piątek, 31 października 2014

Marradyjskie kasztany w "raju"



W zeszłym roku przytaszczyliśmy do domu kilkadziesiąt kilo kasztanów, w tym roku oczywiście takich zapasów nie będzie, bo lato było jakie było, co niestety przełożyło się na wszelkie zbiory. Tak czy inaczej jesienny spacer po górskich ścieżkach, kiedy mgła przedwieczorna kładzie się w dolinach, kiedy brązowe, suche jeżyki uciekają spod stóp, a cisza wszechobecna koi skołataną głowę, to jedna z moich największych, jesiennych przyjemności. Znów zachwycam się gajami, które chyba o tej porze roku wyglądają najbardziej niezwykle. Na ziemi ścielą się dywanami jeżyki i pierwsze uschnięte liście. Jak urzekająca jest Toskania jesienią, jak nieprawdopodobnie piękne są wzgórza Mugello. 



Ugrzęzłam ostatnio na długie dni przy komputerze, aż oczy piekły skupione na monitorze, a palce nabawiły się zakwasów. Taki spacer, choćby krótki był mi bardzo potrzebny. Nasycić oczy wzgórzami, znów głęboko odetchnąć, zachwycić się wszystkim dookoła. A potem upchnąć do worka kilka garści brązowych kasztanków i w ostatnich promieniach popołudniowego słońca, zjechać wolniutko do miasteczka, ciesząc się każdym zakrętem, kamiennym domem przy drodze, kolorami i kozami za płotem ... 


W czasie drugiej sagry kasztanowej do Marradi zawitała telewizja RAI, a dziś można objerzeć krótki materiał, który tu Wam prezentuję. Przenieście się na kilka minut do Marradi. Zdjęcia mówią wiele, ale taki materiał jeszcze pełniej pozwala poczuć październikową atmosferę miasteczka.   


TAPPETO to znaczy DYWAN (wym. tappeto) 

czwartek, 30 października 2014

Więcej niż kilka słów o szkole



Zebrań w szkole jest mało. Takie grupowe są chyba trzy w roku, a dodatowo jeszcze dni otwarte i odbieranie świadectw. Pierwsze spotkanie jest głównie po to, by wybrać przedstawicieli klas spośród rodziców - po jednej osobie, nie tak jak w Polsce - trzy. Jak to wygląda pisałam szczegółowo rok temu, więc powtarzać nie będę. Już przed szkołą czekając na rozpoczęcie, rodzice między sobą naradzili się na kogo głosujemy. Ot tak, normalnie, ktoś się zadeklarował, inny obiecał wspomóc. Miło i sympatycznie, wszystko w zupełnie innej atmosferze niż w Polsce, kiedy to pierwsze zebranie trwało nie wiadomo ile czasu, bo na hasło "wybieramy trójkę", wszyscy wbijali spojrzenia w podłogę.

Klasa Mikołaja.
Obecnie liczy tylko czternaściowo dzieci! Jest więc kameralnie, a nauczycielki każdemu mogą poświęcić dużo czasu. Ponieważ tu dzieci już w trzeciej klasie zaczynają poznawać inne przedmioty: geografia, historia, "scienze", muszą powoli przestawić się na inny, doroślejszy system nauki, co dla nich na początku jest czystą abstrakcją. Rodzice na zmianę opowiadali jak to maluchy "studiują" w domu, a śmiechu było co nie miara - wykuwanie na pamięć, nocne koszmary, bunt na miarę dwulatka. Spotkanie było bardziej wspólną naradą jak te nasze dzieci motywować, jak zachęcać do nauki, by była dla nich przyjemna, a nie jawiła się jako zmora i nie dawała w nocy spać. Za każdym razem robi mi się ciepło na sercu, kiedy widzę pasję i zaangażowanie nauczycielek. Chłopcy mają naprawdę dużo szczęścia, aż czasami nie chce mi się wierzyć. 
Plan na wycieczki tegoroczne to, poza stałymi punktami jak chociażby lekcje w bibliotece miejskiej, zwiedzanie muzeum paleontologicznego we Florencji i wiosenny wyjazd do parku "Italia w miniaturze". 
Na koniec zamieniłam dwa słowa z nauczycielkami już czysto personalnie i znów z dumy serce spuchło, bo jak tu się nie puszyć, kiedy inni dziecię me rodzone chwalą pod niebiosa, że tak się zmienił ten nieśmiały kiedyś Mikołaj, otworzył, że mądry i ciekawy świata i pisze pięknie i błędów nie robi i... i ... i ... .  Sama siedząc na zebraniu w jego ławce, zeszyt jeden spod blatu wyłowiłam, a tam dyktanda niemal wszystkie bezbłędne i tylko wpisy nauczycielskie na pół strony - bravo!! bravissimo!!! 

Klasa Tomka.
Oczywiście rozerwać się nie mogłam, więc Paw odważnie postanowił podjąć wyzwanie. Przywitałam się tylko z paniami i radośnie oznajmiłam, że męża im zostawiam, na co komentarze radosne się posypały, a Paw spłonął rumieńcem. Szczęśliwie sporo zrozumiał i skrupulatnie zdał relację. Okazało się, że i w Italii są rankingi szkół, ale podejście do tego jest bardziej zdystansowane, niby dzieciaki pisały jakieś testy, ale ot tak, bez zapowiedzi, bez napięcia. I tu niespodzianka - okazało się, że nasza maradyjska szkoła podstawowa, uplasowała się wysoko w rankingu, a jeszcze wyżej szkoła średnia, zwłaszcza jeśli chodzi o matematykę i języki obce. Piszę to jako ciekawostkę, bo sama do wszelkich rankingów mam stosunek ambiwalentny i dla mnie najważniejsze jest to, że po roku wciąż widzę u chłopców entuzjazm i szkolną radość, nawet jeśli o 7.00 kręcą nosem i deklarują, że woleliby zostać w domu i spać:) 
A wracając do Tomka - klasa jego wciąż bierze udział w programie internetowym, wraz z innymi europejskimi szkołami (są też dwie szkoły z Polski!), nauki jest sporo, ale dzieci dają sobie radę. To ostatni rok szkoły podstawowej, więc powoli są przygotowywani do wejścia na wyższy poziom. Tomek odnalazł kolejną dziedzinę, która go fascynuje, zgłębia tajniki historii, geografii, a im więcej się uczy tym silniejsza jest w nim chęć poznania. I tak sobie myślę, że na tym chyba tak naprawdę powinno polegać mądre nauczanie - rozbudzić w człowieku pasję i ciekawość.
Wybaczcie mi ten przydługi wywód, ale wciąż podkreślam, że jedna z moich największych obaw emigracyjnych okazała się najpiękniejszym zaskoczeniem.    
Oczywiście by było sprawiedliwie i obiektywnie dodam na koniec, że i tu nauczyciele muszą zmierzyć się z obwarowaniami programowymi, z cięciami budżetowymi, ale ... szkołę tworzą ludzie, a ci tutaj są niezwykli, jak wszystko dookoła...

STUDIARE to znaczy UCZYĆ SIĘ (wym. studiare)

