czwartek, 17 kwietnia 2014

Poranne schematy




Zwykły poranek.
O 5.30 zaczyna się hałas samochodów. Okna naszej sypialni wychodzą na zwężony odcinek drogi, zatem każdy hałas zostaje zwielokrotniony przez "świetną" akustykę. Już się przyzwyczaiłam, że o tej porze ruszają śmieciarki i ciężarówki z zaopatrzeniem. Są moim pierwszym budzikiem.




O 6.20 dzwoni budzik właściwy. Zerkam przez okno, jakbym każdego dnia chciała się upewnić, że rzeczywiście tu jestem. Rzeka wciąż płynie, drogowskaz na przeciwko tak jak dzień wcześniej informuje, że do Florencji mam 64 kilometry. Sąsiadka po drugiej stronie rzeki, wychodzi do pracy.
Śniadanie. Za dwadzieścia ósma chłopcy wychodzą do szkoły.



O 8.00 rano inny sąsiad podnosi roletę swojego warsztaciku. Za chwilę zacznie się rowerowy ruch, a jak widać miejsce choć nijak nie oznaczone jest rowerzystom dobrze znane i przystają z każdym najdrobniejszym nawet problemem.
Chwilę po 8.00 życie przed barem zaczyna tętnić wysypują się z małych ciężaróweczek robotnicy w odblaskowych uniformach. Czas na pierwsze śniadanie. Nikomu nigdzie się nie spieszy.




Przed dziesiątą na parkingu przed barem rozkłada się Sycylijczyk ze swoim towarem. Chwilę potem ustawia się kolejka po świeże pomarańcze, pomidory i truskawki.

Ledwo też słońce wzbije się w górę staruszek który mieszka po drugiej stronie ulicy idzie z taczką po pierwszą partię drzewa i będzie tak krążył do samego wieczora. Niezmordowany jak mrówka. Transport drzewa, transport kartonów, transport skrzynek. Wolnym rytmem...




LENTAMENTE to znaczy POWOLI

środa, 16 kwietnia 2014

Wielkanoc po włosku



Mam poczucie obowiązku by kilka słów o Wielkanocy we Włoszech napisać, ale ponieważ będą to już drugie święta na blogu, chciałabym też uniknąć powtórzeń. Z drugiej strony pierwszy raz mogę namacalnie poczuć włoską Wielkanoc, dlatego też zrobię krótkie podsumowanie. 



Przede wszystkim zdanie, które znów nasuwa mi się mimo woli - Natale con i tuoi, Pasqua con chi vuoi (Boże Narodzenie z twoimi Wielkanoc z kim chcesz). To zdanie oddaje w pełni podejście Włochów do Wielkanocy. Jakiś czas temu zostałam poproszona o przytoczenie oryginalnych wypowiedzi moich znajomych z Toskanii i tymi też się podeprę. 


Wielki tydzień to w Italii La Settimana Santa i tu tak jak w Polsce zaczyna się już niedzielą Palmową - po włosku to La Domenica delle Palme. W Marradi tego dnia dzieci szkolne rozdawały mieszkańcom święconą wodę. Tak jak w Polsce księża odwiedzają domy w okolicach Bożego Narodzenia, tu podobny zwyczaj wiąże się właśnie z Wielkanocą. Obrzędy związane z Triduum Paschalnym są właściwie takie same jak w Polsce, a droga krzyżowa to po włosku Via Crucis. Oczywiście każdy region może pochwalić się swoimi własnymi tradycjami. 
Główne święto to Niedziela Wielkanocna - Domenica di Pasqua, natomiast nasz lany poniedziałek potocznie nazywany jest tu Pasquettą, a oficjalnie Il Lunedi dell Angelo - upamiętniający dzień kiedy kobietom przybyłym do grobu, aniołowie obwieścili zmartwychwstanie Chrystusa.






Co się jada?
Jajka, jajka, jajka i jagnięcina, jagnięcina, jagnięcina. Sposobów ich przygotowania jest mnóstwo i powinnam na moim kulinarnym blogu się nimi podzielić tylko ostatnio czasu mi brak. Wybaczcie! Postaram się wszystko nadrobić! Na deser oczywiście słynna baba w kształcie gołębia - czyli colomba. Mam zamiar sama ją upiec i jeśli mi się uda na pewno się pochwalę tyle, że na jej przygotowanie potrzeba aż dwóch dni. Spora część Włochów zapewne świąteczny obiad zje z rodziną w restauracji. Wszystkie okoliczne lokale przygotowały na tę uroczystość odpowiednie menu. 
Co dla dzieci?




