środa, 31 lipca 2019

Wigilia urodzin i niech się licznik kręci!


- A może zjesz jeszcze ziemniaczka? - pytam z troską patrząc na resztki, których jakimś cudem nie pochłonęliśmy.
- Ale ciociu ja mówiłem już, że się najadłem - odpowiada M. z lekkim zniecierpliwieniem w głosie.
- No tak, tak... Widzisz... ciocia to już w takim wieku, że zapomina.
- Ciocia to się świetnie trzyma i nie wygląda na swoje lata... Tak jak mamusia! - w tym momencie przytula się do S. z wylewną czułością.
- Wiesz jak to się nazywa?
- Wiem.
- Lizus dupus pospolitus. 
- Wystarczy lizus - kwituje rezolutnie.
Chwilę potem staje za plecami starszych chłopców i teatralnym szeptem dodaje: - Opłaca się. Jak jestem czasem lizusem to mama każe mi mniej sprzątać. 
To był tylko jeden z wielu "kwiatków" M., które pokolorowały ten wieczór. 
I w ogóle wszystko tego dnia było miłe, ciepłe, serdeczne, radosne, sielankowe, że lepszej wigilii moich urodzin nie mogłabym sobie wyobrazić. 


- Czy Mario musi palić?
- Sam go zapytaj.
- A co mam powiedzieć? 
- "Devi fumare?"
- Tylko i tak nie zrozumiem, co mi odpowie. 
- Nieważne, cokolwiek by ci powiedział, ty mu odpowiedz: "Mi dispiace".

M. zbliżył się do Mario, zagaił o paleniu, tak jak łatwo było przewidzieć - Mario w odpowiedzi wymamrotał coś pod nosem i w międzyczasie M. drugiej kwestii już zapomniał. 
- Mi dispiace - przypomniałam teatralnym szeptem, na co Mario znów coś wymamrotał przekonany oczywiście, że to moja inicjatywa.

M.: "Czy Mario wie co ma napisane na koszulce?"

- Za bóle porodowe twojej mamy! - wzniósł toast Mario. 
Rzeczywiście wigilia moich urodzin była doskonałym pretekstem do takiego toastu, bo mama nie raz opowiadała, że moje przyjście na świat wymęczyło ją porządnie przez długie godziny. Dziś to też jej święto. Wszystkiego najlepszego Mamuś z okazji 42 lat bycia MATKĄ!

Kolacja smakowała wyśmienicie, a atmosfera i sielankowy widok wprawiły nas w tak cudowny humor, że nie mieliśmy ochoty nigdzie się ruszać, tylko tak tkwić na tej ławeczkowej belce i tkwić bez końca...

"Nie dość, że jestem wyższa, to jeszcze mam koturny!" Na te słowa S. wskoczyła na belkę i "prawie" się wyrównało! 

Czego sobie dziś życzę? 
Zdrowia! Zdrowia i jeszcze raz zdrowia i po trzykroć zdrowia. Zdrowia dla mnie i całej rodziny. 
Życzę sobie szczęścia dla moich dzieci, bo to warunek konieczny i niezbędny do mojego szczęścia. 
Życzę sobie dobrych ludzi wokół, bo dobrzy ludzie blisko to jak wygrana na loterii!
Życzę sobie też wielu drobiazgów, ale drobiazgi to drobiazgi... Spełnią się, nie spełnią, ja będę dalej marzyć. 
Marzyć, pisać, zachwycać się, zadziwiać, podziwiać świat od rana do nocy!   

BUON COMPLEANNO A ME! Niech ten zaczynający się czterdziesty trzeci rok mojego życia, będzie przynajmniej tak dobry jak czterdziesty drugi, który dopełni się wraz z zachodem słońca.

Ps. A o innych kwiatkach M i o tym, co działo się nad Santerno opowiem już w kolejnych dniach. 
I cóż... CIAO LUGLIO! 

wtorek, 30 lipca 2019

Letnia metafora


Lipiec to po włosku LUGLIO. Luglio brzmi miękko jak lulanie. Luglio brzmi słodko jak... jak... jak lipowe upojenie. Luglio ukochany... 

- To ja jednak już jutro natnę tej lawendy... - powiedziała S. odstawiając pustą szklaneczkę. 
- Nie wyganiam cię, ale jak nie chcesz iść po nocy... 
- A dzieci? 
- Dzieci jak skończą próby i tak pójdą jeszcze na lody. Moi twoich odprowadzą. 


Tak nam się dobrze siedziało w tym wieczornym półmroku Biforco, przy szklaneczce wina, przy nieustającym gadu gadu o rzeczach ważnych i ważniejszych. W końcu S. wstała, umówiłyśmy się jeszcze na kolejny dzień z piknikiem nad rzeką i powoli, powoli spacerowym rytmem zupełnie jak nie S. zniknęła za mostem. Kiedyś po takich pogawędkach zakładała kapcie i schodziła piętro niżej i żadna z nas nawet w najbardziej zwariowanych snach nie wyobrażała sobie tego, co jest dziś. 


Kiedy S. poszła, ja zabrałam się za pisanie. Powstrzymywane melancholię końca lipca zostały spuszczone ze smyczy. Końca lipca nie da się już więcej wypierać z głowy. Luglio znów siada na spakowanej walizce...  

Jeśli z letnich miesięcy zrobiłabym metaforę dnia, to czerwiec byłby świtem i w ogóle całym przedpołudniem, lipiec sjestą, a sierpień późnym popołudniem i wieczorem. 
Czerwiec jest jak jasny ranek, ranek który zaczyna się już w środku nocy, jest rozgrzewającym się przedpołudniem grzechoczącym filiżankami z cappuccino, jest trajkoczącym gwarem ludzi w barze i na placu, czerwiec jest pełen energii, werwy z jaką zaczynamy dzień... Lipiec natomiast jest jak sjesta - rozleniwiony, wakacyjny, z cykaniem cykad w tle, jest jak bujanie leżaka na tarasie i zerkanie na świat spod na pół przymkniętych powiek... 
Niestety każda sjesta się kiedyś kończy i wtedy nastaje popołudnie i wieczór i to w mojej metaforze jest właśnie sierpień. Sierpień przynosi rozbawione wieczory, długie biesiady przy stole i festy do nocy wypełnione muzyką. Wieczór - sierpień jest piękny i nie można go nie kochać, tylko, że po nim przychodzi noc, a po nocy zaczyna się już zupełnie nowy dzień...

Chciałabym móc zrobić tak jak z ulubionym utworem, który się kończy, a my jednym klik puszczamy go od nowa i tak w kółko do znudzenia. Chciałabym znów przy LUGLIO móc wcisnąć przycisk "play", ale tak się niestety nie da...  




poniedziałek, 29 lipca 2019

Dziadek do orzechów i smażone piadiny


Zważywszy na kapryśną pogodę, która miała trwać do wieczora, wolałam potwierdzić u źródła, czy aby na pewno festa della piadina fritta się odbędzie i zaraz z samego rana wystukałam wiadomość do M. 
Odpowiedź przyszła natychmiast - "nic nas nie zatrzyma:)". 

Stoły przezornie ustawiono pod dachem w circolo, a nie na wolnym powietrzu, ale piadina tak czy siak smakowała obłędnie! Do piadiny tym razem poza klasykami jak wędliny czy stracchino można było zamówić pieczoną porchettę


Jeden zjadł i pognał do zabawy, a drugi siedział i siedział, bo jak już człowiek przy tym stole usiądzie, to nigdzie więcej by się nie ruszał, by pił, jadł, by gadu gadu o tym i o tamtym, tylko by siedział i siedział...
Bardziej swojskich klimatów niż na festach w Crespino próżno szukać. Festa piadiny trwa przez dwie niedziele, więc jeśli jesteście w okolicy to 4 sierpnia macie jeszcze okazję posmakować tej atmosfery i tych rarytasów.


Po feście nabraliśmy jeszcze wody ze źródła korzystając z wyprawy do Crespino, bo woda z Crespino najlepsza jest na świecie. Wszak nie bez powodu mówi się o nim miasteczko dobrej wody. 
Tak naprawdę wszystkim zajął się Mikołaj i baniaki sam napełnił i przytargał do samochodu przy pomocy wiekowych crespinianek, bo w Cresnino nie tylko woda dobra, ale też dobrzy ludzie... 


A potem zupełnie jak banda dzieciaków ruszyliśmy na orzechy! Tak jak wtedy, gdy miałam osiem, może dziewięć lat, kiedy przez dwa wakacyjne miesiące cieszyliśmy się wiejskim życiem. 
P. dalej testował swój schiaccianoci, choć w ruch poszły też kamienie - jak dla mnie najbardziej niezawodny dziadek do orzechów. 

Skauci posilający się przed "Domem z Kamienia"
A potem do Domu z Kamienia już pod osłoną nocy dotarli kolejni Goście. Na scenę wszedł cichaczem ostatni lipcowy poniedziałek. Chmury się rozwiały i znów dzień zapowiada się cudnie. 
Staram się nie martwić, nie myśleć o tym, że lato właśnie dobiega do półmetka...
Dobrego dnia!

DZIADEK DO ORZECHÓW to SCHIACCIANOCI (skiaczczianoczi)


niedziela, 28 lipca 2019

Bez twarzy


Wczesnym popołudniem nadciągnęły deszczowe chmury. Prognozy sprawdziły się co do joty i to z punktualnością szwajcarskiego zegarka. Nikt jednak nie rozpaczał, bo dzieciaki tak czy inaczej zdążyły się wypluskać w rzece, ja nastawiłam i rozwiesiłam pranie i nawet zakupy zrobiłam pod pogodnym niebem, a potem to już sobie mogło padać bez szkody dla nikogo. Poza tym znów Marradi okazało się oazą w panujących dookoła zawirowaniach natury. W Rzymie ponoć było nie za ciekawie i na wybrzeżu Romanii też mało spokojnie... A u nas ot letni spokojny deszcz i od czasu do czasu burzowe pomrukiwania.
P. zacierał ręce i według szkoły marradyjskich grzybiarzy obliczał, że załapie się w końcu na toskańskie prawdziwki. 
Ja cieszyłam się, że mam czas, żeby "ponicnierobić", że ogródek solidnie podlany i że niedzielna kolorowa camminata została przełożona, bo jednak w następną niedzielę będzie nas dwa razy więcej! 


A w ogóle to zapominam o zdjęciach... Goście przyjeżdżają, wyjeżdżają, a ja od kilku dobrych dni nawet jednego porządnego kadru nie złapałam! Sfotografowałam natomiast mokre buty po rzecznych uciechach dzieci, niedojedzonego arbuza po obiedzie i bezy Babci Tereski, które przyjechały z Polski i barierkę tarasu ociekającą deszczem i te cebule wczoraj, ale ani jednej twarzy... 


Od zachodu niebo się przejaśnia i na chwilę deszcz ma odpuścić, choć generalnie jeszcze dziś prawie cały dzień ma być taki nijaki. Upał wraca już od jutra. Szkoda mi festy "smażonej piadiny", która zakładam, że się nie odbędzie, choć w sumie kto wie...
Do Domu z Kamienia zmierzają kolejni Goście. Lipiec powoli pakuje walizki, a ja jeszcze przez chwilę mam 41 lat.
DOBREJ NIEDZIELI!

PRZEŁOŻONA (na inny dzień) - RIMANDATA (wym. rimandata)


sobota, 27 lipca 2019

Swojska codzienność w Marradi


Lubię obserwować turystów. Z wiekiem robię się jeszcze bardziej sentymentalna. Turyści przypominają mi moje własne wakacje lata temu. Teraz w supermarkecie za każdym razem, kiedy idę po zakupy, spotykam grupki letników z mniej lub bardziej odległych krajów. Czasem nieco zagubieni przystają przed półkami z najróżniejszymi towarami. Przed ladą z wędlinami i serami próbują wytłumaczyć po angielsku wspierając się gestami i pojedynczymi włoskimi słówkami czego sobie życzą. Naradzają się między sobą, dyskutują, a potem z wyładowanym koszykiem nieco zmieszani wśród samych tubylców ustawiają się do kasy. 

W Marradi turysta jest bardzo widoczny. W Marradi turysta nie zginie w tłumie innych turystów. Z drugiej strony to właśnie ta swojska atmosfera sprawia, że turysta dobrze się tu czuje. Kiedy już pokona pierwsze onieśmielenie, kiedy pozwoli się uwieść swojskiej atmosferze, zaczyna doceniać niezaprzeczalny, nieturystyczny urok tego miejsca. 

Staram się być dyskretna w tym moim przyglądaniu się. Zerkam bardzo dyskretnie. Uwielbiam obserwować ludzi. Może powinnam była zostać socjologiem? Antropologiem? Psychologiem? Obserwuję ludzi bynajmniej nie z chorej ciekawości. Te obserwacje to jak oglądanie sztuki w teatrze, tylko często dużo ciekawsze, bo przecież prawdziwe.

Kiedy już się napatrzę, naładuję mój własny koszyk - ja turystka sprzed lat - wracam do domu, który teraz taki swojski, toskański... 
Przy wejściu suszy się cebula i za każdym razem kiedy na nią patrzę, uśmiecham się sama do siebie. Ostatnia lawenda czeka na "skoszenie", choć szuflady swojskiego domu pełne już lawendowych woreczków. Glicine rozrosło się niemożliwie i zaraz wejście na schody całkiem zniknie w letniej zieleni. Do cukinii przypałętał się jakiś szkodnik, trzeba czymś ją niestety potraktować. Trzeba też zebrać pomidory i ogórki i kwiaty na obiad do risotto... i podlać bazylię... I przerobić na przetwory kolejny kosz moreli i brzoskwiń, który znów dobra dusza podarowała...

Mój swojski toskański dom. Uwielbiam tu być.

***
Na jeden dzień pieroński upał ma nas opuścić. Zbliżają się burze. Na jeden dzień ciut się ochłodzi, ale już od poniedziałku ma być tak jak wcześniej. Woda jest potrzebna. Grzybiarze liczą na kolejny wysyp grzybów. Po deszczu i zieleń będzie miała więcej siły i potrwa może do listopada. Kasztanom też pewnie nie zaszkodzi trochę wody i rzeka się zasili i zmęczone kwiaty nabiorą trochę życia... 

Ja natomiast mam zamiar chwilkę odpocząć. Ostatnie dni były intensywne, a kolejny tydzień też nie będzie dużo spokojniejszy. Czas więc na mnie. Niech to będzie dobry dzień. 

ONIEŚMIELONY to po włosku INTIMIDITO

piątek, 26 lipca 2019

Wieczór o smaku pizzy


Wieczór był piękny... Nie dość, że gorący od upału dnia, to jeszcze podgrzany buchającym piecem. Roześmiany, rubaszny, beztroski i co najważniejsze pizza - główna bohaterka - w ilości około siedemdziesięciu sztuk bardzo wszystkim smakowała. Widać to było po opróżnianych szybko  talerzach i wyczekujących spojrzeniach, kiedy pojawi się kolejna tura. Radicchio i pancetta, funghi i salame piccante, salsiccia i cipolla, margherita i tak w kółko i od nowa i ta przez około dwie godziny. 


Przypadło mi w udziale bycie prawą ręką pizzaiolo. To bardzo ważna funkcja - przynieś, podaj, pokrój. Przynajmniej raz przysłużyłam się sprawie, zamiast tylko siedzieć leniwie i zajadać. Mam nadzieję, że będzie więcej takich wieczorów, bo zabawę miałam przy tym przednią. 
Przy domu myśliwych zebrała się pokaźna garstka biesiadników. Znajomi i nieznajomi, dobrzy przyjaciele, dawni gospodarze... Rozmowom nie było końca. Kiedy już wszyscy zostali dobrze nakarmieni i my - siła robocza - dołączyliśmy do stołu. Wymienialiśmy się przepisami na kapary i konfitury, dzieliliśmy refleksjami na temat własnych ogródków, szacowaliśmy kiedy znów na grzyby, piliśmy wino i zajadaliśmy na deser pyszną zuppa inglese. 
To był jeden z tych wieczorów, kiedy chciałby się zatrzymać czas, nigdzie nie iść, tkwić w tym samym miejscu przy leniwym gadu gadu. To był jeden z tych wieczorów, które nazywam kwintesencją włoskiego lata. 

fot. Pazzia

Kiedy my zajmowaliśmy się pizzą, w Marradi na placu serwowano pappę al pomodoro. Poza zapomnianymi smakami, jak to w letni marradyjski czwartek były też stragany i muzyka i wesołe towarzystwo. Miasto tętniło życiem jeszcze dobrze po 22.00, kiedy umączona i przyjemnie umęczona wracałam do domu.

A dziś już piątek. Ostatni w tym roku lipcowy piątek... Piątek weekendu początek, a weekend będzie bardzo intensywny, bo już za kilka godzin powrócą dobrzy przyjaciele, do Domu z Kamienia zawitają nowi Goście i kolorowym marszem ruszy rywalizacja o Złoty Ruszt!

Buona giornata!

SERWOWAĆ to po włosku SERVIRE (wym. serwire)

czwartek, 25 lipca 2019

Zielarze


- W życiu się nie dowiedziałem o ziołach tyle co dziś! - zakomunikował od progu Mikołaj i rzucił na stół "dziurawcowy" bukiet. 
- J. i W. to dyplomowani zielarze.
- Wiem! Dużo ciekawych rzeczy nam opowiadali i pokrzywę jadłem!
Tu posypały się opowieści co można zrobić z dziurawca, z liści laurowych, z pokrzywy, z babki lancetowatej i tak dalej... Mikołaj był zafascynowany.

Chłopcy towarzyszyli Gościom w wyprawie do najmniejszego włoskiego wulkanu na Monte Busca i do wodospadów Brusia w Bocconi. Wszyscy wrócili uradowani - chłopcy nowo nabytą wiedzą, Goście nowo poznanymi miejscami i towarzystwem chłopców, a ja oczywiście puchłam z dumy. 
Tak czy inaczej rozmowa o ziołach i nie tylko miała swój ciąg dalszy wieczorem i dziś ja również czuję się w tej kwestii mądrzejsza! Teraz mam też naukowe potwierdzenie tego, co zawsze pisałam - lipy czy lawenda tutaj pachną inaczej, mocniej, bardziej słodko - to nie mój wymysł, tylko czysta prawda. W. jak profesor na wykładzie podzielił się z nami "tajemną" wiedzą, a ja słuchałabym tak do nocy, gdyby nie poranne lekcje.    


Na drzwiach ktoś zawiesił torbę pełną młodziutkiej cukinii i jej kwiatów. Po torebce sądząc to pewnie Mario, ale ostatecznie zapomniałam zapytać. Tak czy inaczej cukinię zajadamy każdego dnia i to jest jeden z tych smaków, bez których latem nie potrafię się obejść. Wczoraj popełniłam risotto z cukinią i torta salata z ricottą, cukinią i kwiatami. A dziś? 
Ach, dziś to w ogóle dzień będzie wywrócony do góry nogami. Z J. wybieram się do Faenzy - targ w Faenzie ma wielu zagorzałych fanów wśród moich Gości! Po południu w domu myśliwych robimy pizzę, więc będę ganiać w te i we w te jako pomoc pizzaiolo i kelnerka.
Tymczasem marradyjski plac dziś wieczorem znów wypełni się gwarem, muzyką, straganami i oczywiście dawnymi smakami. Tym razem w menu pappa al pomodoro! Kto w okolicach, ten niech przybywa i bawi się z nami!

Dziś 25 lipca - dzień urodzin Taty. Liczę ile miałby lat i jak i gdzie by świętował... Liczby coraz bardziej robią się niepojęte. 42 lata temu to ja byłam takim trochę spóźnionym prezentem. Między jego i moimi urodzinami jest 6 dni odstępu. 

Uciekam już, bo znów zrobiło się późno. 
Dobrego dnia!

ZIELARZ to po włosku ERBORISTA (wym. erborista)


środa, 24 lipca 2019

Próby, flagi, zajęcia, pomidory w pelargoniach i ... szynszyle.


Na biforkowym moście zawisły czerwono niebieskie flagi. Dzielnice szykują się coraz intensywniej do turnieju. Wieczór znów wypełniły intensywne próby, a ubaw przy tym był przedni, bo niektóre konkurencje są naprawdę fantazyjne. 

Z każdym dniem upał jest coraz silniejszy. Podobno dopiero w niedzielę, ma lekko odpuścić. Tymczasem znów termometr w kuchni o 19.00 pokazuje 30 i pół stopnia. Oczywiście to moja wina. Mogłabym zaryglować okiennice na cały dzień, tak jak robią to Włosi i dopiero kiedy słońce się schowa za górami, znów je otworzyć. Mogłabym... ale ja naprawdę kocham taki gorąc i mogę zamknąć się przed wszystkim, ale nie przed słońcem, na które tak czekam.


Pomidory w pelargoniach mają się dobrze. Dobrze ma się też zieleń, bo jednak raz na jakiś czas deszcz się pojawia i dzięki temu mimo zbliżającej się wielkimi krokami połowy lata, wszystko jest jeszcze w intensywnych kolorach, a nie jak zwykle wypalone słońcem na złoto. Zbliża się połowa lata, a zatem zbliżają też moje urodziny. 

Dni znów zrobiły się intensywne. Każdego wieczora gapię się jak sroka w gnat w ten mój turkusowy kalendarz, bez którego ani rusz i układam w głowie kolejny dzień. Znów na niektóre "drobiazgi" czasu brakuje...

Masło to wyciągam z lodówki, to znów chowam wciąż ze szczerym zamiarem zrobienia morelowego ciasta, na które przepis wisi w "ulubionych" i tak już od kilku dni nie daję rady wygospodarować chwili na kulinarne poczynania. Muszę się w końcu zebrać, bo jak tak dalej pójdzie zamiast w piecu, składniki wylądują przeterminowane w koszu, a tego nie lubię.

Chłopcy dziś są przewodnikami. Będą razem z J. i W. wojażować przez Tredozio, wulkan i piękne wodospady. Mam nadzieję, że i tym razem nasi Goście się zachwycą, że kolejne mocne argumenty poprą tezę, że okolice Marradi to taki malutki raj!

***
- Pokażę ci szynszylę - mówi wieczorem Mikołaj, kiedy układamy się do "Friendsów".
- Nie chcę, daj mi spokój z tymi szynszylami!
- Tylko chwilkę, tylko ci pokażę. 
- Mikołaj, ale przecież ja wiem jak wygląda szynszyla! 
- Tak? To jak wygląda szynszyla? - wyłapuje zaraz matki kłamstwo.
- No jak to jak? Szynszyla wygląda jak ... jak szynszyla!

PRÓBY to po włosku LE PROVE (wym. le prowe)



wtorek, 23 lipca 2019

I tak...


I tak w poniedziałkowy wieczór drugiej połowy lipca przed salą gimnastyczną w Biforco ruszyły próby i przygotowania do zbliżającej się wielkimi krokami Graticoli d'Oro. Rozdzielono konkurencje oraz wytypowano ewentualnych kandydatów, którzy teraz będą testować swoje możliwości. Siedzieliśmy znów do późnego wieczora i patrzyliśmy jak dzieciaki skaczą, biegają, czołgają się czy spacerują z koszykiem na głowie. 
Kolejny raz uderzyło mnie to poczucie wspólnoty. Dzieci, młodzież, dorośli - każdy ma swoje sprawy, obowiązki, każdego życie zajmuje czymś innym, a jednak w te lipcowe wieczory, kiedy już powoli zapada zmierzch, niemal wszyscy znajdują czas, by wspólnie przygotować się do turnieju. Wyświechtany książkowo filmowy slogan - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego - zdaje się znów nabierać głębszego znaczenia.
W tym miejscu w imieniu całego Biforco proszę Was oczywiście o kciuki. Wprawdzie wygrać trzeci raz z rzędu byłoby pewnie lekką przesadą, ale z drugiej strony - dlaczego nie?! 
Tak czy inaczej: Niech znów wygra najlepszy!

W poniedziałkowy lipcowy poniedziałek do Biforco dotarła też J. i jak zaczęłam się tak głębiej zastanawiać, to doszłam do wniosku, że J. jest zdaje się jedną z tych osób, dla której nie ma roku, bez choćby krótkiego pobytu w Domu z Kamienia. Żartuję, że stała się biforkową recydywistką, a dla nas kimś więcej niż tylko turystką. Dlatego też sama pod osłoną nocy rozgościła się na dobrze znanych jej już "salonach". Przywitamy się, kiedy wstanie, a kiedy pora zrobi się odpowiednia znów napijemy się razem wina.

I tak po lipcowym poniedziałku nastał przedostatni w tym roku lipcowy wtorek. Na stole w Kuchni Kamiennego Domu stoją dwa słoiczki z konfiturami ze śliwek, dwa z brzoskwiń i sześć z moreli. Z każdej szuflady dochodzi zapach lawendy, którą wczoraj popakowałam w pończoszkowe woreczki, a ostatnia już porcja kaparów leży w soli i czeka na marynatę. Zapowiada się kolejny upalny dzień. Pod oknami przemykają grzybiarze na swoich terenowych motorach. Prawdziwków też już mam kilka ususzonych - ot niezbędne minimum na święta, ale liczę na więcej. Mnie samej czasu brak, żeby złapać za koszyk. Mój czas wolny zaczyna się po obiedzie, ale weź tu człowieku w środku dnia w 40 stopniach załóż buciory i ganiaj po górach!  

I tak w lipcowy, wtorkowy poranek mówię Wam BUONGIORNO, a sama uciekam, bo znów słyszę tik tak tik tak tik tak... 

I TAK to po włosku E COSÌ (wym. e kozi)

Drukuj