czwartek, 28 lutego 2013

Sardynia w obiektywie Tiny


- Pamiętaj Sardyńczycy zostają przyjaciółmi na całe życie, podobnie jak Sycylijczycy - powtarza mi zawsze Mario. - Zdobyć ich przyjaźń to jak znaleźć skarb! 

Mario o sycylijskich przyjaźniach dużo mi opowiadał, ale to są historie z jego dawnych czasów. Natomiast teraz ma w pracy kolegę, który pochodzi z Sardynii. Kolegi Sarda jeszcze nie poznałam osobiście, ale z opowieści Mario znam go doskonale, znam go też z głosu, bo jego bajania mogliśmy posłuchać do woli latem, kiedy dzwonił do Mario. Musicie wiedzieć, że na naszym pustkowiu sygnał telefoniczny często kaprysi, nauczyliśmy się już precyzyjnie niemal co do centymetra, wyłapywać miejsca skąd można wysłać wiadomość albo nawet zadzwonić. Budka telefoniczna nr 1 znajduje się w wejściu do domu. Ponieważ nawet delikatne poruszenie telefonu zrywa połączenie, więc Mario zrobił z plastikowego korka mały balkonik na drzwiach, gdzie można włożyć telefon i rozmawiać do woli, jednak tylko w opcji głośnomówiącej:) Dlaczego o tym dziś piszę? bo właśnie dzięki naszej telefonicznej budce mogłam posłuchać opowieści kolegi Sarda:) to co mnie zadziwia, to czas jaki spędzają przy telefonie! Gadają i gadają o tym i o tamtym, nikt nie mówi, "muszę kończyć", "oddzwonię", "jestem zarobiony". Mario tkwi więc czasem "w naszej budce" przez długie minuty, Sard opowiada o zniewalająco pięknej Sardynii, o swojej rodzinie, ja słucham (nie mylić z podsłuchuję) i na bieżąco staram się tłumaczyć Pawłowi. Ojciec Sarda jest starym pasterzem, mieszka w górach w głębi wyspy i prawdopodobnie nigdy nie był poza nią. Wypasa swoje owce, z dala od ludzi, spokojny, żyje sobie wiejskim życiem, z mleka owiec wytwarza wspaniałe pecorino, które dzięki uprzejmości kolegi Sarda, mogliśmy zabrać ze sobą nawet do Polski. Na kilka dni przed końcem wakacji przywiózł nam dwa piękne krążki tego sardyńskiego przysmaku. Rozdzieliliśmy najbliższym a resztę zachowaliśmy dla siebie i mały kawałeczek jeszcze do niedawna leżał w lodówce. Pecorino jest pyszne, słodkawe, kruche. Kawałek tego sera, kieliszek wina i więcej moje podniebienie nie żąda!



W końcu Mario kończy rozmowę, śmieje się, z gadulstwa swojego przyjaciela i przekazuje raz jeszcze to, co już Pawłowi podszeptywałam.
- Zapraszają nas na Sardynię! Chcą pokazać nam prawdziwą wyspę, nie tylko kurorty. Brat Sarda - tłumaczy dalej Mario - zajmuje się przewożeniem turystów, jeździ po wyspie swoim busikiem i zabiera ich tam gdzie sobie życzą, tym sposobem wie o wyspie chyba wszystko, więcej niż niejeden przewodnik.

Już widzę w myślach, te surowe skały, fichi d'india, wodę pstrokato - niebieską... Mam nadzieję, że długo na realizację tego planu nie będziemy musieli czekać.

OWCE to po włosku LE PECORE

2 komentarze:

  1. No dziś ro przeszłas samą siebie! Bosko, sielsko, wsapaniale!! Zamawiam kilka "ponurych" postów. Dla odmiany spróbuj napisać o tym, co niefajne, na co trzeba uważać... no i o żmijach. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, tak ja też chcę żmije:)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj