poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Nieuchwytny cel


I tak oto w niedzielę zamiast siedzieć i odpisywać na maile, przepakowywać garderobę na letnią, sprzątać na przyjazd Mamy i Świty albo po prostu siedzieć i nic nie robić, ja znów biegałam za pociągiem... To stało się już obsesją. Faktem jest, że zabawę mamy przy tym przednią, ale chyba sprawdza się powiedzenie - że nie o to chodzi, żeby złapać króliczka, tylko żeby go gonić.
Po obiedzie ruszyliśmy się z domu na krótki spacer, bo choć chmury gęsto wisiały nad doliną, a termometr zatrzymał się na 14 stopniach, to jednak nie lało tak jak zapowiadali meteorolodzy. 
- Jedziemy szukać świerszczy? - zapytał Mario.
- Eeee nie, świerszczy nie, łąka mokra. 
- Może do Modigliany?  
- Niech będzie Modigliana. 
I ruszyliśmy, ale kiedy byliśmy na wysokości marradyjskiej stacji nasz wzrok przykuły kłęby dymu. 
- Pociąg!!!
Mario zaraz zawrócił i zajechał "z piskiem" przed budynek dworca. Wyskoczyliśmy w pośpiechu i fruuu na peron, bo pociąg coraz większe kłęby dymu wypuszczał, jakby szykował się do odjazdu. Poza nami na peronie było jeszcze kilku innych gapiów i fotografów. Stuletni pociąg to nie lada gratka!

- On jedzie do Florencji? - zapytał Mario jednego z nich. 
Człowiek odpowiedział mu po angielsku, więc po zdezorientowanym spojrzeniu Mario z serii "ratuj", ja brawurowo przejęłam konwersację gratulując sobie w duszy z całego serca. Pociąg istotnie jechał do Florencji i miał ruszyć "za chwilę" jak potwierdził nie bardzo uprzejmy maszynista. Wiadomo, że zwłaszcza w Italii określenie "za chwilę" jest bardzo nieprecyzyjne, ale pociąg buchał coraz bardziej.


- To co do Biforco? 
- A może lepiej tak jak wtedy Crespino? Tam mamy całą dolinę.
- Dobra! Crespino!
- Tylko ja kamery nie mam. 
- Zdążymy po nią? A ja nie mam ze sobą odpowiedniego obiektywu...
I tak dzikim pędem podjechaliśmy pod dom Mario, potem sprzed mojej furtki niemal bez zatrzymywania przechwyciłam sprzęt od Mikołaja, który uprzedzony o całej misji już czekał w gotowości. 
Dojechaliśmy do Crespino i znów tak jak kiedyś przycupnęliśmy na skalnej półce ponad miasteczkiem. Różnica była taka, że wtedy pogoda była bajeczna, tym razem siąpiło, dżdżyło, a zimna wilgoć wciskała się pod wiosenną kurteczkę. Po jakimś czasie podjechał samochód i dwóch innych fotografów wyskoczyło szukając dobrej pozycji. 
- Wiecie coś? Już ruszył? 
- O 13.10 ruszył z Marradi i ma mieć dwa postoje. 
Dochodziła już godzina 14.00, a na horyzoncie nie było widać żadnego dymu. Staliśmy tak jak dwa słupy pod parasolem, a mnie coraz bardziej telepało z zimna. 
- Odbiło nam! Żeby dla głupiego zdjęcia się tak poświęcać. 
Zaczęliśmy kalkulować ile czasu potrzeba na przejechanie tych nieszczęsnych 9 kilometrów i nijak nie pasowało nam, że od rzekomego odjazdu minęło już prawie półtorej godziny. O 14.30 Mario zarządził odwrót. 
- Ale wiesz, że przejedzie jak się tylko ruszymy?
- Eeee...

I tak było w istocie. W połowie drogi między Marradi a Crespino przy wylocie jednego z tuneli wisiała chmura czarnego dymu.
- Jest! 
Mario zaraz zawrócił w nadziei, że pociąg zatrzyma się na stacji w Crespino, a my zdążymy znów strategicznie się ustawić, ale widocznie fotograf miał niepotwierdzone informacje, bo pociąg przemknął, zadymił, gwizdnął i tyle go widzieli... A my znów musieliśmy obejść się smakiem.  


Mimo wszystko pojechaliśmy do Modigliany, tak jak było w planie, jednak pogoda wypłoszyła chyba wszystkich. Przeszliśmy szybko przez centrum z rękami zaciśniętymi w kieszeniach, sfotografowałam najpiękniejsze w okolicy glicine, zrobiliśmy rozeznanie w lokalnych festach, sprawdziliśmy kiedy będzie festa del sangiovese i niepyszni wróciliśmy do Marradi.  

Nowy tydzień na start. Tydzień wielkanocny. Tydzień, kiedy do Domu z Kamienia znów zawita Mama i Świta. Dobrego dnia!!!

GONIĆ to po włosku RINCORRERE (wym. rinkorrere)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj