sobota, 16 lutego 2013



San Marino - jedno z najmniejszych państw Europy i jedno z najbardziej widowiskowych, ale przy tym najbardziej komercyjnych miejsc na Półwyspie Apenińskim. Nie wiem czemu, ale od razu skojarzyło mi się z Disneylandem. Z jednej strony zapiera dech w piersiach, z drugiej jednak do bólu turystyczne, niemal plastikowe, choć jednak niezaprzeczalnie piękne. Same sprzeczności:)
Tak czy inaczej, na pewno warte jest by poświęcić mu kilka godzin. My mieliśmy szczęście, pomysł na to by wpaść do San Marino zrodził się spontanicznie w pewien sierpniowy dzień na plaży. Kiedy późnym popołudniem zbieraliśmy się do domu, słońce było jeszcze dość wysoko, postanowiliśmy nadłożyć kilka kilometrów w drodze powrotnej i odwiedzić San Marino wieczorową porą. To był strzał w dziesiątkę. To co zwraca uwagę już z daleka, to monumentalne skały, wzdłuż których ciągnie się mur warowny, łączący trzy wieże. Skały mają charakterystyczne strome ścięcie od strony wschodniej, tak że mimo odległości można rozpoznać je już z autostrady.


Na samej górze ruch dla samochodów jest zamknięty - można dostać się tam na piechotę, tradycyjnie lub ... uwaga! - kolejką linową:) Niezapomniana atrakcja! Wysokość przyprawia o szybsze bicie serca! Napisałam wcześniej, że mieliśmy szczęście - bowiem zupełnie nieświadomie wybraliśmy najpiękniejszy moment na taką wycieczkę. Kiedy wjeżdżaliśmy kolejką na górę słońce chyliło się ku zachodowi. Mogliśmy więc podziwiać skały i warownię przed nami a za plecami taflę Adriatyku a wszystko to skąpane w ciepłym, przygaszonym świetle.





Z racji późnej pory turystów była już tylko garstka, spacerowaliśmy więc swobodnie, a morze głów nie psuło nam kompozycji zdjęć. Szliśmy wzdłuż murów, przystając co jakiś czas, bo widoki, które można z góry podziwiać to prawdziwy spektakl. Doszliśmy do ostatniej wieży, ku uciesze chłopców zwiedziliśmy muzeum broni, a na koniec przysiedliśmy w głównej restauracji na tarasie widokowym i zjedliśmy pizzę. Kiedy zjeżdżaliśmy na dół panował już prawie mrok, ostatnie promienie rzucały złocisto - pomarańczową poświatę, ziemia w dole błyskała światłami miast i miasteczek...



Na przykładzie tej wycieczki widać jak wiele zależy od tego co, jak i kiedy zwiedzamy. Mimo, że San Marino nie jest miejscem do jakich gnamy, takie miejsca nie należą do naszych ulubionych atrakcji, to jednak tamta wycieczka okazała się nad wyraz udana. Zastanawiałam się jak musiało tam być trzy godziny przed naszym przyjazdem, kiedy uliczkami płynęła rzeka ludzi, kiedy upał doskwierał boleśnie, kiedy sklepiki z pamiątkowo - turystyczną tandetą, z okularami, paskami i torebkami "dolce i nie dolce" pękały w szwach i kiedy dały się słyszeć wszystkie języki świata z wyjątkiem włoskiego. Tylko śmiecie porzucone w różnych miejscach dawały świadectwo temu wszystkiemu. Nam na szczęście San Marino zostawiło na zawsze miłe wspomnienia... Być może kiedyś wrócimy ...



Słówko na dziś to FUNIVIA - czyli KOLEJKA LINOWA.

2 komentarze:

  1. Brak mi słów! Tam jest pięknie. Raj na ziemi! :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście komercyjnie, tłumnie i gwarno...ale i tak pięknie. Byłam tak kilka lat temu i mówiąc szczerze...mogłabym tam zamieszkać, pewnie nawet te tłumy by mi nie przeszkadzały :) Ela

    OdpowiedzUsuń

Drukuj