poniedziałek, 4 maja 2015

Czego z głównej drogi nie widać


Nikt nie lubi poniedziałków, a tych po długich weekendach to już w szczególności. Witam Was zatem ciepło, "poweekendowo" i dziś zamiast słów znajdziecie tu głównie zdjęcia.  Czasem słowa tylko przeszkadzają.
Pojechaliśmy w niedzielę sfotografować odkryte niedawno miejsce - łąki, o których już tu wspominałam i znów (banał!) znalazłam coś jeszcze piękniejszego, niż można było się spodziewać. 

Jeszcze nieśmiało, ale już się otwierają! Ginestre!

Szliśmy polną drogą... szliśmy i szliśmy i szliśmy leniwie, przystając co dwa metry, bo tu to, a tam tamto... Dzieci oszalały ze szczęścia od nadmiaru przestrzeni, ja od kolorów i zapachu tymianku...

Nie dotykać!!!! konsekwencje przykre dla skóry
Dolina Lamone
Dzika orchidea

A potem nie wiedzieć czemu, zamiast dalej iść prosto, jak prowadziła polna droga, skuszeni dzikimi orchideami i kwitnącymi na fioletowo dywanami tymianku, zostawiliśmy obrany szlak i ruszyliśmy prosto pod górę, wyobrażając sobie albo raczej niewyobrażając, co też kryje druga strona zbocza i jaki to widok ukaże się naszym oczom. 

Dzika orchidea
Dywany tymiankowe


I wiecie co? Znów pomyślałam sobie, że warto się czasem pokusić i zejść z wygodnej drogi, wspiąć się pod górę, nawet jeśli stromo, niewygodnie i kolce jeżyn kaleczą nogi. 
Czasem za kolejną górą, zupełnie nieoczekiwanie, ukazuje się widok jak z bajki, tak niezwykły, że słowa się wyczerpują i jedyne na co ma się ochotę, to zanurkować w białym jak śnieg, wiosennym morzu margerytek ...


MARGERYTKI to oczywiście le MARGHERITE (wym. margerite)

niedziela, 3 maja 2015

Zbawienna moc morza


Przez cały tydzień patrzyłam z przejęciem na tabelkę pogodową na blogu. Zaplanowaliśmy na sobotę wycieczkę nad morze, a że ostatnie tygodnie dały mi w kość, to bardzo o takim dniu marzyłam. Sobota niby miała być ładna, ale w piątek wieczorem tak się zaniosło, tak wiatrem dmuchnęło, że ten nasz nadmorski dzień stanął pod znakiem zapytania. 


Nie lubię jednak porzucać raz powziętych planów i choć sobotni ranek nic dobrego nie wróżył, wciąż wiało, ziemia mokra była jeszcze od nocnego deszu, a termometr pokazywał zaledwie 14 stopni, już o 8.00 tak jak było postanowione spakowaliśmy klamoty do samochodu i żartując, że bardziej niż lodówka przydałby się termos z vin brule', pomknęliśmy na wschód. 


Od granicy Romagnii widać było, że chmury zostawiliśmy w tyle, siedziały sobie spokojnie na czubkach wzgórz toskańskich Apeninów, szaro - sine, ponure jak wrony i kruki. Przed nami otworzył się pogodny lazur, jak na włoski maj przystało. 
Przez całą drogę trzymałam aparat w pogotowiu i zastanawiałam się, co jest bardziej urocze: ta droga wśród winnic i sadów, z poboczem usianym makami, z irysami sterczącymi na baczność, czy samo morze i plaża. 


Ale i plaża majowa nas zaskoczyła, bo nawet ona zakwitła tysiącami drobnych różowych i żółtych kwiatków. 



Na plaży natychmiast rozwiąły się nasze wątpliwości pogodowe i zaczęliśmy ściągać z siebie to, co można było ściągnąć, a resztę podwijać i zsuwać ile się da! Z 14 marradyjskich stopni zrobiło się nagle 25, choć godzina była jeszcze wczesna. Mimo braku kostiumów i tak nie mogłam powstrzymać chłopców przed półkąpielą, co skończyło się mokrymi spodniami i powrotem w moim szaliku okręconym wokół bioder. 



Ale przecież spodnie wyschną, a radość dziecka jest najpiękniejszą rzeczą na świecie. 
Patrząc na nich przez obiektyw, czułam jak zalewa mnie wzruszenie. Widać szczęście w oczach, w gestach, w uśmiechu. Jeśli oni są szczęśliwi, nic mi więcej nie trzeba. Może tylko trochę słońca, do naładowania wewnętrznych baterii, bym znów mogła śmiało startować w kolejny intensywny tydzień. 


To sobotnie nadmorskie lenistwo uświadomiło mi jak bardzo byłam zmęczona. Jeden dzień wystarczył, bym sama ustawiła się znów do pionu. Bieganie po wodzie, słońce, ciepło, trippa na zimno, kieliszek wina i dobra lektura. Znów jestem silna! 


A dziś czeka nas spokojny marradyski dzień i piknik na zielonych łąkach. Przed nami wszystkimi ważny i bardzo intensywny tydzień, postaramy się zatem maksymalnie wykorzystać wolny czas i Wam też radzę zrobić to samo!

SPODNIE to po włosku PANTALONI

sobota, 2 maja 2015

Książki w teatrze


Tak naprawdę dziś powinnam napisać o tym, że wczorajsze popołudnie spędziłam przesympatycznie w Palazzo Toriani, ale jestem jeszcze pod takim wrażeniem, że najpierw myśli i słowa muszę w głowie poukładać. Znów widziałam tyle niezwykłości, wysuchałam nowych historii, że jeszcze teraz na samo wspomnienie uśmiecham się do siebie, bo świadoma jestem faktu, że to prawdziwe szczęście móc poznać takie osoby jak Anna Maria. 
Wkrótce opowiem Wam nowe historie zasłyszane wczoraj, o tysiącletnim domu, o kościele na placu i o starym sejfie. 


Tymczasem dwa słowa o atrakcji, na którą czekałam z wytęsknieniem - wystawa i targ książek, które zorganizowane były w teatrze i potrwają do połowy maja, ja - rzecz jasna - musiałam się stawić już pierwszego dnia i na pewno wrócę pomyszkować nie raz. Oczywiście nie mówimy tu o wydarzeniu na skalę wielkiego miasta, ale tam gdzie książki są bohaterkami, jest zawsze pięknie!!! 

Zrobiłam wstępny rekonesan i zaraz potem utknęłam na amen przy stoliku z książkami o tematyce toskańskiej, mugellańskiej i z Florencją w tle. To są tytuły wydawane w niskich nakładach, więc jak pojawi się coś, co wyjątkowo nas zainteresuje, lepiej się długo nie namyślać. Poza tym są to książki, które znajdziemy głównie w regionie, więc jeśli będziecie mieli okazję w czasie wakacji znaleźć się na takim targu, warto się pofatygować. 

Ja nie mogłam się oprzeć i oczywiście z małą książeczką wróciłam do domu. "To jest Florencja! Ciekawostki, wiadomości, słowa i powiedzonka." Zaczęliśmy czytać wszyscy razem jeszcze wczoraj i dziś zabieramy ją nad morze. Nacieszyć się z tego zakupu nie mogę, bo już wyłowiłam tyle ciekawostek o stolicy Toskanii i doczekać się nie mogę, by się z Wami podzielić. A że mam słabość od zawsze do florenckiej mowy, to teraz z zapałem będę studiować nowe modi di dire. Ku mojemu zaskoczeniu odkryłam też, że wiele z nich znam i sama używam, nie mając świadomości, że to przecież Florencja jak żywa. 

Miłego leniuchowania, kto może!

MODO di DIRE to POWIEDZENIE (wym. modo di dire)

piątek, 1 maja 2015

Majowy "most"


- Mai... maj... maj!!! - obudził się Mikołaj i zaraz zaczął podśpiewywać - maj i moje urodziny! 
Maj to rzeczywiście miesiąc urodzin Mikołaja, ale to jest tylko jeden z wielu powodów, by na maj nie móc się doczekać! Dzieci mają swoje atrakcje, których wypatrują z utęsknieniem: Tomek wycieczkę do Wenecji, Mikołaj do Italii w miniaturze. Potem dzień sportowych zabaw w Palazzuolo i trzy dni sportu w Marradi, a ja już ręce zacieram na myśl o Święcie Chleba i o 100 km del Passatore. 
Kiedy jeszcze mieszkałam w Warszawie najważniejszym majowym punktem, były targi książki (zwykle odbywały się w maju). Dla człowieka z książkowym fiksum dyrdum to niemal jak święto państwowe i tego, odkąd mieszkam w Marradi, trochę mi brakowało. A tu proszę ... już dziś rusza wystawa i targ książek w marradyjskim teatrze! Ha! Wystarczy pomarzyć i się spełnia! Takie proste. 



Pół godziny po tym, jak ze śpiewem na ustach obudził się Mikołaj, przecknął się i Tomek:
- Wszystkiego najlepszego!! 
- Eee??? - szybko przeszukałam w pamięci: dzień kobiet był, dzień matki za dwa tygodnie, urodziny jeszcze dalej. - Wszystkiego najlepszego z okazji?
- No jak to? Z okazji święta pracy! Przecież ty ciągle pracujesz mamusiu! Wszystkiego najlepszego!
Świat zwariował myślę sobie, jeszcze z takiej okazji nikt mi życzeń nie składał. Faktem jest jednak to, że ostatnio rzeczywiście jestem wyjątkowo zajęta i cieszyłam się na ten majowy ponte jeszcze bardziej niż dzieci (ponte - to most - tak Włosi nazywają długie weekendy). W Italii 1 maja też jest dniem wolnym i podobnie jak w Polsce ludzie pędzą nad morze, w góry, do letnich domków, co widać było wczoraj po sklepowych półkach, które opustoszały w zatrważającym tempie. 
Nie mogę nacieszyć się myślą o trzech dniach oddechu!
Nie mówię, że będą to trzy dni "dolce far niente", bo jednak gonią mnie teraminy, bo coś zawsze jest do zrobienia i nawet dziś czeka mnie kolejne "ważne spotkanie", ale jednak wszystko na luzie, na spokojnie, bez ciśnienia i pośpiechu. 
Ostatnie tygodnie, a nawet miesiące troszkę mnie zmęczyły, sama świadomość, że wciąż jestem z czymś do tyłu, zakłóca moją "duchową równowagę" - choć jak mówi Mario - nie zrobisz dziś, zrobisz jutro. W czym problem?
Żal mi, że wirtualna kuchnia w kamiennym domu wystygła, co nie znaczy, że nie gotuję już dobroci. Gotuję, piekę - a jakże! Tyle pyszności ostatnio było na naszym stole, a ja nie mam tylko czasu ich opublikować. Wybaczcie! Nadrobię!



A teraz maj na start! Maj .... aż się chce powiedzieć najpiękniejszy z toskańskich miesięcy!!! Jeszcze kwitną glicine, a już nieśmiało czerwienią się maki i żółte ginestre za chwilę uwolnią zapachy. Nie ma piękniejszej pory !!! Wiem, wiem, piszę to kilka razy w roku! Ale to chyba dobrze? Naprawdę jest teraz przepięknie!
Pewnie w tych dniach niewiele osób tu zajrzy, ale posty tak czy inaczej się pojawią, bo już teraz wiem, że będę Wam miała o czym opowiadać!
Powłóczymy się po Marradi i okolicy, może uda się wyskoczyć nad morze, nacieszymy się książkami, coś dobrego ugotujemy i nigdzie nie będziemy się spieszyć ... 
Na koniec polecam Wam lekturę, do której miałam zaszczyt i ogromną przyjemność dołożyć swoje kilka słów: http://italiapozaszlakiem.blog.pl/polki-w-italii-polecaja-czesc-2-wlochy-srodkowe/
Miłego weekendu!
PRACA to po włosku LAVORO (wym. laworo)


Drukuj