poniedziałek, 5 grudnia 2016

Mercatini di Natale 2016 - niedziela pierwsza


Zapach ogniska na placu, grzane wino, dzieciaki skaczące w pianie udającej śnieg, parada elfów, stragany ze świątecznymi ozdobami, spektakle, święty Mikołaj ...
Odkąd tu jestem nie opuściłam ani jednej kasztanowej sagry, ani jednej festy sportowej, ani jednego targu świętego Lorenzo. "Zaliczyłam" wszystkie Noce Czarownic, noce polenty i inne pomniejsze festy. Nawet na wakacyjne mercatini chodziłam wytrwale i tylko ulewa i gradobicie mogły zmienić moje zwyczaje. Wciąż odkrywam też nowe i zaraz deklaruję, że od tej pory to już żadnej nie przepuszczę - stralunaty, ognie dla marca, muzyka w kasztanowym gaju, złote wieczory, pobliskie "żywe obrazy", festy średniowieczne i truflowe.


Cztery lata to może nie dużo, ale przecież i wcześniej, będąc jeszcze turystką w miarę możliwości uczestniczyłam w życiu Marradi. To już prawie dziesięć lat. Napatrzyłam się sporo … Znam na pamięć stragany i to, co na nich, gastronomiczne przystanki i to co w garnkach bulgocze, domek Mikołaja znam jak swój własny, znajome zrobiło się wszystko. Światełka uliczne, bombki pod arkadami siedziby gminy i szopki. Znajome są twarze, które się uśmiechają serdecznie, pozdrawiają i życzliwie zagadują.


Tak czy inaczej - choć znam to wszystko na pamięć - nie potrafię wciąż zobojętnieć. Nawet nieprzychylna pogoda, wilgoć i zimno, nie mogą zatrzymać mnie w domu … Wciąż cieszę się tym wszystkim, tak jak za pierwszym razem, a ślad tego mojego marradyjskiego zakochania, które cały czas jest żywe, pozostaje jak zawsze na zdjęciach...


Jest jednak coś co się zmieniło… Kiedyś byliśmy tylko obserwatorami, dziś serce mi skacze z radości kiedy, patrzę jak dzieci stają się częścią scenerii. To właśnie dlatego tegoroczne niedziele kasztanowe były inne od poprzednich, tak jak i niezapomniane będą mercatini bożonarodzeniowe 2016. Mój elf! Kiedyś stał w kolejce do świętego Mikołaja, a dziś sam jest w jego świcie i maluchom rozdaje cukierki... 


 ELF to po włosku ELFO (wym. elfo)

niedziela, 4 grudnia 2016

Życie jak pudełko czekoladek



- Życie jest jak pudełko czekoladek - stwierdziłam filozoficznie przegryzając cream caramel. 
- Wiem wiem!!! - powiedział Tomek wyciągając forest fruit. - To z Foresta Gumpa!
- Obejrzymy dziś wieczorem?
- Nie, nie! Teraz czas na Love Actually
- Masz rację.
- Mogę jeszcze jedną? - Mikołaj przechylił główkę przymilnie i popatrzył na mnie najsłodszym ze swoich spojrzeń.
- Możesz.
Tak jak Tomek zasugerował w piątkowy wieczór zaczęliśmy nasz tradycyjny świąteczny maraton filmowy. Love Actually ...


Swoją drogą mama Foresta miała rację. Życie rzeczywiście jest jak pudełko czekoladek…
Nigdy bym nie pomyślała, że pierwszy marradyjski bar w jakim zagościłam prawie dziesięć lat temu, bar w którym zjadłam swoje pierwsze prawdziwe włoskie lody, w przyszłości w swoich wnętrzach powiesi moje zdjęcia…
Niby bar to nie prawdziwa wystawa, ale cieszę się tak czy inaczej, bo poza internetem nie miałam nigdy okazji zaprezentować moich zdjęć.
Uwijałam się jak wariat i szczerze mówiąc przekonana byłam, że potrzebny będzie cud, by zdjęcia zdążyły zawisnąć przed pierwszym mercatino. Jakoś się w końcu udało, cud czy nie cud, bardziej chyba moje zacięcie. Zdjęcia wiszą w barze, a ja dziś spokojnie mogę fotografować dalej. Dużo będzie się działo! Dzień wypełniony po brzegi, światła, muzyka grzane wino, strażacy, a wieczorem pizza w przesympatycznym gronie!



Za czekoladki serdecznie dziękujemy Joli i Małgosi. Deklarowałam, że poczekają do świąt, ale jak widzicie, pokusa była silniejsza:)

Dziś jeszcze powiem Wam po cichu, że już wkrótce ode mnie i od pozostałych włoskich bloggerek - mały świąteczna niespodzianka. Bądźcie czujni! Dobrego dnia!

WYSTAWA to po włosku MOSTRA (wym. mostra)

sobota, 3 grudnia 2016

Marradyjskie przygotowania do świąt


Marradi wystroiło się świątecznie. Girlandy, wstążki, bombki, witryny jedna ładniejsza od drugiej, skrzaty, Mikołaje i aniołki. To w miasteczku przepiękny czas, wyjątkowy moment. 
Ludzie odrobinę zwalniają. Znajdują czas na wspólne kolacje, pizze, spotkania.
Jutro zbiorą się na placu, będą się razem bawić, jeść, pić grzane wino, piec kiełbasę, będzie muzyka i w końcu zabłysną miejskie iluminacje. Jak dobrze, że na tej mojej cichej ,toskańskiej prowincji komercja nie ma siły rażenia. 


Ja sama tak naprawdę już od ładnych kilku lat nie bardzo lubię te święta. Nie żebym miała coś do samych świąt, ale ciąży mi poczucie, że zawsze ktoś będzie sam, zawsze komuś będzie smutno, ktoś będzie nieszczęśliwy. To uczucie towarzyszy mi od dawna, jeszcze zanim przyjechałam do Toskanii. W święta ogarnia mnie jakiś niezdefiniowany smutek. Nie jestem pewna czy umiem to dobrze wyjaśnić, nie chciałabym, aby znowu coś zostało źle odebrane. 


W zeszłym roku zostaliśmy w Marradi, choć dawniej odgrażałam się, że zawsze na święta będę jechać do Polski. Ale teraz, po tym pierwszym toskańskim Bożym Narodzeniu już wiem, że to są właśnie takie święta jak lubię. Bez gonitwy, bez nerwów, bez napinania się, że potraw musi być tyle i tyle, bez stania w kolejkach, bez pucowania domu na błysk. Bez wędrowania od jednego stołu do drugiego. 
Zrobimy to, co lubimy - ubierzemy choinkę, upieczemy pierniczki, przygotuję trochę wigilijnych potraw, wpadnie święty Mikołaj, odwiedzimy szopki w sąsiednich miasteczkach i będziemy się cieszyć wspólnym wolnym czasem…
Tak naprawdę to nasze świętowanie zaczyna się już właśnie w tą niedzielę. I dobrze, bo milsze mi jest to przedświąteczne czekanie i przygotowania niż same święta. 


PRZYGOTOWANIA to po włosku PREPARAZIONI (wym. preparacjoni)

piątek, 2 grudnia 2016

Czerwienie, brokaty i artystyczne zapędy


Nie wiem skąd we mnie to zacięcie. Jakoś tak mi się chyba porobiło odkąd są dzieci. Zosia Samosia. Matka Polka, Artystka "za dychę"… Woreczki haftowane, obrus też haftowany i serwetki w komplecie i w domu dekoracje  świąteczne "hendmejd", bo jakżeby inaczej…. 
Żebym choć czasu miała nadmiar, to rozumiem, bo człowiek z nudów to różne głupoty robi. Ale nie! Czasu jak na lekarstwo, mało tego - nie nadążam z tym, co pilne i naprawdę ważne! 
I kiedy trafia się intervallo między jedną lekcją a drugą, wyciągam nożyczki, klej, te rolki nieszczęsne i zupełnie jak sto lat temu na "zetpetach"... gwiazdeczki świecące ... 


To silniejsze ode mnie, jeszcze myślę, czy z szopką domową nie dalibyśmy rady… Nie godzi się dom włoski na święta bez pastuszków, królów i Bambino Gesu'… Ale kto to zrobi?? I kiedy??? Może dzieciom zlecić? 
Ach! I Jeszcze girlanda na drzwi!!! Może w końcu dziś po to nieszczęsne pungitopo wymsknę się do lasu z nadzieją, że wilki będą już po obiedzie...


Wycinałam, kleiłam, brokatem czerwonym sypałam. Co i raz na swoje "dzieło" spoglądałam z uznaniem. Ładnie wyszły, dobrze będą wyglądać przyczepione do białych zasłonek drzwi wejściowych. Może coś jeszcze uda mi się zmajstrować!


