudziesięciu krokach znaleźliśmy się w innym mieście, wystarczyło jedynie przejść tylko przez mostek. 

 
Paula ręczyła, że my - "wielcy smakosze" na pewno będziemy usatysfakcjonowani i trzeba przyznać, że się nie pomyliła. Na stole zagościły oczywiście owoce morza - grilowane krewetki, sałatka na zimno z kalmarami, tuńczykiem i ośmiorniczkami skropiona balsamico, pieczona żabnica i świeżutkie ostrygi. Obłędny deser był kropką nad "i", nie łatwo więc było powstrzymać dzieci przed wylizywaniem talerzy. 


Po tak królewskim obiedzie, wróciliśmy pod nasz parasol i pozwoliliśmy sobie na krótką sjestę na chwilowe wyłączenie się. Każdy odpłynął myślami w sobie tylko znanym kierunku...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj