niedziela, 24 marca 2019

Pogawędki domowe i burza mózgów do nocy


- A ja myślę, że ty od Medyceuszy pochodzisz - powiedział Mikołaj układając się w łóżku. 
- Jeśli Pusia jest z Medyceuszy, to jakim cudem ty jesteś Wikingiem? - Tomek szybko podważył teorię brata, ale ten zdawał się w ogóle nie przejmować racjonalną krytyką.
- Gdybym naprawdę była de' Medici to byłoby nam ciut łatwiej.

***
- Mario jest podobny do Bismarcka - powiedział Mikołaj innym razem przy stole. 
- Matko! A jak Bismarck wyglądał??
Pobiegł zaraz po podręcznik do historii, przekartkował i zaraz na dowód przedstawił czarno - białe zdjęcie. 
- On??
- Zobacz, jak zakryjesz Mario brodę... - ręka Mikołaja wylądowała zaraz na ustach Mario - to cały Bismarck. Jeszcze jakby wąsy miał dłuższe...
- Bo ja wiem... Może trochę.

***
Taras przed domem. Gra w "państwa - miasta". 
- Zawód na "D"?
- Dyrektor - odpowiada Tomek.
- Zwariowałeś? Dyrektor to nie zawód! 
- Ale na przykład dyrektor orkiestry?
- No to przecież dyrygent, też na "D" i to jest jak najbardziej zawód.
- Mikołaś, a ty co masz?
- Dyktator.
Kurtyna.


Sobotni wieczór minął nam w doborowym towarzystwie. W Domu z Kamienia znów zawirował Kalejdoskop Renaty. Wieczór przeciągnął się do nocy, a my tak jak zawsze byłyśmy nienagadane. Burza mózgów, rady, otucha, nowe pomysły, wsparcie, pozytywna energia, wzruszenia i śmiechy...  
A dziś? 
Renata widziała już Marradi i Palazzuolo i Brisighellę, więc dziś chcę pokazać jej mój prawdziwy świat, moje paradiso, a to ukryte jest w górach. Czas zrobić kanapki i przygotować plecaki. Pogoda nam sprzyja! Zaczynają kwitnąć bzy!
Dobrej niedzieli! 

RADA to po włosku CONSIGLIO (wym. konsilio)

sobota, 23 marca 2019

Marzenie dziewczyny z nizin


I w końcu nam się udało... 
Pamiętam taki jeden moment. To był Sylwester, ostatni dzień 2018 roku, a ja byłam na szlaku do Ca' di Cicci i wtedy zadzwoniła do mnie S. z noworocznymi życzeniami, a kiedy powiedziałam, że stoję gdzieś tuż tuż pod niebem, ona aż jęknęła z żalu. "W tym roku marzyłam o tym, by iść z tobą w góry" - powiedziała - "ale niestety się nie spełniło".  Aż mnie w gardle ścisnęło i zaraz obiecałam jej, że w nadchodzącym roku, choćby nie wiem co, na pewno się spełni i tak oto w piękny marcowy ranek zarzuciłyśmy plecaki, założyłyśmy buciory i ruszyłyśmy w stronę Monte Carnevalone. 


Pokusa, by dojść do Crespino męczyła mnie od kilku tygodni, od chwili, kiedy to z Tomkiem powędrowałam z Biforco w dzicz Apeninów, ale zła pogoda kazała nam zawrócić. Pomyślałam więc, że skoro w S. tyle zapału, to dobrze się składa i razem porwiemy się na ten szlak. W całym tym moim górskim szale, nie wzięłam pod uwagę tylko jednego - S. to przecież dziewczyna z równiny i niekoniecznie w górskich wspinaczkach musi być zaprawiona jak ja - "montanara".


Pomyślałam sobie w czasie jednego z przystanków, że może gotowa jest pomyśleć, iż celowo tak ciężki szlak wybrałam, żeby mi już więcej "dziury w brzuchu nie wierciła", więc zaraz zaczęłam się usprawiedliwiać i zapewniać, że jeśli tylko będzie chciała to nawet jutro, to ja chętnie, kiedy tylko zapragnie, znów wyruszę z nią na szlak, bo tyle w nas wspólnego, bo tyle podobieństwa, bo tak było dobrze iść noga w nogę, ramie w ramię, wymieniać doświadczenia w kwestiach ważnych i tych całkiem przyziemnych, opowiadać, wspominać, dzielić się życiem i zachwycać otaczającym światem. 


Przeszłyśmy 10 kilometrów, spaliłyśmy 1000 kalorii z groszem (minus pizza, wino i jabłko, czekolady w końcu nie tknęłyśmy - czyli tak czy inaczej, bilans jest dobry), pokonałyśmy ponad 500 metrów przewyższenia, a zajęło nam to wszystko 5 godzin. Nie doszłyśmy do Crespino, ale nie dlatego, że komuś zabrakło sił. S. była dzielna, jakby się w górach urodziła i mimo ciągłego trajkotania, nie dawała się zadyszce. Musiałyśmy zawrócić, bo zwyczajnie czasu zabrakło, ale ja wiem, że na tym szlaku wkrótce znów buciory postawię, bo jest piękny, trudny i wymagający mocnych nóg, a ja przecież lubię wyzwania. Zabiorę tam chłopców, bo w końcu oni też są "montanari". A z S. następnym razem pójdę do Lozzole albo na Lavane, a może ponad Marradi, tam gdzie byłe kamieniołomy? To się jeszcze zobaczy, a teraz już znikam, bo starzy Goście zawitają dziś do Domu z Kamienia, a ja jeszcze w lesie, jak zwykle...

URODZONY/MIESZKAJĄCY W GÓRACH to po włosku MONTANARO
Słówko często też kojarzone z kimś topornym, silnym, czasem też prostakiem. My nie prostacy, ale w górach jak najbardziej mieszkamy. 

W oddali Lozzole!
Widok na Marradi
foto by S.
foto by S.
Aaaa zapomniałam! 1000 kalorii z groszem minus spritz! Zasłużony spritz!

piątek, 22 marca 2019

O tym i o tamtym - pierwszy wiosenny weekend czas start


Jak ten czas leci... Czasem aż się wierzyć nie chce. Dopiero co latałam w panice jak wariat i "odgruzowywałam" po zimie dom na przyjazd Mamy, a tu już następny piątek nastał i następni Goście szykują się do odwiedzin. Przed nami pierwszy wiosenny weekend, atrakcji zapowiada się cała masa, a dziś na dobry jego początek, to co lubię najbardziej...

Już dawno obiecałam S. wyprawę w góry, ale zawsze tysiąc spraw stawało na przeszkodzie. Aż w końcu S. się zniecierpliwiła, wzięła sprawę w swoje ręce, urlop w pracy załatwiła, przyparła mnie do muru, że albo idziemy albo..., że teraz to już czas mam jakoś znaleźć i koniec kropka, bo z każdym chodzę, a z nią, która niemal na sąsiednim podwórku jakoś się nie może złożyć.
I dobrze zrobiła, że tupnęła nogą! 

Swoją drogą na górską wyprawę to ja zawsze czas znajdę, choćbym miała sobie snu ująć, choćbym go miała ukraść, wykopać spod ziemi to na góry czas zawsze musi być! A zatem na dziś jesteśmy umówione i jak tylko uporam się z lekcjami ruszamy szlakiem, który bierze początek tuż przed moim domem, a dokąd nas zaprowadzi - to jeszcze wielka niewiadoma. Najważniejsze, że pogoda ma nam sprzyjać i słońca ma być pod dostatkiem.

Jutro natomiast zawitają do nas Goście, więc gdzieś tam po cichu już menu obmyślam i cieszę się na to spotkanie, bo czas spędzony z R. to zawsze nowe pomysły, inspiracje, ustawianie się do pionu, zastrzyk energii i nocne nienagadanie. I może w niedzielę uda nam się ruszyć na krótką wyprawę! 

