piątek, 14 września 2012

Raki

 

Pewnego wieczoru odwiedził nas Nello, tzn. odwiedzał nas dość często, woził dzieci quadem, opowiadał, słuchał... tak bardzo stęskniony towarzystwa. Wspomnianego wieczora dowiedzieliśmy się od niego, że w "naszej" rzece są raki. Dzieciom od razu zaświeciły się oczy i natychmiast zaczęły szykować swoje wiaderka. Następnego dnia ruszyliśmy na połów! Nie łapałam nigdy raków, ale co tam mówić o łapaniu! Ja nawet w całym moim życiu nie widziałam żadnego na oczy! Już po kilku krokach okazało się, że Nello miał rację. Pod pierwszym podniesionym kamieniem siedział średniej wielkości okaz, Mario wyciągnął go wprawnym ruchem i wtedy się zaczęło. Złapaliśmy bakcyla, jakbyśmy szukali co najmniej złota. Szliśmy w górę rzeki coraz dalej i dalej i nie przeszkadzały nam nawet chaszcze, przez które czasem musieliśmy się przedzierać. Wyciąganiem raków zajęli się głównie Paweł i Mario. Dzieci wypatrywały i stały w pogotowiu z wiadrem, a ja po kilku próbach, w tym dwóch krwawych zajęłam się fotografowaniem. 
 

- Za odwłok łapiesz, tu pod szczypcami - mówił Paweł.
- tak, tak, za odwłok, teoretycznie to ja to wiem - jednak dwie "piranie" zostawiły mi ślady na palcach:)
 

Długo brodziliśmy w rzece jak czaple, zachęceni coraz bardziej dorodnymi okazami. W końcu jednak usatysfakcjonowani, powiedzieliśmy basta i wróciliśmy do domu. 
 

- Jak chcesz je przygotować? - zapytałam Pawła.
- Nie wiem, zapytaj Mario - odpowiedział 
- Mario jak zrobić te raki?
- Nie mam pojęcia, nigdy nie robiłem. Chyba tak samo jak krewetki.
- Mario nie wie, ale mówi, że chyba podobnie jak krewetki.
- Czyli jak?
- Nie wiem, czosnek, pietruszka, oliwa? Z resztą zrób jak ci serce czy rozum podpowiada, improwizuj.
- Mówią, że się z koprem gotuje, żeby nie czuć było rzeki i mułu.
- Ja nie wiem, na rakach to ja się nie znam - powiedziałam - może je jednak wypuścimy?
Na to oczywiście nie zgodził się Tomek, który tylko ręce zacierał na myśl o rakowej uczcie!

Najpierw więc ugotował je Paweł z dzikim koprem, marchewką, selerem i cytryną. Tomek zjadał je z apetytem i oblizywał się po uszy. Jednak druga próba była o wiele bardziej spektakularna. Raki skończyły na patelni w maśle i oliwie z odrobiną białego wina, czosnkiem i pietruszką. Nasz mały smakosz, amator niebanalnych smaków prawie wszystko zjadł sam:)  

      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj