środa, 31 października 2018

Trudne warunki i problem z imionami


We wtorek miało być ładnie. Tak zapowiadano i może rzeczywiście było, tylko że na pewno nie u nas... 
Przerwy między jedną ulewą a drugą były nie dłuższe niż pięć minut. Ledwie człowiek zdążył pomyśleć - "o! przeszło!" - wszystko zaczynało się od nowa. Na szczęście szalony wiatr ustał, więc w końcu zrobiło się zdecydowanie mniej "straszno". 
Zła byłam jak nie wiem, bo na wtorek zaplanowaliśmy sobie wyprawę na grzyby. Po zrywie zeszłotygodniowym, krążyły głosy, że ludzie coś z lasu przynoszą. Chcieliśmy więc koniecznie sprawdzić ulubione miejsca. 
Ale jak?? W taką pogodę?

- Ja jadę czy pada czy nie - zacietrzewił się Mario.
- Skoro tak, to ja też. 
- Nie martwisz się, że zmokniesz? 
- Mam to gdzieś. Jak zmoknę to i wyschnę. 
- Dam ci impermeabile. 
- Grazie.

Uzbroiliśmy się nie tylko w kapoty przeciwdeszczowe, ale też w parasole, bo deszcz dawał z siebie wszystko. Przeciskaliśmy się przez chaszcze, dreptaliśmy po rozmokniętej drodze, ale trud i poświęcenie okazały się daremne. Tym razem nie mogłam uskutecznić na fejsbuku żadnej prowokacji. Wróciliśmy z niczym. A nie! Przepraszam! Mario - w myśl zasady: "nigdy nie wracaj do domu z pustymi rękami"- przywiózł z lasu piękną sadzonkę cyklamenów.  

Grzyby grzybami, ale muszę przyznać, że wielką frajdę sprawił mi ten krótki ekstremalny spacer i stwierdziłam, że coś jest ze mną nie tak, przejawiam jakieś dziwne skłonności masochistyczne... Już kiedyś byliśmy w takiej aurze na wyprawie i wtedy też towarzyszyły mi te same odczucia. Wędrowanie w słońcu nie ma sobie równych, ale i "trudne warunki pogodowe" mają w sobie to coś. Jak się tak człowiek "upodli" w deszczu i błocie, to od razu głowa robi się jakby lżejsza.

***
- Wiesz Pusia, że ja muszę sprawdziany i wszystkie dokumenty w szkole podpisywać Tomasz Paweł?
- Śmiesznie. Oni te nasze podwójne imiona traktują na równi. Do mnie jak dzwoni jakiś TIM, ENEL czy FAST WEB to też rozmowa zawsze zaczyna się od: signora Katardzyna Teresa? Już mi się nawet nie chce tłumaczyć, że jestem po prostu Katarzyna, a w ogóle najlepiej to Kasia.  
W naszej rodzinie panuje zwyczaj nadawania podwójnych imion. Zazwyczaj drugie jest po mamie, tacie, babci, dziadku, czy wujku... W Italii nie spotkałam się z takim zwyczajem, co najwyżej istnieją podwójne imiona i co ciekawe wiele z nich zlewa się w jedno: Anna Maria, Alba Chiara, Giannalisa, Gianmartino, Giancarlo ecc... Włosi traktują więc w ten sam sposób nasze drugie imiona, które wychodzą na powierzchnię przy każdej okazji, nawet - jak wyżej wspomniałam - na szkolnych klasówkach. 
W szkole podstawowej i gimnazjum Tomek wbrew swojej woli został Thomasem. W liceum już na starcie zapowiedział, że nazywa się Tommaso lub Tomi. Zamiast wersji angielskiej zdecydowanie woli włoską wersję swojego imienia. 
Poniżej zdjęcie wizytówki, którą trzymał na ławce w pierwszych dniach na lekcjiach francuskiego z nativem. Z racji tego, że w klasie duża część dzieciaków mówi już po francusku (multi culti), Tomek dopisał - NO FR - czyli nie mówię po francusku.


Nowy dzień wstał z błękitnym niebem. Co za ulga. Nawet jeśli tylko chwilowa...
DOBREGO DNIA!

PŁASZCZ PRZECIWDESZCZOWY - to IMPERMEABILE (wym. impermeabile)

wtorek, 30 października 2018

Biedronki, muzyka i pogodowy armagedon.


Kiedy byłam mała moja mama zawsze powtarzała - "Nie zabijaj pająków! Dom, w którym żyją pająki, to dobry dom!" Tak mi zostało do dziś. Mogę urządzać rzeź much czy komarów, ale wara od pająków. I teraz taka sytuacja... Wchodzę do łazienki i zerkam na okno i widzę ciemną plamę. "Co u licha?" - myślę sobie. Podchodzę bliżej, wzrok wyostrzam, aż plama okazuje się siedliskiem... biedronek! W łazience zalęgły się biedronki! Czy można potraktować to jako dobrą wróżbę? Czy dom pełen biedronek to dobry dom?

***  
- Pusia to jak myślisz, jaki mogę wybrać utwór, który by mnie reprezentował?
- Jeśli może być instrumentalny, to Fly Ludovico Einaudi.
- A Una mattina
- Też.
- A dlaczego akurat te? 
- Bo są niebanalne, takie jak ty, ambitny, mądry ...
- Kreatywny?
- Kreatywny, wrażliwy, ale też skomplikowany. A dlaczego nie może cię reprezentować twój ulubiony Zimmer?
- Bo on mi się podoba, ale jednak mnie nie reprezentuje.
- Słuchaj, a tak w ogóle to na jaką lekcję to zadanie?
- Na religię.
- Ciekawe... bardzo ciekawe...
- Co to za muzyka? - pyta Tomek, kiedy zmieniam melodię.
- To chyba ta, która mnie reprezentuje.
- Czyli? 
- Nessuno ad aspettarmi, choć w sumie nie wiem może jednak bardziej Il cuore di sabbia? Co myślisz? Gdzie jest więcej mnie?
- Sam nie wiem.

***
W Italii panuje kataklizm pogodowy. Obrona narodowa w kilku regionach ogłosiła najwyższy alarm. W Mugello i Toskanii - Romanii dziś sytuacja już spokojniejsza, w nocy zmieniono codice arancione na codice giallo. To co działo się wczoraj wydawało się wręcz nieprawdopodobne, jakby żywioły coś opętało. Myślałam, że u nas było strasznie, ale jak popatrzyłam na inne miejsca - Ligurię z rekordowo wysokimi falami sztormowymi, Lombardię z trąbami powietrznymi, Lazio z powyrywanymi drzewami i Wenecję gdzie alta marea zalała trzy czwarte zabytkowego centrum, to stwierdziłam, że u nas to jednak nie jest aż tak źle. Przed nami chwila oddechu, już na 1 listopada przewidywana jest kolejna fala ulew, za którą idzie zagrożenie powodziowe. Nam z racji położenia powódź raczej nie grozi i mam nadzieję, że nic złego nie wydarzy się też w innych regionach. Znajome i Czytelniczki bloga z półwyspu - mam nadzieję, że u Was wszystko dobrze, Aga, Pani Maria, Renata, Ewa, Pani znad Stretto, Beata?

KOD POMARAŃCZOWY/ ŻÓŁTY - to CODICE ARANCIONE/GIALLO (wym. kodicze aranczione/dżiallo)

poniedziałek, 29 października 2018

Ostatnia sagra w domowych pieleszach


Chyba po raz pierwszy w całej historii mojego bywania na sagrach muszę pochylić głowę i z bólem serca przyznać 1:0 dla aury pod psem. W południe Mario zaproponował nawet nieśmiało czy chcę się przejść, rzucić okiem na ostatnią w tym roku kasztanową niedzielę. Miał nawet gotowe rozwiązanie problemu wilgoci przeszywającej Nikona - "torebką foliową go opatulisz...", ale ja byłam nieugięta albo raczej leniwa, zupełnie jak ten od Brzechwy, co na tapczanie siedział. 

- Nieeee - powiedziałam z przekąsem - torebka nic nie da. Nikonowi taka wilgoć źle zrobi! - wszystko byle nie przyznać się, żę leń za skórą siedzi i ani myśli odpuścić.

Tomek i Mikołaj w piżamach siedzieli do południa. Ja natomiast zrobiłam pyszne czekoladowe ciasto, którego do wieczora ocalało kawalątek, ot tyle by chłopcy mieli  na poniedziałkowe słodkie śniadanie, upiekłam kasztany, pogimnastykowałam się dwa razy dłużej niż zwykle, nadgoniłam z lekcjami, do książki nie dopisałam nawet przecinka - znów szlag trafił moje postanowienie, ale za to powieść o Monecie prawie skończyłam i obejrzałam z chłopcami kolejny raz Interstellar

- Nie ma nic złego w takiej pogodzie od czasu do czasu - powiedziałam zadowolona, przynajmniej raz na jakiś czas można polenić się bezkarnie.
- Przeprowadź się do Londynu - podłapał Mikołaj - będziesz mogła prawie codziennie zbijać bąki!


Wiatr i deszcz zerwały lipom przed barem niemal wszystkie liście. W deszczu świat, choć jeszcze bardzo zielony i ciepły, zrobił się niemal listopadowy. Lało całą noc, rwąca rzeka płynie ulicą, a nad ranem przetoczyła się prawdziwa burza. Mam nadzieję, że zaraz odpuści, bo martwię się Tomkiem, który nim dojdzie na stację przemoknie do suchej nitki nawet pod parasolem.