Dzieciom daje się w prezencie wielkie czekoladowe jaja z drobnym upominkiem w środku i tu oczywiście marketing rozwija swoje skrzydła. 

Oto włoska Wielkanoc w pigułce. Powinnam Wam teraz napisać BUONA PASQUA, ale na to będzie jeszcze czas:) Teraz życzę Wam miłych przygotowań i wiosny za oknem!

Słówka dziś nie dodaję, bo już w tekście pojawiło się ich trochę:)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Rzeka, sukienki i kos:)

Demontowanie wybrzeża i puszczanie kaczek
Piknik pod wiszącą skałą
Kiełbie we łbie

Do wczorajszego popołudnia cieszyłam się ciepłem i słońcem. Z niedowierzaniem czytałam o deszczu i zimnie w innych miejscach Europy. Już siedziałam przed domem w krótkich spodenkach, już mi ramiona słońce spiekło, a kosy przysiadały na barierce i pozowały do zdjęć. Jednak prognozy pogodowe na Wielki Tydzień nie były optymistyczne i co gorsza już pod wieczór zaczęły się sprawdzać. Wiatr, który od obiadu z każdą chwilą przybierał na sile, pociągnął za sobą zimne powietrze. Miałam wrażenie, że bez krępacji panoszył się nam po domu. Podwiewał firanki, trzaskał drzwiami, gwizdał i dudnił złowrogo, aż groza przejmowała biednego Mikołajka. Ale choćby nie wiem jak się ten wiatr stroszył i puszył, to wiosny nie przepędzi. Za kilka dni znów powróci ciepło i już za chwilę, już za momencik z wiosny zrobi się lato. Przecież jesteśmy w Toskanii i to właśnie ciepło trwające przez większą część roku było jednym z wiodących argumentów przemawiających za przeprowadzką. Nie może mi go zatem zabraknąć.

Towarzysz kos
Taaaka ryba!!!

Ułożyłam w stosiki krótkie spodenki, uprasowałam białe sukienki, a kapoty upchnęłam w ciemnym kącie garderoby. Nadchodzi czas kiedy będzie zwiewnie i powiewnie. I wreszcie lipy jako ostatnie z gołych drzew wypuściły liście i zaraz zacznie nimi pachnieć powietrze. I mama kaczka z maluchami jak czarne pchełki pod okno kuchenne przypłynęła. I o 20.00 jest jeszcze dzień. I tyle dobrego dookoła... mimo wszystko...
Już w niedzielę rozłożyliśmy się z naszym pierwszym nadrzecznym piknikiem. Jeszcze bez steków na ruszcie i pieczonych warzyw, ale już same jajka na twardo, sycylijskie pomidory, pecorino i butelka wina wprowadziły nas w lepszy nastrój.

 

RAMIONA to po włosku LE SPALLE

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Briscola!



Piątek.
- Gdzie byliście?
- U Cateriny.
- Co robiliście?
- Graliśmy w briscolę!
- ????

 Sobota.
- Kupisz mi briscolę? - średnio co pięć minut pyta Mikołaj. - to tylko 6,5euro. No kupisz? Proszę!



Kupiliśmy zatem briscolę, która mimo opowieści Mikołaja była dla mnie wciąż prawdziwą zagadką. W sklepie pani wręczyła nam pudełeczko z talią kart. Mikołaj ściskał je w ręku do samego domu, oglądał je z każdej strony. Dwoił się i troił by wytłumaczyć nam reguły, których sam jeszcze do końca nie rozumiał. W pudełeczku były jednak trochę inne karty niż te tradycyjne. Zaintrygowana zaczęłam przekopywać internet, by zgłębić zasady nowej gry. I jak raz spróbowaliśmy, to już ciężko nam się było oderwać! Obłęd jakiś! W ciągu jednego dnia opanowała nas prawdziwa "briscolomania"! Kiedy przyszedł Mario, mimo wcześniejszych zapewnień, że kart to on nie lubi, wciągnęło i jego. Opowiedział jak grywał w dawnych czasach, a przy okazji wyjaśnił nam pewne niuanse.  

Słów kilka wyjaśnienia. 
Briscolę przywieźli na Półwysep Apeniński prawdopodobnie Francuzi już około 1500 roku. Gra natychmiast się przyjęła, reguły zostały wielokrotnie zmodyfikowane, zatem z czasem zaczęła być uznawana za typowo włoską grę (ale jej odmiany są popularne również w innych krajach basenu Morza Śródziemnego).
O zasadach. 
Gra się talią 40 kart - as, 2, 3, 4, 5, 6, 7, walet, królowa (koń) i król w czterech kolorach - kije, denary, miecze i kielichy. Wszystkich punktów łącznie jest 120. Można grać w dwie osoby, we cztery (para na parę), we trzy (usuwając z talii jedną dwójkę) a nawet w sześć (eliminując wszystkie dwójki). 



W Briscolę grają tu wszyscy, już teraz rozumiem czym emocjonują się starsi panowie przy barowych stolikach! Mikołaj dziś rano spakował karty do plecaka, zapewniając mnie, że grają tylko na przerwach. 
Chłoniemy "włoskość" z niegasnącym zapałem:)


ASSO to znaczy AS!

niedziela, 13 kwietnia 2014

Dzieci kolorują moje dni





Dzieci są niezwykłe! Banał, wiem, ale czasem zwłaszcza w trudnych momentach, to przede wszystkim one potrafią przywołać uśmiech na twarz. I nic wielkiego robić nie muszą, czasem wystarczy uścisk, czasem zabawny komentarz albo po prostu wyidealizowane widzenie swojej mamy:))


Niech dzieje się co chce a my i tak będziemy latać:)
Sobotni ranek. Paw się zlitował i przejmuje dowodzenie, tzn. smaży górę naleśników na śniadanie, a nawet podaje mi kawę do łóżka. Cieszę się zatem leniwym porankiem w łóżku, w pieleszach, z kawą, z książką, z komputerem. A wtedy schodzą chłopcy na przytulanki. Oglądamy filmiki na "jutubie". 
- Pokażesz mi tą panią co śpiewa Pensiero stupendo? - prosi Mikołaj, który jest małym melomanem, gust ma już jasno określony, ale wśród mocniejszej muzyki, którą uwielbia, jest też miejsce na spokojniejszą, moją ukochaną Patty Pravo.
Otwieram więc video i puszczam chłopcom jeden z moich ulubionych utworów. 
- Mama! - rozlega się dwugłos. - Wygląda jak mama. 
Być jak Patty Pravo! To nie byle co - w jednej sekundzie They've made my day:))  




Mikołaj leży przytulony i słucha kolejnych utworów. W pewnym momencie podnosi głowę zaniepokojony:
- Źle się czujesz? - pyta mnie poważnym tonem.
- Nie! Dlaczego?
- Bo leżysz jeszcze w łóżku (jest 8.45 dla jasności!).
- Mikołaś! Mama też człowiek, dziś ojciec pozwolił mi się polenić. To takie dziwne widzieć mnie o tej porze w łóżku?
- Tak.


 
 I jeszcze dwa słowa niezwiązane z tematem. Choć życie ostatnio pokazało mi boleśnie o co chodzi z powiedzeniem, że "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie", to jednak jak już niejednokrotnie podkreślałam, są blisko mnie osoby niezwykłe i mimo wszystko będę zawsze utrzymywać, że jestem szczęściarą. Dziś chciałam złożyć komuś najserdeczniejsze życzenia urodzinowe! Bardzo bym chciała by dobro, które ta osoba okazuje innym wróciło do niej ze zwielokrotnioną mocą! Wszystkiego co najlepsze "Pani J":)

OTWIERAĆ to po włosku APRIRE

sobota, 12 kwietnia 2014

Na ratunek piłce

Bohaterka zamieszania - foto by Mikołaj

 Piątkowy wieczór, scenki z życia:

- Mamo, mamo! - krzyczy Tomek - Mikołajowi wpadła piłka do rzeki!
- Co??? Mówiłam, żeby nie grał na tarasie! 
Wbiega do domu skruszony Mikołaj.
- Mamusiu, ale to nie ja! To tata! - broni się Miś.
- Zwariowaliście! - wystawiam głowę przez kuchenne okno. Piłka szybko oddala się niesiona nurtem rzeki. - Cholera mnie weźmie, gorzej niż dziecko - mamroczę pod nosem do siebie.
- Piłka jak piłka, ale czy moje zioła i kwiaty w ogródku nie zostały stratowane?
- Nie, nie! Wszystko w porządku.
- Czemu się denerwujesz? - pyta Mario, który nie rozumie ani słowa.
- Bo grali w piłkę na tarasie, choć im zabroniłam.
- No i? 

- Roślinki mi mogli poniszczyć, a poza tym kolacja gotowa, mieli być wszyscy przy stole! - Wściekam się.
- A Paweł gdzie? - indaguje dalej Mario.
- Nie wiem. Pewnie już w Marradi! Goni piłkę.
Wyglądamy przez okno, piłki już nie widać i Pawła też, ale za chwilę słychać w progu:
Klap... klap...
- O jest piłka! - krzyczy Mikołaj.
Wchodzi Paw szczęśliwy i dumny jakby ludzkość od zagłady ocalił (biorąc pod uwagę moje poirytowanie, to nie takie dalekie od prawdy).  Spodnie i buty - wszystko mokre.
- Czemu tu gracie w piłkę? 
- Oj dobra! Przestań, nic się nie stało - odpowiada najwyraźniej rozbawiony całą sytuacją. To ja musiałem wejść do rzeki, moje spodnie, moje buty. 
- A mnie nie o twoje buty chodzi, a o kwiatki! I kolacja już gotowa! Wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Męska zmowa! Szczęście, że piłka uratowana! 
- Dziękujemy bardzo za pyszną kolację! - mówi Paw z szelmowskim uśmiechem cedząc wyraźnie słowa.
- Naprawdę świetna carbonara! - przytakuje Mario!
Aha i już mnie biorą pod włos:))
 ----------------------------------
Całuję chłopców na dobranoc.
- Jutro rano jak się obudzicie, poleżcie dłużej i poczytajcie, bo potem znów was gdzieś poniesie.
- Dobrze mamusiu.
Całus, uścisk, jeszcze jeden całus.
- Ale poważnie was proszę, odkąd ganiacie po miasteczku nie macie czasu na czytanie. Proszę rano absolutnie dużo poczytać. 
- Mamusiu!! Hahaha - zaśmiewa się Mikołaj. - ale jak ty mówisz? Jak absolutnie? Raczej absolutnie czegoś nie zrobić?
- Mądrala z ciebie! Dobranoc! Buziak, uścisk, całus w nos!

ARRABBIARSI to znaczy DENERWOWAĆ SIĘ:)

piątek, 11 kwietnia 2014

Toskańska wiosna i Sycylijczyk poleca.


Mam nadzieję, że wiatr przewieje ciemne chmury, że zaraz wszystko będzie normalnie i zaczniemy spać spokojniej. Dla równowagi pokażę Wam trochę wiosennej Toskanii. Jest przepięknie! Temperatura oscyluje w okolicach dwudziestu stopni. Wzdłuż drogi kwitną irysy! Irysy te z kwiaciarni kwitną tu jak mlecze! I bzy fioletem wystrzeliły i rododendrony. Nie można się nie zachwycić:)


Glicine
Wiosna!
Połowa kwietnia - bez w rozkwicie!
Morze stokrotek

Na sposób sycylijski


Sycylijczyk, który dwa razy w tygodniu zatrzymuje się przed naszym domem sprzedaje tyle dobroci i ku mojej radości wymienia się z nami przepisami. Kiedy Paw po raz kolejny poprosił o młodą cebulkę tropeę, ten zainteresowany spytał jak ją jadamy. Opowiedział więc Paw o warzywach pieczonych i o tym, że dodajemy ją do sałaty i pomidorów. Sycylijczyk w rewanżu pochwalił się sałatką, jaką przygotowuje jego żona. Przepis pochodzi z jego rodzinnych stron. Z pewnym niedowierzaniem podeszłam do połączenia pomarańczy i cebuli ale efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Przepis na to cudo znajdziecie tu:) Miłego dnia i smacznego!

Winnice budzą się z zimowego snu

CEBULA to po włosku CIPOLLA.