sobota, 19 stycznia 2013


O Gamogni już się tu rozpisywałam i nie chciałabym zanudzać nikogo tymi samymi opowieściami, ale po tamtym artykule Mario podesłał mi zdjęcia opactwa zrobione z zupełnie nowej dla mnie perspektywy. I tak zrodził się pomysł na kolejny spacer.


Mimo słońca i wiosennej aury droga na górę jest rozmiękła i można ją pokonać tyko na pieszo lub prawdziwym "fuoristrada", a my tym razem nie mieliśmy nawet naszej "pseudo terenówki". To był już ostatni dzień przed powrotem do Polski. Zatrzymaliśmy się u Camuranich by pożyczyć od nich suzuki lub innego "łazika", ale niestety wszystkie były w terenie, wciąż bowiem trwało polowanie. Byliśmy trochę zawiedzeni, najbardziej Tomek, bo obiecałam mu na koniec pobytu wspinaczkę na szczyt Gamognii. Cóż było robić ...  wróciliśmy do Casaluccio, znów rozłożyliśmy się na dworze z naszym bufetem, przygotowaliśmy na szybko obiad z tego co zostało w lodówce.  I gdy tak siedzieliśmy przed domem i cieszyliśmy się ostatnimi toskańskimi chwilami, usłyszeliśmy samochód.
To był Nello, wyskoczył radośnie ze swojej terenówki i widząc nasze pytające spojrzenia powiedział:
- Jeśli Caterina chce jechać na Gamognię, stanę na głowie i ją zawiozę!


No pięknie! Byłam zmieszana jak mało kiedy, ale też ucieszona, bo pogoda była zachwycająca, słońce przechodziło już na drugą stronę doliny, idealny moment by zrobić dobre zdjęcia! 
Zwinęliśmy szybko to co było na stole i pojechaliśmy z Nello. Droga rzeczywiście była fatalna, jednak na szlaku spotkaliśmy nawet amatorów pieszych wypraw, w tym rodzinę z trójką małych dzieci, takie widoki bardzo mnie cieszą! 

O tej perspektywie była mowa:)
Wokół opactwa panowała niezmącona niczym cisza. Siostry wyjechały dwa tygodnie wcześniej i miały powrócić na wzgórze wraz z nadejściem wiosny. Wspięliśmy się szybko na szczyt, skąd kościół widać w pełnej krasie, nieprawdopodobne... znów poczułam się maleńką cząstką niezmierzonego kosmosu.
Nello musiał zaraz wracać do swoich obowiązków, więc zrobiłam zdjęcia z nowej perspektywy i zeszliśmy z powrotem pod kościół. Nello jednak wcale nie czekał na nas z zegarkiem w ręku, a w najlepsze gawędził z kimś przez telefon! I to w rezultacie my czekaliśmy na niego i czekaliśmy i czekaliśmy. Muszę się jeszcze nauczyć, że spieszyć się po polsku znaczy zupełnie coś innego niż po włosku:)) Tak czy inaczej wykorzystaliśmy czas kiedy nasz "kierowca" zajęty był swoimi sprawami, obeszliśmy kościół dookoła, zrobiliśmy dziesiątki zdjęć a dzieci wyszalały się za wszystkie czasy, absolutnie się nie nudziliśmy!  

Słyszysz? Raz ....dwa....


Na koniec tę błogą ciszę zakłóciły dwa strzały, polowanie trwało, a Nello tym razem naprawdę pilnie wzywany był na dół. Zjechaliśmy więc znów do ich gospodarstwa, podziękowaliśmy za wyprawę i pożegnaliśmy się wylewnie, bo za kilka godzin ruszaliśmy do Polski. 




SPIESZYĆ SIĘ to znaczy AVERE FRETTA.

1 komentarz:

Drukuj