środa, 24 sierpnia 2016

Pył i siwe włosy


Kwiaty z włosem posiwiałym tarmosi ciepły wiatr. Suche trawy gną się przy najlżejszym podmuchu. Pył z drogi osiada na gołych stopach, które podskakują omijając większe kamienie.
Wzrok nastawia ostrość, ślizga się po grzbietach, wypatruje drobiazgów, szczegółów nieznanych. Tam krzyż, tam domostwo z kamienia, a tam w oddali … wieża zamkowa…
- Popatrz! Co widzisz? 
- Fortezza, warownia jakaś.
- Jak twój castellone w biforco.
- Co to może być?
- To już pod Imolą.


Pomiędzy Marradi i Palazzuolo, z dala od głównej drogi znajduje się Villa Gruffieto i to ona była celem naszej wtorkowej wyprawy. Przepiękna posiadłość przez długie lata stała opuszczona i zapadała się dzień po dniu, aż w końcu kilkanaście lat temu zaczęto przywracać jej dawny splendor. Dziś znów zachwyca, ale to podnoszenie jej z upadku zajęło 15 lat.
Moja wyprawa do Gruffieto nie była turystyczna, tym bardziej więc nie mogłam odżałować, że wszystko zamknięte było na głucho. Historię Villi opowiem zatem przy następnej okazji. 


Zachęcona poniedziałkowymi zbiorami, które zaowocowały czterema słoiczkami doskonałej konfitury z jeżyn, postanowiłam "na wszelki wypadek" zabrać na Gruffieto jakieś pojemniki. I całe szczęście! Okazało się bowiem, że obejście otaczały krzaki hojnie obwieszone dorodnymi owocami. Raz dwa napełniliśmy nasze pudełka, a Mikołaj zdołał nawet ogołocić z orzechów kolejną leszczynę. 


A potem … zamiast ruszyć w kierunku głównej drogi, wybraliśmy inną. Polną, wąską, która  -jak się zaraz okazało - donikąd nie prowadziła, ale za to zamieniła się w wielką ukwieconą łąkę.  


Widać było stamtąd może nie cały świat, ale na pewno jego trzy czwarte. Przekazywaliśmy sobie lornetkę szacując na głos - "tam będzie Sambuca, tu pod spodem Palazzuolo, tam pewnie Faggiola…" A potem zaczęły się pytania bez odpowiedzi - "a to campanile tam, to co? a ta fortezza?" Jak bardzo wszystko się zmienia, kiedy na świat patrzymy z wysoka … Widać nawet to, co ze zwykłej perspektywy pozostaje niewidoczne dla oka.


U stóp mieliśmy dachy kamiennych poderi, gaje kasztanowe, polne drogi, z których pył podrywa się przy każdym najmniejszym kroku i łąki sierpniowe pełne kwiatów z posiwiałymi włosami... 


SIWE WŁOSY to po włosku CAPELLI BIANCHI (wym. kapelli bianki)



wtorek, 23 sierpnia 2016

Trzy toskańskie lata


Z Nowego Toskańskiego Notesu, sierpień 2016 roku

Wierzyć się nie chce, że to już trzy lata…
Gdzie ja bym teraz była, gdyby wtedy zabrakło mi odwagi? - Prawie codziennie zadaję sobie to pytanie i aż boję się na nie odpowiedzieć.
Zadziwiające, że obawy, które wtedy kołatały mi się po głowie, okazały się niczym na tle problemów jakie przyszły niespodziewanie. Wielu z nich nie przewidziały nawet najczarniejsze scenariusze, a jednak jakoś dałam radę i daję dalej, dzień po dniu. Być może nawet nie podejrzewałam samej siebie o taką siłę i samozaparcie… "Tyle wiemy o sobie na ile nas sprawdzono" - powtarzam często… Jak też "wszystko jest po coś". Może była mi potrzebna taka szkoła życia, by obudzić się z letargu i uwierzyć, że ja też coś mogę. Nauczyłam się wiele przez ten czas, 
Mimo lęków i obaw, które zajmowały mi myśli, najsilniejszym z uczuć była wtedy pewność, że to jest właśnie dobra decyzja. Nie żałowałam jej nigdy, nawet przez najkrótszą chwilę. Italia okazała się moją mentalną, emocjonalną ojczyzną. Nie chciałabym być gdzie indziej, nie lubię wyjeżdżać z Marradi, nawet dzieci, kiedy wracamy z naszych krótkich wojaży witają pomarańczowy dom z zielonymi okiennicami słowami pełnymi czułości - ooo Casa dolce Casa ...  


Nie wiem kto jest bardziej szczęśliwy z zamiany wielkiego miasta na toskańską prowincję - ja czy dzieci? W każdym razie cieszymy się tym wiejskim życiem każdego dnia. Z radością przyjmujemy to, co daje nam natura, bezwstydnie korzystamy z jej hojności! 
Chłopcy… 
Tak bardzo się zmienili, tak inne to ich życie tutaj. Oni już teraz rosną z odwagą i pewnością, że wszystko można, wystarczy tylko chcieć. Jest dla nich czymś naturalnym, a ja musiałam się jej nauczyć jako dorosła kobieta. Nasz biforkowy świat, choć mały i schowany w górach, otworzył im oczy i poszerzył horyzonty. Mam nadzieję, że kiedyś to wszystko zaprocentuje.
Trzy toskańskie lata… Jak ten czas gna...


TRZY to znaczy TRE 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Niedziela nadziewana orzechami



- Upał dziś chyba nie tak męczący jak wczoraj. Idziemy gdzieś? Masz jakiś pomysł?
- Nie. Nie mam.
- Może zobaczymy czy jeżyny już są? 
- Możemy zobaczyć. 
- Świetnie to w stronę Gamberaldi czy Campigno?
- Gdzie chcesz, ale na jeżyny to się trzeba przygotować, a nie klapeczki i krótkie spodenki.
- Ale ja chciałabym iść na spacer ,żeby tylko sprawdzić czy są jeżyny i ewentualnie wziąć te na wyciągnięcie ręki. Ani myślę przy tej temperaturze wkładać na siebie coś więcej.



W stronę Campigno …
Są jeżyny, dopiero się zaczynają ale są. Biorę te, które mogę dosięgnąć i słyszę za plecami:
- Na jeżyny to się tak nie chodzi, tam w środek trzeba wejść, a tu jak? W klapeczkach? W krótkich portkach?
Odwracam się na chwilę, wzruszam ramionami i zrywam dalej moje jeżyny na wyciągnięcie ręki. 





Za kolejnym zakrętem leszczyna. Tak oblepiona orzechami, że aż się gałęzie gną pod ich ciężarem. W życiu nie widziałam takiego obrodzenia. Więcej orzechów niż liści. 
Napełniamy nimi worek. Dzieci ręce zacierają! Mikołaj przyciąga gałęzie do drogi, zrywa orzechy z zapałem i komentuje uradowany pod nosem. A ja zachwycam się znów samą sceną. Słońcem późno sierpniowym, które przedziera się przez liście leszczyny i mieni kilkoma odcieniami złota w potarganych czuprynach chłopców.
- Ej! Nie jedz tylko zrywaj - beszta Mikołaj Tomka.
Z Tomkiem tak już jest. Jedna jeżynka do pudełka, pięć do buzi. 




Wracamy do domu z pełnym workiem orzechów. Dobre kilka kilo!! Jeżyn ledwie małe pudełko, bo przecież … źle byliśmy ubrani.
Dziś muszę znaleźć czas na dozbieranie. Może w końcu i o dzikie śliweczki się pokuszę i  likieru uwarzę. Każdego roku obiecuję sobie prugnino, a potem nic!



Suszę ponad dwumiesięczną widać tak dotkliwie. Upał wciąż letni, a krajobraz jak w zeszłym roku w październiku. Biedna zieleń… Burze i deszcze omijają Mugello szerokim łukiem. Docierają do nas błyski i grzmoty, ale krople wody zostają gdzieś daleko. Aż dziwne, że jeszcze nie nałożono limitów na wodę, tak jak bywało kiedyś. Zakaz mycia samochodów, podlewania ogródków ... 
- Pada? 
- Chyba nie.
- Wydaje mi się, że jednak tak, kropi! Nie … jednak nie...
- To fatamorgana. Widzisz deszcz, jak wędrowcy oazę na Saharze!


Zaczyna się ostatni tydzień sierpnia, a mnie zaczyna ściskać w dołku i płakać mi się chce! Ileż ja bym dała za pierwsze dni czerwca, za tamten dzień kiedy dzieci przy dźwiękach klaksonów odjeżdżały spod szkoły. Ileż bym dała za dni wydłużające się, za zapach lip i ginestre ...


ORZECH LASKOWY to po włosku NOCCIOLA (wym. noćciola)

sobota, 20 sierpnia 2016

O zabawie, archaizmach i nostalgii w powietrzu


Mam wrażenie, że większość rodziców oddycha z ulgą, kiedy kończą się wakacje. Tak myślę  po tym, co można przeczytać w sieci. Na pewno wiąże się to z pracą i obowiązkami, które trudniej ogarnąć, w czasie kiedy placówki szkolne są zamknięte, ale też niektórym chodzi zwyczajnie o tak zwany "święty spokój". 


Ja będę zatem w mniejszości. Kończąca się laba smuci mnie jeszcze bardziej niż głównych zainteresowanych. Naprawdę lubię mieć dzieci w domu, lubię ten wolniejszy rytm, to ich spanie do późna, wspólne śniadania, lubię obserwować ich rzeczne przygody i sama przyłączać się od czasu do czasu. Lubię znosić nad rzekę jeszcze ciepłe ciasto albo owoce, nawet wiecznie porozrzucane kąpielówki i ręczniki w głębi serca bardzo mnie cieszą. To jest właśnie święty spokój...


- Caterina szukasz chłopców? - wyłapuje mnie w tłumie babcia Filippo.
- Tak!
- Gdzieś tu są. Ostatni raz byli chyba nad rzeką, są zamaskowani, wyglądają jak z indiańskiego plemienia. 
Idę nad rzekę, szukam, rozglądam się, ale ani widu, ani słychu …
- Ciao Lorenzo! Widziałeś moich chłopców?
Chłopiec otrzepuje stopy i zakłada buty. 
- Tak poszli w stronę domu, właśnie skończyliśmy się bawić. 
Bawić się... Ile dzieci potrafi się jeszcze bawić? To słowo niedługo przestanie istnieć. Będzie tak archaiczne jak waćpan czy kajet. 
Podchodzę pod dom "crespinowych dziadków". Dzieci siedzą na schodach, cała czwórka. Wszyscy wymalowani, z włosem rozwianym, jakby dopiero z wojny wrócili. Kije, plecaki, gołe stopy, buty obok…
O dzieciach, dzieciństwie i przygodach w Crespino pisałam wiele razy, ale wciąż, za każdym razem kiedy jadę po chłopców nacieszyć się nie mogę tą ich radością, tą ich "archaiczną" zabawą. Oby trwała jak najdłużej...


Choć kalendarium imprez wciąż przeładowane, to jednak Noc Czarownic jest trochę taką festą graniczną, chcemy tego czy nie przypomina o tym, że lato się kończy…
Mam wrażenie, że zrobiło się ciszej, że w powietrzu wciąż gorącym lęgnie się tęsknota. Winogrona ciemnieją z dnia na dzień, pola do niedawna złote zamieniają się w paskowane  bruzdami ziemiste połacie, a soczysta zieleń mugellańskich wzgórz, z braku wody zmarniała, i przygasła. Nie jestem gotowa na koniec lata … 

BYĆ GOTOWYM to znaczy ESSERE PRONTO (wym. essere pronto)




La Notte delle Streghe 2016 - relacja z innej perspektywy


- Boli mnie szczęka od ciągłego uśmiechania się - żartowałam, kiedy już dobrze po północy wracaliśmy do domu
- Mnie też.
- A ramiona?
- W porządku.
- Ciekawa jestem, co będzie jutro rano. 

- Mamusiu mogłabyś już zdjąć tą perukę? Jesteś taka brzydka! - prosił z dziecięcą szczerością Mikołaj.
- Aż tak ci to przeszkadza?
- Wolę cię taką, jak wyglądasz rano, kiedy się budzisz.

- Dobrze się bawiliście? - zapytałam Hadesa i Odyseusza.
- Świetnie! W tym tunelu… byłaś w tunelu? 
- Na taczce? Raczej nie.
- To w tym tunelu straszyli, łapali i my też straszyliśmy dziewczyny i taki pan powiedział, że mam ładny strój i …. i …. - buzie się nie zamykały.

- Było super prawda? Najwięcej fanów miałam wśród małych dziewczynek. Ciekawa jestem ile nas dziś razy fotografowali.
- Miało być do śmiechu i było! To był dobry pomysł.
- Bardzo dobry. 
- Sama wiele nie widziałam, ale miło było choć raz stać się częścią teatru, choćby z przymrużeniem oka, nie tylko wiecznie biegać jako fotograf. Mi sono veramente divertita! 


Noc czarownic 2016 już za nami. To była, przynajmniej dla mnie, zupełnie inna festa. Robienie zdjęć ku wielkiemu zaskoczeniu połowy miasteczka zepchnęłam na drugi plan. W tym roku postanowiliśmy i my stać się częścią scenerii. Kiedy ogłoszono, że tematem wiodącym będzie Odyseja chłopcy zaraz wymyślili swoich bohaterów, a ja wahałam się - Kirke czy Kalipso?
Aż kiedyś, gdy staliśmy przed sklepem żelaznym debatując nad zakupem przez Mario taczki …
- Ta jest dobra! I koło porządne! Głęboka, że i ty byś się do niej zmieściła. O, wiem! Przebierz się za syrenę i w noc czarownic przewiozę cię po Marradi…

Rzucony z głupia frant dowcip okazał się pomysłem, który bardzo przypadł nam do gustu. Postanowiliśmy go zrealizować…
Taczka rzeczywiście okazała się bardzo wygodnym środkiem transportu i oglądanie festy z tej perspektywy pozostanie dla mnie wspomnieniem jedynym w swoim rodzaju. Mało mieliśmy czasu na przygotowanie wszystkiego, ale jak na pracę w pośpiechu wyszło chyba całkiem dobrze. Peruka i przyklejone do niej muszelki, sieć pożyczona od sąsiada, rybak ubrany w stary worek, a na plecach dla śmiechu napis - pescivendolo (sprzedawca ryb), kolorowy makijaż i oczywiście syreni ogon. Tu najwięcej było pracy, prób, przeróbek. Ale jakoś się udało!

Ulises!
Hades
Z perspektywy taczki.

Dlaczego w tym roku postawiłam na takie uczestnictwo w La Notte delle Streghe? 
Żeby było inaczej, żeby pokazać, że ja też mam dystans do siebie i potrafię się bawić. Że nie boję się śmieszności i nie zastanawiam nad tym, co ludzie powiedzą. 
A swoją drogą reakcja mieszkańców była wspaniała. To w końcu Marradi a nie jakieś tam miasteczko! Usłyszeliśmy wiele komplementów za pomysł, za wykonanie, za humor i oryginalność. Fotografowaniu nie było końca. Mario pchał wytrwale taczkę z góry na dół, a potem z dołu na górę i tak nie wiem ile razy, pokrzykiwał - "pesce fresco!" A ja posyłałam uśmiechy na lewo i prawo jak gwiazda filmowa ze swojej luksusowej limuzyny.
Oczywiście aparat w taczce miałam, ale zdjęcia strzelane z tej perspektywy, w biegu wyszły jak wyszły, a będąc częścią spektaklu, sama wiele nie widziałam. Zapraszam Was więc do skromnej galerii, którą wzbogacę zdjęciami innych jak tylko zostaną opublikowane na fb.  

Orszak
Mitologia i ...
 historia starożytna w Marradi
Ulicami miasteczka na swoim okręcie płynął waleczny Ulisse!
Syreny mamiły urodą
Pomysłowość marradyjczyków jak zawsze zaskoczyła
Fantazja i wykonanie na skalę prawdziwych artystów!
Zaangażowani starsi i młodsi
Pomysłowość przybywających

Krótka zmiana miejsc


MI SONO DIVERTITA to znaczy ŚWIETNIE SIĘ BAWIŁAM (wym. mi sono diwertita)

Zdjęcia przyjaciół: 

foto Franco Ciaranfi
Foto Franco Ciaranfi
Tu festa profesjonalnym okiem: 
https://www.facebook.com/mirkone.mercatali/media_set?set=a.10207120660442788.1073741861.1470043948&type=3

Drukuj