piątek, 21 grudnia 2012

Post o tym jak oswajałam lęki, próbowałam wydostać się z Bolonii i jadłam powszedni obiad w toskańskim, wiejskim domu :)

Lipiec 2011


Początek tygodnia spędziłam sama z dziećmi. Paweł musiał na dwa dni polecieć do Warszawy. Przede wszystkim odwoziliśmy go całą rodziną i spóźniliśmy się na samolot, nie przewidzieliśmy, że między 7.00 a 8.00 rano na 40 kilometrowym odcinku autostrady będą aż trzy wypadki, na szczęście udało się "przebukować" bilet na samolot jedynie godzinę później. Ok 10.30 zostawiliśmy Pawła na bolońskim lotnisku, wsadziłam dzieci do samochodu i ruszyliśmy do domu, dzień zapowiadał się wspaniale, chciałam jeszcze zdążyć na targ w Marradi. Za pierwszym rondem w kierunku autostrady ruch niepokojąco zaczął się zagęszczać. Wjazd na autostradę był pełny, jednak żółwim tempem sunęliśmy do przodu. Kiedy w końcu znaleźliśmy się na autostradzie, okazało się, że ta jest zablokowana na amen,  przez kolejne pół godziny nie przesunęliśmy się nawet o metr, zjechałam na rozbiegówkę i uciekliśmy z autostrady z zamiarem znalezienia normalnej drogi. Nie znam Bolonii, nie wiedziałam gdzie jesteśmy, zaczęłam powoli panikować, patrzyłam zagubionym wzrokiem po mijanych drogowskazach, aby złapać azymut. Żadna z nazw jednak nic mi nie mówiła, kiedy byliśmy już na przedmieściach, zjechałam na stację benzynową i powiedziałam sama do siebie - hej! weź się w garść! Masz GPS, naucz się go używać! - Jak powiedziałam, tak zrobiłam, no cóż - nie taki diabeł straszny. Wyjechanie z Bolonii, przedostanie się przez centrum, zaliczenie kilku objazdów zajęło mi mniej więcej godzinę. Kiedy już byłam na znajomej drodze do Imoli i odetchnęłam z ulgą, wpadliśmy w następny korek. Jakby jeszcze było mało! Teraz już nauczona doświadczeniem, ustawiłam nawigację na inną drogę i ruszyliśmy dalej. W międzyczasie zadzwonił mój mąż meldując się z międzylądowania w Wiedniu. Świetnie, a my byliśmy jeszcze daleko od domu, targ właściwie nam już przepadł, byłam zmęczona. Droga opustoszała, krajobraz nie był już tak płaski, zaczynały się wzgórza Romanii, które dalej ciągnęły się przez prawie całą Toskanię, czułam się już jak w domu. Jedyne co mnie niepokoiło to droga, która coraz bardziej pięła się w górę i robiła się niebezpiecznie wąska. 


Zastanawiałam się - po pierwsze jak wyminę inny samochód jeżeli takowy na tym pustkowiu spotkam, a po drugie jak zjadę z tej góry, bo każdy głupi wie, że wjechać jest łatwiej. Byłam naprawdę wykończona, dzieci również, na szczycie wzgórza zatrzymaliśmy się aby rozprostować kości, widok był bajeczny.
- Mamo patrz jak pięknie! Zróbmy zdjęcia! - krzyczeli chłopcy. A ja nie miałam już nawet siły sięgać po aparat, ale musiałam przyznać, że krajobraz był urzekający, w oddali widać było nawet linię Adriatyku. Pstryknęłam kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej. Kiedy sturlałam się już naszą „terenówką” na dobrze znajomą drogę prowadzącą do Marradi odetchnęłam z ulgą.
Zatrzymałam się przed barem, a zegar pokazywał godzinę 13.10. Niezapomniana podróż!
 


Potem na szczęście wszystko już potoczyło się bez przygód, a rodzina naszych gospodarzy nie pierwszy i zapewne nie ostatni już raz miło mnie zaskoczyła, powiedzieć, że traktowali mnie jakbym była cennym klejnotem to mało! Przede wszystkim na noc chcieli koniecznie oddelegować kogoś do mnie na górę, padło na Katię, bo przecież jakby to mógł być mężczyzna. Ostatecznie postawiłam na swoim i noc spędziłam sama z dziećmi, jednak bez cienia jakiegokolwiek lęku, bez najmniejszego dreszczyku. Zapewniałam ich, że tu czuję się naprawdę bezpiecznie, poznałam już hałasy domu i tego miejsca, kogo więc miałabym się obawiać? O wiele bardziej przestraszona jestem w Warszawie, gdy zostaję sama. Poza tym jeśli chcę tu mieszkać, muszę oswoić wszystkie strachy. Po samotnej nocy w górach i leniwym poranku, zjechaliśmy w południe do domu Camuranich. Zaproszenie na taki zwyczajny obiad było dla mnie wyróżnieniem, zawsze kiedy Włosi otwierają przede mną drzwi do swoich domów czuję się wyjątkowo, bardzo jestem wszystkiego ciekawa. Tak więc 19 lipca usiadłam przy dużym stole w kuchni, bo tam jadają codzienne obiady, w otoczeniu prawie samych mężczyzn. Kobiety uwijały się jak w ukropie donosząc na stół kolejne dania. Na początek domowy makaron strozzapreti z kiełbasą i nie wiem czym jeszcze, ale tak dobry, że dzieci zjadły po dokładce ku ogromnej radości Grazielli. Potem peperonata, półmiski z ichniejszymi serami i wędlinami, a ponadto gorące stinco - czyli golonka:) Do tego oczywiście toskański chleb, wino, piwo a na deser kawa i owoce. To była dla mnie prawdziwa lekcja włoskiego! Przy stole siedziało nas chyba 12 osób, przyjaciele, rodzina, pracownicy, znajomy, który był w okolicy, śmiechu było co nie miara, włoski mieszał się z dialektem a ja chłonęłam to wszystkimi zmysłami!  Po skończonym obiedzie nie miałam wcale ochoty wracać do domu, Nello jakby czytał mi w myślach, zaproponował bym została i dotrzymała towarzystwa jego żonie. Poszłam więc z Erminią do letniej kuchni i podczas gdy ona przygotowywała warzywa do wieczornej pizzy, ja jak zaczarowana słuchałam jej trajkotania o wszystkim i o niczym, o dzieciach, o szkole, o ciuchach, o rodzinie. Nim się obejrzałam była godzina 15.00, czas by odszukać dzieci i wrócić do domu. Pożegnałam Erminię i ruszyłam do samochodu, po drodze zatrzymała mnie Graziella i wręczyła kosz dorodnych brzoskwiń, bo własne,  bo słodkie, bo przecież tak chłopcom smakowały!
To było prawdziwie włoskie popołudnie:)


Nello odrywa szczeniaki od mojej cygańskiej sukienki:)

Letnia kuchnia

Graziella

Słówko na dziś - PRANZO - czyli OBIAD

3 komentarze:

  1. pozdrawiam wiola więckowska

    OdpowiedzUsuń
  2. Graziella i kto? Przecież wyraźnie widać dwie osoby. I co pije Graziella?

    OdpowiedzUsuń
  3. Hahaha:) Graziella i mały Riccardo:) Nie pamiętam dokładnie co jest w kieliszku, ale to był chyba sorbet cytrynowy:)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj