sobota, 8 grudnia 2012




W marcu 2010 roku przyjechaliśmy do Toskanii z moim bratem. Postanowiłam wykorzystać tę podróż i zrobić sesję zdjęciową w moim raju, mając na pokładzie fotografa, było to dość oczywiste. Trochę zbyt ekshibicjonistyczne te zdjęcia i miałam wątpliwości czy publikować je na blogu, ale niech będzie... A może powiedzmy, że to mój brat fotograf chciał wykorzystać podróż by zasilić swoją foto galerię:) Tak, tak lepiej:)
Wybór miejsca pozostawiłam Mario - jedyna wskazówka - miało być .... ładnie:) Pogoda, jak już kiedyś pisałam spłatała nam figla, w Marradi leżało 70cm śniegu, jednak w miejscu, które zaproponował Mario panowała wiosna, bez dwóch zdań!

Rosignano...




Woda ma tu kolor Morza Karaibskiego, plaże są białe (le spiagge bianche) - tak też są przez wielu nazywane, a wszystko to za sprawą obecności węglanu wapnia, który pochodzi z pobliskiej fabryki, nie wiem jak to się ma do kąpieli, chemia nigdy nie była moją mocną stroną, ale wrażenia wizualne są niezapomniane. Miejsce stało się tłem dla wielu reklam i sesji zdjęciowych, wystarczy przywieźć dwie palmy i już mamy tropiki pod bokiem na miarę Mauritiusa. 



Nie polecam jednak wycieczek do Rosignano w szczycie sezonu, po pierwsze już nie ma mowy o ciszy, są ludzie ze swoimi ręcznikami, parasolami, lodówkami turystycznymi, ale mało tego - są nawet vu' cumprà (plażowi sprzedawcy wszystkiego)! Raz popełniliśmy ten błąd, to był jeden z tych upiornie gorących dni. Pierwszą rzeczą było szukanie w panice cienia. Temperatura na słońcu przekraczała 40 stopni. Gdy tylko napatoczył się pierwszy vu' cumprà, natychmiast kupiliśmy dwa parasole, mimo to, kiedy po trzech godzinach schodziliśmy z plaży, byliśmy wszyscy jak murzynki Bambo. Biały piasek idealnie odbija promienie słoneczne, więc warto pomyśleć o dobrej ochronie przeciwsłonecznej.



Dużo więcej uroku mają wg mnie wycieczki na plażę w szczycie "niesezonu", te zawsze były udane, zwykle kupowaliśmy pizzę na wynos, focaccię, butelkę wina, rozkładaliśmy się na wydmach, okopywaliśmy przed wiatrem i więcej do szczęścia nie było nam trzeba. Nawet zimą przy pochmurnej pogodzie miejsce nie traci nic ze swego uroku, a wręcz zyskuje, woda jest tak samo lazurowa a piasek biały jak w lipcu. Można znaleźć ciekawe znaleziska, raz Mario wygrzebał kawałek bielutkiego marmuru, a innym razem dzieciom trafił się kamień - pumeks.
Słówko na dziś to kolor morza w Rosignano - AZZURRO - lazurowy:)

   

2 komentarze:

  1. Uwielbiam Twoje zdjęcia z tamtej sesji :).
    Oglądałam je wtedy setki razy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja uwielbiam do nich wracać, to był niezwykły czas...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj