poniedziałek, 8 lipca 2019

Gamogna i to co nieoczekiwane.


Przy Fontana Tevere hulał wiatr. Nawet początkowo żałowaliśmy trochę, że daliśmy się zwieść letniej aurze i nie zadbaliśmy o "awaryjną" garderobę. Tak czy inaczej pierwsze, dosyć męczące podejście przegoniło nam te myśli z głowy i po piętnastu minutach marszu już nikt nie myślał o tym, by się "ogacić" - jak mawia A.  
W każdym razie niebo było zasnute, a my po lekturze prognoz pogodowych spodziewaliśmy się nawet kilku kropli. Kto by się jednak przejmował kilkoma kroplami! Do marszu aura była idealna. 


Szlak na Gamognę, który prowadzi od Fontana Tevere jest według mnie najładniejszą opcją dotarcia do opactwa. Pokazała mi tę trasę Ellen i teraz ja dzielę się tymi cudami z moimi Gośćmi. 
Wiatr hulał i hulał, a potem nagle przestał i zasiał niezwykłą ciszę. Takiej ciszy można posłuchać tylko w górach... W tym wypadku jednak, była to cisza przed burzą...


Burzy w prognozowych planach nie było, ale grzmoty dawały się słyszeć coraz bliżej, a niebo robiło się coraz bardziej sine. Nie popsuło to jednak Gości humorów, u celu czekała na nich niespodzianka. Okazało się, że południową mszę będzie dodatkowo celebrować dwóch polskich księży. 
Burza rozkręciła się na dobre mniej więcej w połowie nabożeństwa. To zdecydowanie nie podobało się psom towarzyszącym niektórym wędrowcom, a to z kolei wpłynęło na "zakłócenie" ciszy, jaka zwykle na Gamognii panuje. 

- To była zupełnie inna Gamogna - podsumowała w drodze powrotnej A. 
Tak naprawdę czasem wystarczy garść drobiazgów, by dobrze znajome miejsce pokazało zupełnie inną twarz. Szare niebo, wiatr, burza, ujadający pies, gaworzące dziecko, nieskoszona trawa, ludzie...  Inna twarz nie znaczy oczywiście gorsza, po prostu - inna.


Ja sama stałam zawieszona pomiędzy wejściem kościoła, a chiostro. W mojej głowie ta wyprawa zapisała się nowymi kadrami - zmokniętym psem, zakonnicą stojącą w progu i patrzącą na deszcz, kijkami pozostawionymi przez wędrowców przed wejściem...  


Burza przeszła. Na szczęście każda burza wcześniej czy później się kończy i na niebie znów pojawia się słońce. Droga powrotna miała zupełnie inne kolory. Zieleń drzew i lazur nad głowami nabrały intensywności, a dudniącą muzykę wiatru zastąpiło grzechoczące granie cykad. 


Za nami udany dzień. Przeszliśmy szesnaście kilometrów. Kolejni Goście poznali jeden z najbardziej niezwykłych zakątków moich Apeninów. Mam nadzieję, że zabiorą ze sobą do domu piękne wspomnienia. 
Ja dziękuję dodatkowo S. za wzruszające, zupełnie nieoczekiwane spotkanie. 
Dużo było w tej wyprawie tego co "nieoczekiwane" i mam wrażenie, że właśnie to co nieoczekiwane wzrusza nas najbardziej, najgłębiej zapada w serce. 
Dobrego tygodnia!
NIEOCZEKIWANE to po włosku INASPETTATO (wym. inaspettato) 



2 komentarze:

  1. Normalnie przeniosłam się i jak bardzo byłam zdziwiona, kiedy doczytałam do końca i zdałam sobie sprawę jak wygląda prawdziwa rzeczywistość :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No ten Mikołaj , ile wdzięku , jaki fotogeniczny ! Może jakieś portfolio i do agencji fotograficznej , reklamowej ? .. A piesek przypomniał mi o mojej przekochanej Belci setterki angielskiej . Mojego prezentu na rocznice ślubu , daaawno temu..Marta

    OdpowiedzUsuń

Drukuj