A jeszcze w kwestii nienagadania... Ellen moja kochana wróciła, usiadła u mnie na tarasie i przy przedwczesnym aperitivo plotłyśmy o tym i o tamtym, jedna przez drugą, a słońce upojnie przypiekało. Z jego wiosennej mocy zdałam sobie sprawę wieczorem, kiedy spojrzałam w lustro...

Pogoda w weekend naprawdę ma nas rozpieszczać. Staram się nie myśleć o kiepskich prognozach na najbliższy tydzień. Ma się przetoczyć nad nami prawdziwy deszczowy kataklizm. Ale to za kilka dni. Dziś ważne jest to co tu i teraz. W ogródku kwitną poziomki, moje własne glicine zaczyna uwalniać fiolety, zieleni z każdym dniem więcej i więcej... 

ROZMAWIAĆ O TYM I O TAMTYM to PARLARE DEL PIÙ E DEL MENO (wym. parlare del più e del meno)

DOBREGO PRAWIE WEEKENDU!


czwartek, 21 marca 2019

Wiosna oficjalnie i inne oficjalne sprawy

fot. Piotr Czaja

I tak oto nastała wiosna... Dokładnie wczoraj dwie minuty przed 23.00 przy świetle pełnego księżyca królowanie na naszej części świata przejęła primavera.
Kiedy kończy się lato, wydaje nam się, że "długie" jesienne, a potem zimowe tygodnie będą się wlec w nieskończoność. Ale jak widać - nawet zima kiedyś się kończy... 
Wprawdzie dziś ranek nastał bardzo zimny, ale niebo jest pogodne i jak tylko słońce wdrapie się ciut wyżej, zaraz i termometry podskoczą. Nie wyciągnęłam jeszcze z głębin garderoby białych sukienek i szczerze mówiąc boję się je tknąć, by nie zapeszyć, tym bardziej, że gdzieś mignęły mi przed oczami prognozy na pierwsze dni kwietnia nie do końca satysfakcjonujące. 
A W Polsce to chyba nawet śniegiem straszą... A może się mylę? Powiedzcie, że się mylę! Bo ja właśnie do Polski niedługo zawitam i nie chciałabym się zmrozić na dzień dobry. 


Oto czego dotyczyły moje "ważne spotkania". Kilka tygodni temu zatelefonowała do mnie przedstawicielka biura Unii Gmin Mugello z pewną propozycją. 
Za dwa lata będziemy obchodzić siedemsetlecie śmierci Dantego i już teraz tak zwane "ziemie Dantego" - których serce bije właśnie tu w Mugello i Alto Mugello - ruszają ze światową promocją. Jako blogerka, wielbicielka i nieoficjalna ambasadorka tych terenów zostałam zaproszona do współpracy i tak oto 4 i 5 kwietnia będę w Polsce. W Instytucie kultury włoskiej w Krakowie i Warszawie odbędą się spotkania literackie poświęcone największemu włoskiemu poecie, poprzedzone naszą krótką prezentacją turystyczną. Prezentacja skierowana jest przede wszystkim do blogerów podróżniczych, dziennikarzy i biur podróży, ale też otwarta dla innych. 
Kolejna wiosna i kolejne doświadczenie. Trzymajcie proszę kciuki, żeby udało mi się stanąć na wysokości zadania i spisać w nowej roli. Tak naprawdę promowanie regionu to coś co robię każdego dnia i nie dlatego, że ktoś mnie o to poprosił, tylko z potrzeby serca, jednak występ przed publiką niesie za sobą coś więcej niż blogowanie w zaciszu domowym. 
Dam radę. Muszę!
W związku z wyjazdem już teraz pracy jest tyle, że na zakrętach się nie wyrabiam. Proszę więc o cierpliwość przez najbliższe kilka tygodni. Nie gniewajcie się jeśli nie odpowiadam na wiadomości albo odpowiadam po kilku dniach, jeśli jestem oszczędna w słowach czy nie wszystko komentuję. Uwijam się od lekcji do lekcji, bo i uczniów przybyło, w między czasie organizuję wakacje, bo wiosna obudziła w Was chęci zaplanowania urlopów, a przecież w tym wszystkim jestem też mamą, która musi ogarnąć i dom i dzieci i życie całe... 
Czasem więc mam chwile słabości. Tak silnej słabości, że nie mam siły kiwnąć palcem, ale powtarzam sobie - to minie, kiedyś będzie łatwiej, może pewnego dnia i ja pojadę gdzieś na wakacje, może nawet odpocznę...

PROPOZYCJA to po włosku PROPOSTA (wym. proposta)

środa, 20 marca 2019

Z serii "Kroniki rodzinne"

Prawie jak The Beatles (złapane przypadkiem)

- I co teraz? - zapytał zaspany Mikołaj siadając do śniadania, kiedy Goście byli już w drodze powrotnej. - Nie ma szarlotki... nie ma bezów... nie ma pierogów... 
- Przede wszystkim to chciałam zauważyć, że nie ma też Babci i Wujka.
- No tak... tak...

Czas zdecydowanie za krótki, bo chciałoby się jeszcze tu i tam i to i tamto, ale... trzeba cieszyć się tym, co jest. Dlatego jeszcze raz podsumowując tę garstkę dni prywatnie, rodzinnie, fotograficznie...

Dobrego dnia!


Dozza - piękna jak zawsze, intensywnie kolorowa w wiosennym słońcu - przeżywała prawdziwe oblężenie. Czegoś takiego jeszcze tutaj nie widziałam. Zwykle dziesięć osób w miasteczku to już był prawdziwy tłum. Widać bajeczna pogoda nie tylko nas wypędziła z domu. O wolnym stoliku w zasięgu murów historycznego centrum, można było zapomnieć, więc kiedy już się nacieszyliśmy fantazyjnymi muralami, poganiani coraz większym głodem cofnęliśmy się na nizinę i zaraz w Imola znaleźliśmy miejsce zupełnie niepozorne. Nazwa nie bardzo przekonująca - il Faro - latarnia morska, a do morza przecież jeszcze spory kawałek, jednak zapach jaki rozszedł się, kiedy tylko wysiedliśmy z samochodu, od początku dobrze wróżył. 
I rzeczywiście z wyborem trafiliśmy w dziesiątkę! Absolutnie wszystko było wyśmienite - tagliolini z baccala', rodzynkami i czarną kapustą i tortelli z fioletowymi ziemniakami na dyniowym kremie i risotto alla marinara i fritto misto i pizza Mikołaja też. Polecam z serca gdybyście zabłądzili w te strony. 
Tak posileni ruszyliśmy dalej i o tym co widzieliśmy już trochę pisałam, dlatego dziś poganiana brakiem czasu zostawiam Was z naszą prywatną, rodzinną foto galerią. Sama minioną niedzielę będę wspominać z łezką w oku… To był jeden z tych dni, które w sercu pozostają na zawsze. Dzień idealny. 
   
tortelli z fioletowymi ziemniakami na kremie z dyni z wędzoną ricottą!
posiadłości Romanii
z ukrycia
Po namowach
wszyscy razem ponad dachami Brisighelli
w drodze,
na drodze - plener na każdym zakręcie
Tagliolini z baccalà, cavolo nero i rodzynkami
gaje oliwne jakich nie powstydziłaby się nawet Puglia
Brisighella
Przystanek
"Niech się dzieci fotografowaniem nacieszą"
Pauza caffè Brisighella
Wujkowi dręczenie można wybaczyć
Z drugiej strony lustra
fritto misto
Niepozornie, super smacznie
Brzydkie tło, ale uścisk spontaniczny
Porzucone
Jeszcze raz razem
Pomiędzy światłem i mrokiem/ fot. Piotr Czaja
Pozować nie każdy lubi /fot. Piotr Czaja
Niektórym nie przeszkadza /fot. Piotr Czaja
Pozowanie jako dobra zabawa/ fot. Piotr Czaja
Inni ku temu jakby stworzeni/ fot. Piotr Czaja
fot. Piotr Czaja
Na własnym podwórku/ fot. Piotr Czaja
Mario i jego Ranger / fot. Piotr Czaja

Drukuj