Po mrozie jednodniowym nie ma już śladu. Kiedy ja sypię czerwonym brokatem, niebo też zaczyna płonąć. - Mamusiu koniecznie zrób zdjęcie - wołają chłopcy - popatrz jakie niebo ma kolory. Rzeczywiście piękne. Niebiańskie malarstwo. 
W nocy termometr ma toskańską twarz, mruga przyjaźnie +9. Wszystko wróciło do normy. Tylko nad ranem wiatr groźny się budzi. Gna doliną, dudni i huczy jak wariat. 

Przed nami weekend pełen wrażeń. W Marradi pierwsze mecratini i Tomek w roli Elfa i Babbo Natale, Santa Barbara i Vigili del Fuoco i mecz Mikołaja i kto wie co się jeszcze wydarzy… Będę mieć oczy szeroko otwarte…

PRZERWA to po włosku INTERVALLO (wym. interwallo)

czwartek, 1 grudnia 2016

Dzień dobry grudzień i co diabeł ogonem przykrył


Znów przesypały się szkiełka w kalejdoskopie. Tak niedawno opłakiwałam lato i wakacje, a nim się obejrzeliśmy grudzień stanął w progu. Przyniósł ocieplenie i toskańską pogodę, co jest wielką ulgą po ostatnim dniu listopadowym, który skuł bielą zielone łąki i kazał termometrom wyświetlać temperatury do jakich w ogóle nie są przyzwyczajone.


Środę wyjątkowo mniej zajętą niż zwykle postanowiłam wykorzystać na podgonienie zaległości, a to wiązało się z wystawieniem nosa za marradyjski płot. Pogoda mimo przeszywającego zimna była mówiąc banalnie, bez silenia się na poezję - przepiękna. Słońce i krystaliczne powietrze wydobywały z kolorów najwyższą głębię, linie się wyostrzyły, Faenza zestrojona świątecznie zapraszała na spacer, na kawę, na grzane wino, ale ja … Ja jak zwykłe poganiana czasowym batem, przedreptałam tylko w tę i we w tę, łapiąc w przelocie kilka kadrów.    


 Tak czy inaczej do domu wróciłam odrobinę "lżejsza", kilka spraw udało się pchnąć do przodu. Znalazłam drobiazgi do woreczków, świąteczne brokaty, wstążki i kleje - jest więc szansa, że rolki nie skończą jako podpałka i w końcu ramy - antyramy "po taniości" i jeszcze zdjęcia mi wywołają w trybie ekspresowym… Choć co do ich jakości mam pewne obawy… Zobaczymy... Nie będę się tym martwić na zapas. 


Wieczorem znów wpadłam w lekcyjny wir i nagle w chwili oddechu między kolacją, a ostatnią lekcją dotarło do mnie, że przecież w czwartek już jest grudzień!!!! Panika! Gdzie woreczki, gdzie mój kalendarz adwentowy??? Na pewno w pudle ze świątecznymi klamotami! W półmroku zimnego korytarza wybebeszam świąteczny karton. Lampki, łańcuchy, ozdoby, świeczniki … wszystko, ale kalendarza nie ma! A przecież pamiętam doskonale, na pewno wkładałam je razem z innymi dekoracjami! Dobrze, że bombki są plastikowe, bo inaczej mojego nerwowego przewalania na pewno by nie przeżyły. Poczułam się jak Kubuś Puchatek, im bardziej woreczków szukałam, tym bardziej ich nie było. Wróciłam do salonu. Ciśnienie lekko podskoczyło. Nie dość, że prawie nawaliłam, bo kalendarz w głowie się nie zaktualizował i dalej tkwiłam w błogiej listopadowej nieświadomości, to jeszcze teraz woreczki czort ogonem przykrył!  


Ale jeśli nie tam, to gdzie??? Nie ma innych kartonów świątecznych! Chyba..., tak mi się przynajmniej zdaje … Wróciłam jeszcze raz do korytarza, schyliłam i natychmiast jak magik królika z kapelusza, tak ja wyciągnęłam torebkę z woreczkami. Była na samym wierzchu, przed moim nosem … Czary jakieś - głowę bym dała, że wcześniej ich nie było. Mniejsza z tym ważne, że się znalazły! Pozostało tylko zawiesić, wypełnić, liściki wypisać i radość dzieci gotowa!
W pierwszo-grudniowy poranek wyskoczyli z łóżka jak z katapulty. Grunt to mieć dobrą motywację, nawet jeśli tą motywacją jest tylko otworzenie woreczka z numerem 1. 
Buon Giorno Dicembre!

GDZIE ? to po włosku DOVE? (wym. dowe)

Drukuj