wtorek, 18 września 2012

Krowy

W "mojej" Toskanii nawet krowy są bardziej wolne i pewnie przez to szczęśliwsze, nie stoją uwiązane czy zamknięte na łące. Kiedyś w czasie jednego z naszych górskich spacerów natrafiliśmy na ścieżce blokadę, czyli furtkę i ogrodzenie z kolczastego drutu. Spytałam wtedy Mario co to ma znaczyć, dlaczego tu wysoko ziemie są oddzielone.
- Żeby krowy nie przeszły - odpowiedział mi wtedy.
- Jakie krowy? - byłam zaskoczona, bo dookoła były tylko kamienie, karłowate dęby, ginestre, jałowce i dzikie kwiaty.
- Krowy, takie zwierzęta, co dają mleko, u was chyba też są? - Mario nie rozumiał mojego zaskoczenia.
- Chcesz mi powiedzieć, że tu się pasą krowy? Tak sobie chodzą po górach? Te ścieżki są wąskie, my ledwo przechodzimy, a co dopiero taka, wydawałoby się, niegramotna krowa.
Rolnicy tu w naszej okolicy mają ogromne połacie ziemi, które w jakiś dyskretny sposób mają zaznaczone granice, głównie po to, by krowy pozostały na swoim terenie! Po dźwięku dzwonków, które kilka osobników ze stada ma zawieszone na szyi, możemy zlokalizować gdzie mniej więcej się znajdują.
  I przez to też kocham to moje toskańskie lato, bo i wczesnym rankiem i o zmierzchu to ding-dong, o którym też już pisałam (wybaczcie powtórki), niesie się łagodnie po okolicy. Oczywiście mleko tu ma inny smak, nie powiem lepszy, bo to chyba kwestia gustu, ale zdecydowanie bardziej wyrazisty, nic więc dziwnego, że potem wyczarowują z niego kremową ricottę, taleggio czy inne smakowite sery. 
Wyglądem też te krowy nie przypominają naszych, są większe, miodowo - brązowe i mają dłuższe rogi. Kiedyś wyszły nam na przeciw gdy byliśmy na spacerze, a że moje miastowe dzieci nie często mają z nimi do czynienia, wpadły niemal w panikę. Wtedy Mario wziął Tomka za rękę i poszli za krowami, udając pasterzy, tak oswaja się lęki, przed tym co nieznane. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj