czwartek, 23 października 2014

Pani Mądrala szuka toskańskiej jesieni


Początek tygodnia. Muzyka w głowie.
- Moglibyśmy przejechać się w stronę Brisighelli? Chciałam zrobić toskańskie zdjęcia jesieni. A tam widziałam ostatnio z drogi piękny dom, wiejski, kamienny na zaoranym polu.
-  A gdzie dokładnie? - pyta Paw.
- Nie wiem, może to było gdzieś koło Fognano albo San Cassiano, no może bliżej Brisighelli jednak - próbuję zlokalizować zatrzymany w głowie kadr.
Jedziemy. Pogoda piękna, wciąż 25 stopni na termometrze. To już ponoć ostatnie podrygi lata tej jesieni.
- I co tam takiego szczególnego widziałaś?
- Ten dom z kamienia był taki stłumiony na tej burej ziemi, wszystko w jednej tonacji, jak kamuflaż - zachwycam się jak dziecko - taka właśnie toskańska jesień.
- Mnie osobiście to się z jesienią bardziej liście kolorowe kojarzą - ocenia Paw moją wizję.
- Pfff! Liście! Banalnie! Jak w przedszkolu! Może chcesz jeszcze kasztanowe ludki zrobić? Mój blog, moja jesień!
- Tak tylko mówię - Paw przewraca oczami, nieco zbity z tropu.
Za Marradi zaczynają się pola ziemiste, pobrużdżone równiutko.
- O, a tam? Zobacz jaki ładny! - Paw pokazuje okazałe domostwo.
- Ale ten jest biały! A ma być z kamienia.
- To sobie go "ukamienujesz" w fotoszopie - zaczyna się podśmiewywać - o tam też ziemia zaorana!
- Ale bez domu. Może mam go sobie dorysować? Wytnij - kopiuj - wklej ...?
Jedziemy i jedziemy i widoki zachwycające jak okiem sięgnąć, ale jesieni z mojego wyobrażenia ani ani!



- Zatrzymaj się tutaj to choć sfotografuję...................
Przystajemy, a ja biegam z aparatem i oliwki i droga i .... no właśnie! Czy ktoś zgadnie co to za owoce?





Tak słonecznie... tak ciepło... letnio... zielono... Aż się wierzyć nie chce, że za kilka dni ma przyjść prawdziwa jesień...  

Swoją drogą nie wiem, gdzie zaginął dom z zaoranym polem, przejechaliśmy raz i drugi, a kadru zapisanego w mojej głowie nie ma. Do prawdy nie wiem... może światło było inne, może kąt padania promieni słonecznych się zmienił, a może to wszystko tylko mi się przyśniło ...

WSZYSTKO to po włosku TUTTO  (wym. tutto)

środa, 22 października 2014

Malarz i perliczki



To już ostatni przystanek naszej kulturalnej wyprawy z trzeciej sagry kasztanowej. Po zeszłotygodniowej wizycie w Centrum Studiów poświęconych Dino Campana, postanowiliśmy wrócić w to miejsce zachęceni reklamą wystawy inspirowanej twórczością miejscowego poety. 
Kiedy doszliśmy do budynku, zastaliśmy drzwi jeszcze zamknięte, ale niemal w tej samej chwili pojawiła się osoba odpowiedzialna za wystawę. Od razu uspokoiłam zmachaną kobietę, żeby spokojnie wszystko powłączała, pootwierała, a my przejdziemy się kawałek i za kwadrans wrócimy. "Ależ nie! Absolutnie! Proszę, zapraszam! Już otwarte".
Przemiła kobieta widząc w nas szczere zainteresowanie postacią Dino, zasypała nas opowieściami i anegdotami, a ja zastanawiałam się, jak wielkim nietatktem z mojej strony byłoby poproszenie o zgodę na nagranie jej wypowiedzi. Po dłuższej pogawędce - w między czasie wplotłam kilka słów o nas, a pani w rewanżu o sobie, zapraszając nas z serca do swojego domu, bo tam też ma rysunek, szczególny, pamiątkowy ....itd... itd... - zaprosiła nas tymczasem na piętro, byśmy mogli zobaczyć wystawę inspirowaną twórczością Campany, obrazy wykonane przez artystów z całego świata! 
Niezwykłe, jak różnorodnie można zobrazować słowa poety! A dla zwiedzających jaka to ciekawa zabawa, by w obrazach doszukać się treści utworów.







Jednak Dino Campana to był dopiero początek moich artystycznych wzruszeń! W innych salach zorganizowano jeszcze dwie wystawy! I tak odbyliśmy wspaniałą lekcję o miejscowych artystach, w której rolę nauczyciela przejął ... Tomek. 


- Mamusiu, ja tu już byłem - powiedział teatralnym szeptem. 
- Aa, pewnie z klasą? Popatrz! Jakie one są niezwykłe! Absurdalne, kolorowe, niemal infantylne.
- Ten mi się najbardziej podoba! 
- A mi ten! 
- A mamusiu czy widzisz na tych obrazach jakiś wspólny element? 
Patrzę i patrzę, a Tomuś rękę wyciąga jak profesor sztuki i zaczyna objaśniać: - Popatrz na każdym z tych obrazów wkomponował swój dom. O tu i tu ... 
- I tu też - dodaję zaskoczona. 
- I jeszcze perliczki! - zauważa Paw. 
- Aha! - potwierdza nasz nauczyciel - bo ten pan je hodował i uwielbiał. 
- Proszę spojrzeć - wtrąca się do rozmowy przewodniczka - oto jak artysta podpisywał swoje obrazy. Wszystkie mają z tyłu taką adnotację. 

Malarz wiejski (chłopski), S. Adriano, Tytuł: Ja i moje perliczki. Autentyczny mój obraz. Francesco Galeotti (1994)

- Francesco Galeotti, nigdy nie pobierał nauki ze sztuki, z malarstwa, urodził się i żył w S. Adriano. Był artystą - naturszczykiem, artystą - chłopem - opowiada nam nasza przewodniczka. - Jego obrazy to kalsyczne przykłady malarstwa naïf, sztuki prymitywnej.  


- A tu, popatrz mamusiu czy widzisz jakiś błąd - na jednym z obrazów jest tekst.
- Podpowiedz mi!
- Napisał "sara", a powinno być przecież "sarà".
- Masz rację, brakuje akcentu.



- A to? Wiesz, że wszystko jest jego? Sztaluga, paleta z zaschniętymi farbami, nawet czapka!
Jak dużo już wie to moje dziecko, niby małe a takie duże. Przyszedł czas, że to ja uczę się od niego, ale wcale nie jest mi przykro z tego powodu. Duma mnie rozpiera ... 

Przechodzimy do ostatniej sali. Kolejny malarz. Ten dla odmiany się tu nie urodził, ale kiedyś przyjechał i już pozostał na zawsze. Ukochał Marradi, a to oczywiście znalazło odzwierciedlenie w jego sztuce.



Lanfranco Raparo przyjechał do Marradi w 1962 roku, po ciężkich przeżyciach, po dzieciństwie, które przypadło na lata wojny. Szukał spokoju i stabilizacji. Świadomy był swego talentu, podpartego też wykształceniem zdobytym we Florencji. 
W Marradi został nauczycielem sztuki. Nauczycielem nie poddającym się schematom, nauczycielem brawurowym, nauczycielem niezapomnianym, wydobywającym z młodego człowieka to, co najlepsze. Dla Marradyjczyków szybko stał się wielkim artystą ich małego społeczeństwa. Tworzył wszędzie - w szkolnej auli i poza nią, w domach przyjaciół, na ścieżkach wokół miasteczka. To ono stało się tematem wielu jego prac. Marradi, miasteczko, które tak bardzo ukochał. 





- Widzisz Tomeczku - powiedziałam, kiedy już pełni wrażeń opuściliśmy budynek. - Ty - taki artysta - nie mogłeś trafić w lepsze miesjce. Marradi to miasto artystów, tu znajdują spokój i inspirację, mam nadzieję, że i Tobie jest tu dobrze ...

PITTURA to znaczy MALARSTWO (wym. pittura)


wtorek, 21 października 2014

Drewno i ogień


Tak jak obiecałam dziś kolejny etap naszego niedzielnego spaceru. Mam nadzieję, że teraz nikogo nie zanudzę, ale taka to była dla mnie przyjemność, że muszę dać temu upust i uwaga to jeszcze nie koniec!

Przede wszystkim nie zawsze jest moment na to, by wydawać pieniądze i zwiedzać sobie galerie, tym bardziej więc cieszę się, że w Marradi sztukę się kocha i dba o to, by mieszkańcy mieli z nią ciągły kontakt, niezależnie od zasobności kieszeni. 

Kiedy w niedzielę nacieszyliśmy się teatrem, posiedzieliśmy w loży, obejrzeliśmy obrazy i meble, ruszyliśmy następnie w stronę placu, ale zaraz przy Palazzo Torriani zatrzymaliśmy się zaciekawieni szeroko otwartymi drzwiami i plakatem przed nimi. 
W Palazzo została zorganizowana wystawa dzieł malarza z Faenzy - Alberto Vigna, który przez lata związany był z Marradi, co odzwierciedlają niektóre z jego obrazów. W zabytkowych wnętrzach "najdostojniejszego" budynku miasteczka, tych samych, które całkiem przypadkiem zwiedzaliśmy dwa tygodnie temu, zebrano i wystawiono dla zwiedzających ponad 45 dzieł - pejzaże, panoramy miasteczka, martwą naturę i inne. 


Być może okaże się, że jestem ignorantem, ale nie mam pojęcia jak po polsku nazywa się technika, którą posługuje się artysta. Zaczęło się od obrazu przedstawiającego marradyjski widoczek, do którego wykonania malarz użył rozgrzanych w ogniu drutów do dziergania! Chodziliśmy od obrazu do obrazu i śledziliśmy detale, Tomek był zafascynowany i oglądał wystawę okiem prawdziwego miłośnika sztuki. Dopytywał z jakiego miejsca zostało złapane jedno ujęcie miasteczka, które wydawało mu się jakby znajome, ale jednak nie do końca, a wtedy opiekun wystawy ku naszej radości wytłumaczył, że to Biforco, miejsce w którym teraz stoi "nasz" dom. Niemal nierozpoznawalne!


Kiedy już nacieszyliśmy oczy drewnianymi obrazami, poszliśmy obejrzeć kolejną wystawę i tam już całkiem w głowie mi się zakręciło, ale o tym jutro. Napiszę tylko, że ta niedziela potwierdziła moje wyobrażenie o Marradi - to niezaprzeczalnie miasto artystów!

LA NATURA MORTA to znaczy MARTWA NATURA (wym. la natura morta)

poniedziałek, 20 października 2014

Październikowa niedziela, a zatem ...




Kasztany! Ale ile mogę pisać o kasztanach?? To znaczy ... mogę w nieskończoność i jeszcze nie raz tej jesieni będę, ale tak naprawdę sagra kasztanowa to przede wszystkim jeden wielki spektakl, a ja mam możliwość uczestniczenia w nim co tydzień i co za tym idzie nie muszę po łebkach "zaliczać" wszystkich atrakcji, tylko mogę cieszyć się nimi powoli, w pełni, dedykując każdą niedzielę czemuś innemu. Mogę bezkarnie delektować się każdą mijającą minutą. Dziś bezczelnie i z niepohamowaną radością muszę się Wam pochwalić, że wczorajsza festa była wielkim rodzinnym "ukulturalnianiem się". Pobiłam zdjęciowy rekord i już samo to zmusza mnie, by opowieść rozbić na odcinki, bowiem w jednym wpisie wszystkiego ująć nie sposób. 



Miasteczko znów wypełniło się po brzegi, a pogoda była jeszcze piękniejsza. To już nie "jakby lato" to było najprawdziwsze lato, w najpiękniejszym wydaniu, ze słońcem palącym, z szukaniem cienia i orzeźwiających napojów. 



Zaczęliśmy od teatru, który w takie dni otwarty był dla gości i kusił dwoma wystawami: malarstwa, nawiązującego do poezji Dino Campany i dzieł miejscowego stolarza. Poza tym samo wnętrze budynku jak zawsze imponujące i nawet chwila w loży przy niemej scenie tak zaaranżowanej to była prawdziwa przyjemność. 




Potem zobaczyliśmy to i tamto, że aż mowę odebrało, ale tego nie zdradzę, o tym jutro i pojutrze opowiem obrazkowo. 
A dziś przewrotnie to, co było na zakończenie naszego spaceru kasztanowego. Bańkowy spektakl dla dzieci. Dla dzieci ... tylko, że to dorośli klaskali najgłośniej i stali z otwartymi buziami! Jak wiele może pokazać jeden człowiek przy pomocy wody, pieniącego się płynu, dymu, z odrobiną muzyki w tle. Trzeba być aktorem, kominkiem, jednym i drugim, mieć w sobie coś hipnotyzującego, coś co nie pozwala odejść, tylko każe stać i podziwiać póki spektakl się nie skończy.

Wieczorem kładłam się spać z głową kipiącą od wrażeń, z satysfakcją, że żyjąc w takiej małej mieścinie mogę podarować sobie i dzieciom tyle wspaniałości, piękna i wzruszeń. Takie dni utwierdzają mnie w przekonaniu, że lepszego miejsca do życia nie ma na całym świecie! 


LE  BOLLE to znaczy BAŃKI (wym. le bolle)

Drukuj