poniedziałek, 1 października 2018

Październik wprowadza się do doliny


Sobotnie poranki spędzam teraz sam na sam z Mikołajem. To dla nas nowość, ale bardzo te momenty lubimy. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, śmiejemy się z głupot, a Mikołaj pajacuje jak na domowego kabareciarza przystało wprawiając mnie niezmiennie w dobry humor.
- Mogę ci coś pokazać? - pyta, kiedy idziemy rankiem do Marradi, ja na piechotę, on krąży dookoła mnie na swojej Grazielli (rower Mikołaja ma imię). 
- Pokaż.
- Ale nie będziesz się denerwować?
- Tego nie wiem. A powinnam? Jeśli tak pytasz, już się boję.
- Nie będziesz! Prawda?
W tym momencie Mikołaj zdejmuje stopy z pedałów, stawia je na ramie, cały się podnosi i na stojąco jak cyrkowiec jedzie dalej przez kilka metrów. Na widok takich sztuczek, robi mi się słabo.
- Przestań! Błagam! Nie rób tego! - Jak na matkę histeryczkę przystało, zaraz roztaczam przed nim najczarniejsze scenariusze, co to się może stać. Mikołaj tylko zerka z niewinnym uśmiechem, siada "po bożemu" i posyła mi rozbrajający uśmiech. - Chyba jedna inwalidka w domu wystarczy?
- Dalej boli cię noga? - pyta z troską.
- Pobolewa i puchnie.
- Bo chodzisz!!! 
- A co mam robić? 
- "Zbijać bąki" tak jak ja! Jeśli chcesz to cię tego nauczę.

***
Ostatni wrześniowy dzień był prawdziwie letni albo wiosenny - jak kto woli. Na pewno nie miał nic wspólnego z jesienią. Dopiero kiedy w nocy zakwaterował się w kalendarzu październik, niebo zalało się łzami. Chyba z żalu za takim pięknym wrześniem... 


  
W ten ostatni wrześniowy dzień mieliśmy pojechać w góry na piknik, ale Tomka skutecznie rozłożyło przeziębienie i tak oto znów nic z planów nie wyszło. Złapałam tylko chwilkę na krótki spacer, znów jedynie parę kroków "po równym", żeby nogi jeszcze nie forsować. Mam wrażenie, że moja kostka to będzie "never ending story"...


Pojechaliśmy tym razem na Monte Romano. Widać stąd nie tylko dolinę Lamone ale też i w "dalekiej oddali" majaczy grzbiet Falterony. Pola wcześnie zaorane już zrobiły się zielone. Są takie też zimną, dlatego lubię tu przyjeżdżać, bo o każdej porze roku jest pięknie. Teraz u progu kasztanowych zbiorów widać jak nad gajami unoszą się smugi dymu. W powietrzu czuć też charakterystyczny zapach. To znak, że do doliny wkracza marradyjska jesień. 


Na rozstaju dróg jest mały cmentarz ogrodzony kamiennym murem. Chyba od dziesięcioleci nikt tu nie zagląda. Furtka jest tak zardzewiała, że aż trudno ją otworzyć. Na małym nagrobku wyryto imię Maria, poniżej data i słowa: nacque, pianse e morì... (urodziła się, zapłakała i zmarła)


Przy drodze stare cyprysy. Tak stare, że nie powstydziłaby się ich Toskania. Stoją przy szutrowej drodze, która prowadzi do kamiennych domostw, a potem się urywa. Na łąkach jeszcze ostatnie kwiaty, krzewy dzikiej róży ciężkie od czerwieni, od Romani zaczyna wiać chłodniejszy wiatr. Il vento di sotto - jak mawiają marradyjczycy - nie przynosi nic dobrego. To pewnie on przyciągnął te deszczowe chmury.

NIE PRZYNOSI NIC DOBREGO to po włosku NON PORTA NIENTE DI BUONO (wym. non porta niente di buono)

2 komentarze:

  1. Piękne zdjęcia! U nas październik przyprowadził ze sobą przeszywające chłody i mam nadzieję, że nieco ciepła też ze sobą przyprowadzi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ Kasiu! Sukienka i torebka w góry?? Przepraszam... musiałam :) (w nawiązaniu do wczorajszego pieniacza) Pozdrawiam. Hanka

    OdpowiedzUsuń

Drukuj