środa, 29 października 2014

Lekcja z mitologii


- Mamusiu! - wpada po lekcjach do domu rozentuzjazmowany Tomek. Rzuca plecak, sadowi się wygodnie na moich kolanach i zdaje relację - mam dla ciebie nową historię!
- O! Umieram z ciekawości.
- Ty ją pewnie znasz, ale tak czy inaczej muszę ci ją opowiedzieć, tylko nie wiem czy po włosku czy po polsku? - zastanawia się na głos.
- Tak jak ci wygodniej.
Decyduje się na język ojczysty i zaczyna streszczać opowieść o Helenie, Parysie i jabłku.
- ... I wtedy Sabina, bo Sabina była Venere, zaczęła krzyczeć! O tak ... - tu demonstruje z przejęciem dźwięki wydawane przez koleżankę. - Bo widzisz mamusiu, my zazwyczaj jak omawiamy utwór, to go w klasie wystawiamy, żeby nam łatwiej było zrozumieć.
- Naprawdę? - nie mogę się nadziwić - to kim ty byłeś?
- Tym bogiem co miał skrzydełka przy butach. No jak on się nazywał...
- Hermes - podpowiadam.
- O właśnie Ermes! (opowieść jest po polsku, ale imiona bogów już serwuje mi po włosku). I ja robiłem o tak ...
Tu zeskakuje z moich kolan i całym ciałem wciela się w Hermesa.
- I gdy my się kłóciliśmy, zagrzmiał głos Zeusa.
- A kto był Zeusem?
- Maestra Rita! Czy ty wiesz mamusiu jak maestra świetnie gra! A jak nam czyta na lekcji, to zawsze zmienia głosy, naśladuje dźwięki - Tomek z przejęciem opowiada o swojej nauczycielce. - Trafił swój na swego - myślę sobie.
Wysłuchałam historii z najdrobniejszymi detalami i nacieszyć się nie mogłam Tomka zaangażowaniem. Jak musi być szkoła ciekawa, jak interesująco można poprowadzić lekcje, że dziecko wraca do domu i aż kipi od nadmiaru emocji, z przejęciem opowiada i przeżywa ile się nauczył, co nowego zrobił i jak wspaniale się bawił. 
Znałam w swoim życiu tylko jednego takiego nauczyciela. W pierwszej klasie liceum - profesor języka polskiego. To był jego pierwszy rok w naszej szkole. Pierwszy i ostatni, bo po roku wyrzucono go z hukiem za niestandardowe metody parcy z uczniami. Zbyt odstawał od ogólnie przyjętych schematów... Szkoda, że tak bezpardonowo tłamsi się w ludziach indywidualność... Ja Antygonę, którą wtedy wystawialiśmy w klasie - w ramach "przerabiania" lektury, tak jak Tomek mity na swoich lekcjach, pamiętam do tej pory i pamiętać pewnie będę nawet za sto lat ...
Jutro o szkole maradyjskiej więcej refleksji, bowiem odbyło się pierwsze zebranie, zatem czas na szkolny raport i jeszcze więcej bezkrytycznych zachwytów.

MITO to znaczy MIT (wym. mito)

Wybaczcie, ale pisanie po nocy owocuje czasem błędami. Tekst już poprawiony, pomyłka w imionach bogów, dziękuję za czujność:) 

wtorek, 28 października 2014

Rocznicowo, sentymentalnie, z niespodzianką.




Za chwilę minie rok, od kiedy zamieszkaliśmy w Biforco. Rok piękny i trudny. Trudny, bo nie jest łatwo stawać na nogi zaczynając wszystko od zera. Piękny, bo zdaje się mieć teraz inną wartość, życie zwolniło, nabrało kolorów i nowego smaku. Dzieci rozwinęły skrzydła. Nigdy w czasie tego roku, nawet przez ułamek sekundy nie żałowałam decyzji. Wielokrotnie już pisałam, że w najcięższych chwilach świadomość tego, że jestem tu była dla mnie prawdziwym pocieszeniem.





Rok temu zaczynaliśmy bez światła i gazu w części domu. Piliśmy prosecco z plastikowych kubeczków, bo nagle dotarło do nas, że nie ma szklanek, jedliśmy tramezzini, bo to danie nie wymagało obróbki termicznej. Brakowało tysiąca rzeczy. 
Światło cudownym zrządzeniem losu włączyli, w momencie gdy siadailiśmy do pierwszej kolacji. Z gazem, jak pewnie pamiętacie trwało to TROCHĘ dłużej.





Przez ten rok dom "nasiąkł" już nami, oswoiłam go, nauczyłam się każdego zakątka. Umiem poruszać się w ciemności, wiem gdzie schodek, gdzie próg, gdzie włącznik światła. Spiżarnia zapełniła się moimi przetworami, na półkach stanęły ulubione książki. Wciąż jest wiele do zrobienia, ale na wszystko przyjdzie czas. "To piękny dom" - tak mówią miejscowi. Ja sama też tak myślę. Jest w nim coś dobrego, coś co poczułam, jak tylko Stefania otworzyła przede mną drzwi. 

Dla wielu moich rodaków jest rozpadającą się ruderą. Pamiętam doskonale ironiczne komentarze internautów. Ale przecież, sama wielokrotnie mówiłam, że na kamienny dom wciąż czekam. Teraz jest ten, stary, co i rusz coś nawala, okna są nieszczelne, farba tu i tam odpada, ale mimo wszystko to dom wyjątkowy, jest w nim ciepło i przyjaźń, emocje i zapach toskańskich dań, jest moim azylem, choć tak naprawdę przecież nie jest mój. 

Z każdym dniem warszawskie życie zdaje się być coraz odleglejszym wspomnieniem. Mam nadzieję, że kiedyś po okresie biforcowym, przyjdzie w końcu czas na prawdziwy kamienny dom. Nie umiem nie marzyć. Niech będzie to góra kamieni, niech będzie to rudera. Chęci, siły i cierpliwości mi nie brakuje. Mam nadzieję, że kiedyś będzie, mój, mój własny ...



Zrobiło się chłodno. Nadszedł czas żeby uruchomić ogrzewanie. I tu ... niespodzianka! Piec zrobił nam psikusa. Bezczelnie odmówił współpracy! Czekamy na fachowca i rozgrzewamy się tymczasem przy kominku. Już się nawet nie przejmuję takimi DROBIAZGAMI, bo i po co? Lepiej się roześmiać i przygotować na rozgrzewkę garneczek vin brule'.

METTERE IN MOTO - to znaczy URUCHOMIĆ (wym. mettere in moto)

poniedziałek, 27 października 2014

Pożegnanie kasztanowej sagry



Minęła ostatnia niedziela pięćdziesiątej pierwszej sagry kasztanowej. Pogoda, mimo złych prognoz, zaskakująco dopisała, choć patrząc na zeszły tydzień, teraz nagle znaleźliśmy się w innej porze roku. Kurtki i szaliki, a w powietrzu zapach grzanego wina. 
Wchodziliśmy do Marradi przy dźwiękach muzyki Vasco Rossi w wykonaniu zespołu, który przygrywał z tej strony miasteczka, bo jak pisałam w poprzednich artykułach, co zaułek to inny zespół i inne klimaty muzyczne. Wmieszałam się w tłum z nostalgicznymi nutami w głowie, a te towarzyszyły mi już do wieczora ...




Znów przeszliśmy miasteczko wszerz i wzdłuż, w górę i w dół i jeszcze raz. Chłopcy byli przeszczęśliwi, kiedy znów udało nam się trafić na bańkowy spektakl, tym razem wzbogacony o nowe atrakcje. Entuzjazm dziecięcy nawet u dorosłych, śmiech i niegasnące brawa. A na koniec, kiedy aktor dziękował publiczności i stowarzyszeniu Pro Loco, które go zaprosiło, wyciągnął też kapelusz i skromnie napomnknął, że to oczywiście jego praca i jeśli ktoś coś do niego wrzuci, będzie mu bardzo miło. Kiedy sama zaczęłam szperać w portfelu, w tym samym czasie ludzie szturmem obstąpili wyciągniętą rękę i hojnie wynagradzali artystę, nie szczędząc mu przy tym słów uznania. Piękny gest i jakoś tak przez chwilę cieplej się zrobiło...


Koniec. Wracamy do domu. Z żalem oddalam się od centrum, bo niby to już czwarta niedziela prawie taka sama, ale kiedy myślę, że na następne przyjdzie mi czekać blisko rok, to smutek zaczyna się zakradać. Źle znoszę zakończenia, czegokolwiek. 
Idziemy Via Francini, wolniutko, wolniutko, ślimaczym tempem, a w Tomku budzi się bajarz. Jedna legenda za drugą, baśnie regionalne, opowieści zasłyszane od kolegów.
- Opowiem ci legendę o "Pungitopo" (myszopłoch), chcesz?
- Koniecznie!
Tomek opowiada ....
- A o "Rubinowym księciu" znasz? To baśń arabska.
.....
- Poczekaj, co tu jeszcze mógłbym ci opowiedzieć ... - zastanawia się na głos! - Wiem! Baśń o cykorii, rumuńska.
- O cykorii??? 
- Mhm!
Kolejna opowieść ...
- Niesamowite ile ty znasz tych historii i wszystkie tak dobrze pamiętasz! Opowiedz mi jeszcze jakąś! - proszę entuzjasztycznie.
- Mamusiu! Nie jestem audiobookiem! 
Po chwili jednak przypomina sobie kolejną historię ...   
Próbuję odwdzięczyć się i zaskoczyć czymś mojego bajarza.
- A teraz ja opowiem ci o kosie. 
- Aaa to znam! 
No tak! Zna! Wszystko zna! Znów jest moim nauczycielem. Jakim wspaniałym towarzystwem stały się moje dzieci ... I jak nastrojowo popołudniowe słońce oblewa żółtym światłem jesienne Biforco.
ZNOSIĆ to znaczy SOPPORTARE (wym. sopportare)

Biforco w popołudniowym słońcu.


niedziela, 26 października 2014

Powrót na murawę

W sobotnie popołudnie drużyna Mikołaja rozegrała pierwszy turniejowy mecz tej jesieni. Żeby być szczerą, muszę napisać, że przegrali z kretesem, bo aż 13:2. Ja mam jednak swoje małe powody do dumy, bo ta dwójka jest całkowicie zasługą Mikołaja, znów uratował honor miasteczka. 


Stać na trybunach i słyszeć doping innych rodziców skierowany do Mikołaja, to coś niesamowitego, małe radości, które odrywają mnie od ziemi, a potem jeszcze za plecami pełne uznania komentarze rodziców z przeciwnej drużyny, dopełniają szczęścia. Co tam, że przegrali! Tu dorośli - trenerzy, rodzice - podkreślają wciąż, że piłka na tym etapie ma być dla nich przede wszystkim zabawą, uczą się przy okazji. Sport ma być przyjemnością, a nie zaciętą rywalizacją. Bardzo jest mi bliskie takie podejście do sprawy, bo rywalizacja, to coś czego w życiu nie mogę znieść i nie ważne czy chodzi o sport, czy o inne aspekty. Tak zatem sromotna porażka nie popsuła dzieciakom humorów, szalały w przerwach na murawie, bawiąc się w najlepsze i nie tracąc na chwilę uśmiechów. A Mikołaj... miał powód do zadowolenia tak czy inaczej. 

RIVALITÀ - to znaczy RYWALIZACJA (wym. riwalita









sobota, 25 października 2014

Gitarzysta


Dają się słyszeć pierwsze skonkretyzowane dźwięki. Ćwiczy ten mój mały Santana i ćwiczy i tylko mniej tolerancyjni domownicy co jakiś czas pokrzykują: 
- Mikołaj! Nie tu!
- Mikołaj! Idź do drugiego pokoju!
Nic zrozumienia dla sztuki! Tylko ja - matka bezkrytyczna - w chaotycznym brzdękaniu doszukuję się prawdziwej muzyki i latam jak oszalała wokół gitarzysty z aparatem. 

W tym wszystkim tak naprawdę najpiękniejsze jest widzieć pasję u własnego dziecka. Za jakiś czas to on sam zdecyduje czy to granie jest w nim, czy mu się podoba, czy chce iść dalej tym torem, czy zakończy przygodę na brzdękaniu, ale póki co ja - na ile mogę - chcę dać jemu i Tomkowi możliwość sprawdzenia się, rozwinięcia swoich pasji. Do niczego nie zmuszam, a tylko motywuję i podpowiadam. Sama w ciszy, z żalem wspominam moje pasje z dzieciństwa, z którego tylko pisanie udało mi się ocalić. Marzyłam przez lata o malowaniu. Jako nastolatka stawałam przed bramą warszawskiej ASP i wyobrażałam sobie, że kiedyś i ja przez tę bramę będę przechodzić z teczką pod pachą. Nigdy nawet nie spróbowałam ...  Nikt mnie nie poprowadził, nie było możliwości, ale żal pozostał. A gdybym tak znów wzięła kredki, ołówek i sprawdziła czy to dalej jest we mnie. Skoro Tomkowi powtarzam, że Marradi sprzyja artystom, może zatem sama powinnam wziąć to sobie do serca?


Na gitarze też chciałam grać, nawet gitarę już miałam, ale znów zabrakło motywacji, pomocy, możliwości. Czasy też były inne. Teraz kiedy Mikołaj jest w szkole i gitara leży w pokrowcu,wyciągam ją i staram się przypomnieć sobie akordy, sama brzdękam bez ładu i składu, a to brzdękanie dawne tęsknoty we mnie budzi. 

SUONARE LA CHITARRA to znaczy GRAĆ NA GITARZE (wym. słonare la kitarra)

Drukuj