środa, 17 października 2012


 

Ostatni spacer - to nasza świecka tradycja (jedna z wielu:), staramy się zawsze, by ten dzień przed odjazdem, przed odlotem był miły, szczególny, by był jak kawa po smacznym posiłku... W zeszłym roku wybraliśmy się na spacer w okolice Marradi, tego dnia zrobiliśmy "złote zdjęcia" - tak je w myśli nazwałam, to jedne z moich ulubionych. Złote, bo mam wrażenie, że głównym ich bohaterem są trawy, właśnie złote, późno-sierpniowe. Bije od nich nostalgia, jeszcze ciepło,  pozornie radośnie, ale już gardło się ściska, bo walizki stoją spakowane, bo już liście tańczą po drodze, bo już trawy utraciły swoją zieleń, sterczą suche badyle ginestre...








I w tym roku nalegałam by wybrać się w to samo miejsce, chciałam zabrać tam brata, na te łąki złote, skąd widać tylko wzgórza, gdzie jeszcze myśli mogą na chwilę zwolnić. Na tych wzgórzach stoi dom, z kamienia, stary, rozsypujący się, obrośnięty bluszczem i jeżynami, koło niego dąb, jeszcze starszy niż dom... chciałabym tu zamieszkać, choć wiem, że nieludzkie byłoby wywiezienie dzieci na to pustkowie, Paweł - mówi - nigdy w życiu, więc pozostajemy przy pierwotnym planie, przy domu, o którym już myślimy "nasz"... Jednak wciąż urzekają mnie takie samotnie. Jak bardzo z wiekiem się zmieniamy, jestem zmęczona ludźmi, chaosem dookoła, brakiem czystego nieba nad głową, zawiścią, nieszczerością... Chcę znów jak mała dziewczynka biegać po polach, buszować w zbożu, oprzeć się plecami o kamienną ścianę "mojego" domu... 
Mam nadzieję, że nasza tradycja "ostatnich spacerów", będzie tymczasowa, bo nie chcę już więcej wyjeżdżać, żegnać się, rozpaczać i tęsknić, chcę każdego dnia spacerować wśród złotych traw...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj