sobota, 20 października 2012

Jeden z moich ulubionych filmów to Mine Vaganti, znam go na pamięć. Rzecz dzieje się w Puglii,  wiele scen zostało nakręconych w Lecce. Podczas zimowej podróży na południe postanowiliśmy zwiedzić to niezwykłe miasto. Wikipedia podaje, że nazywane jest "Florencją południa", z pewnością ze względu na bogactwo zabytków, ja jednak takiego skojarzenia nie miałam, niemniej zgodzę się z drugim stwierdzeniem, że jest to jedno z najpiękniejszych miast południowych Włoch.

A tu fragment filmu (ostrzegam, że to jedna z końcowych scen), może nie najweselszy, ale pokazuje niektóre miejsca w Lecce uwiecznione też na moich zdjęciach:    Mine vaganti Lecce scena finale
















Puglia styczeń 2012 (z moich notatek)
O mieście tym mówi się, że jest barokową perełką regionu. Po dojechaniu na miejsce - od Polignano to jakieś 100 kilometrów - skierowaliśmy się intuicyjnie na główny plac, a tu niespodzianka, bo znaczną jego część zajmował starożytny amfiteatr, niebywałe! 

 

Obok rosło stare drzewo oliwne rozłupane na pół i otwarte jakby chciało wszystkim pokazać swe wnętrzności. Staliśmy na środku i sprzeczaliśmy się gdzie iść, bo każda uliczka odchodząca w bok zdawała się odsłaniać kolejne niespodzianki. 

trochę zagubieni:)

W końcu udaliśmy się do sklepiku z pamiątkami aby kupić mapę, tam zaczepił nas starszy pan pytając uprzejmie czego szukamy. Po naszych pytaniach zalał nas morzem informacji, wziął do ręki mapę Puglii i doradził wycieczkę wzdłuż wybrzeża aż na sam czubek do Santa Maria di Leuca, potem opowiedział trochę o Lecce, o tym co warto zobaczyć a na koniec spytał czy mamy jakieś plany odnośnie obiadu. Ponieważ przytłoczeni ogromem informacji wyglądaliśmy jak dzieci zagubione we mgle, miły staruszek podał nam adres restauracji i wskazał drogę jak ją znaleźć, na odchodnym zapewnił nas, że zjemy dobrze i tanio a on zarezerwuje nam stolik, bo w szczycie obiadowym ciężko o miejsce. Na koniec życzył nam miłego zwiedzania i zostawił nas znowu samych. Byliśmy zaskoczeni jego zaangażowaniem i życzliwością. 

 
 


Po krótkim spacerze wąskimi uliczkami Lecce i zwiedzaniu pięknych kościołów, udaliśmy się do wspomnianej wyżej restauracji, miejsce przypominało trochę stołówkę, ceraty na stołach, menu napisane niemal odręcznie, ale przecież takie miejsca kochamy, a co ciekawsze przed wejściem ustawiała się rzeczywiście pokaźna kolejka, jak dobrze, że mieliśmy rezerwację! W karcie królowała ... konina! Byliśmy nieco zmieszani, ale w końcu zamówiliśmy mix regionalnych specjałów i karafkę domowego wina. Znowu mieliśmy szczęście, poza koniną, która mnie osobiście nie zachwyca i wolę obserwować ją żywą na wybiegu, reszta była doskonała, po sutym obiedzie błądziliśmy dalej po wyludnionym o tej porze Lecce i  spacerowaliśmy do wieczora póki przenikliwe zimno nas nie pokonało.







O zabytkach pisać nie będę, bo jak już kiedyś mówiłam nie jestem historykiem sztuki i nie czuję się kompetentna, jednak jeśli zdarzy Wam się kiedyś trafić na południe Włoch - wstąpcie do Lecce, niezapomniane wrażenia pozostaną na całe życie, może będziecie je zwiedzać a w głowie będzie Wam grać muzyka z wspomnianego wyżej filmu ... Mine vaganti - Cuore di sabbia...

 

1 komentarz:

  1. Dla mnie konina była super. Delikatna, lekko twarda, smak wytrawny, mega smaczna, ale każdy ma swoje gusta:).

    OdpowiedzUsuń

Drukuj