Dzisiejszy poniedziałek nie taki straszny, jest przecież początkiem wyjątkowo krótkiego pracującego tygodnia. Od czwartku zaczynamy długi weekend. Październik powoli zbiera manatki i szykuje się do drogi. Aura od teraz ma być w kratkę, ale na szczęście przymrozków jeszcze na horyzoncie nie widać. Dobrego dnia!

POCHYLIĆ GŁOWĘ to po włosku CHINARE LA TESTA (wym. kinare la testa)   

niedziela, 28 października 2018

To co niezmienne


Od sobotniego rana, a może nawet i od nocy wiało scirocco. Nie lubię wiatru chyba jeszcze bardziej niż deszczu, zawsze budzi we mnie niepokój. Jednak scirocco to coś innego. Póki wieje ciepły wiatr znad Afryki, zima i chłód nam nie grożą. Wywraca donice na tarasie, targa drzewami, trzaska niedomkniętymi oknami, ale mimo hulaszczego charakteru, zimna ze sobą nie niesie. 


- Pójdziemy pozbierać resztki kasztanów? - Pyta Mikołaj po obiedzie, a ja cieszę się jak wariat, bo już dawno nigdzie we troje nie spacerowaliśmy. - Teraz już można - dodaje tonem znawcy.
- Można, można! Pójdziemy do tego gaju blisko Castellone. Na grzyby też przy okazji zerkniemy. 
Jeszcze nie tak dawno wyciągałam chłopców w każdy weekend na wspólne spacery. Teraz udaje nam się to trochę rzadziej. Coraz więcej mają swoich spraw, zajęć, zwłaszcza Tomek, którego szkoła pochłania też w sobotę.


Nasze spacery, nawet jeśli teraz rzadsze, to jednak wciąż tak jak kiedyś - trzymanie się za ręce, czułości i nienagadanie, a Tomek dalej potrafi zasypywać gradem pytań. Urośli bardzo i wydorośleli. Kiedy patrzę na zdjęcia sprzed choćby dwóch lat, oczy przecieram ze zdumienia. Aż się nie chce wierzyć, że tak niedawno byli po prostu dziećmi. 


Rozgrzebujemy wyschnięte jeżyki, zerkamy na boki w poszukiwaniu grzybów, "o pungitopo!" - woła Mikołaj i zaraz zaczyna podśpiewywać "Bóg się rodzi". Potem opowiada o wyprawie Magellana, a Tomek podważa jego teorie. Przeskakują z tematu na temat. Tu historia, tam nauka, zaraz film, potem muzyka. Niezmiennie uwielbiam z nimi rozmawiać. 


Sobota mija nam leniwie. Tak jak chciałam. Mam nawet czas, żeby poleżeć w łóżku z kawą i książką. Czytam o Monecie i oderwać się nie mogę. 
- Podoba ci się? - zagląda mi przez ramię Mikołaj. 
- Bardzo, myślę, że tobie też powinna się podobać, jak skończę możesz przeczytać.
- Fajnie.
Po raz pierwszy od dawna otwieram też plik z książką, czytam, nanoszę poprawki i znów obiecuję sobie - "godzina dziennie pracy nad tekstem". Muszę w końcu coś z tym zrobić, a wciąż w tej kwestii brakuje mi konsekwencji. Kiedy się za to zabrać, jeśli nie zimą, jesienią? 


Scirocco przyniosło deszcz. Ciepły deszcz. Ostatnia kasztanowa sagra nie będzie pewnie cieszyć się sukcesem. Mam nadzieję, że uda nam się choć krótki spacer wśród kasztanowych straganów, zjemy bruciate, napiję się cagniny, sfotografuję bruschettaio, a potem pożegnamy sagrę na rok.

TRZASKAĆ OKNAMI to po włosku SBATTERE LE FINESTRE (wym. sbattere le finestre)

sobota, 27 października 2018

Pospolite ruszenie

jesień toskańska - las

Jak kiedyś wywoływało się pospolite ruszenia, te o których piszą w książkach historycznych? Nie mam pojęcia! Wiem natomiast jak zrobić to jesienią w Marradi. Wystarczy znaleźć grzyba - prawdziwka oczywiście, bo inny grzyb dla marradyjczyka to nie grzyb - zrobić sobie z nim zdjęcie i wrzucić na fejsbuka. A potem wystarczy usiąść gdzieś przy drodze i czekać co się będzie działo. A będzie! Ledwo wyświetli się komentarz "opublikowane", grzybiarze będą już stali w progach startowych. 
Opisałabym kilka sytuacji rodem z komedii, ale może ktoś przeczyta to co piszę w nieudolnym tłumaczeniu "wujka google" i gotów pomyśleć, że drwię, a ja się przecież tylko do tego wszystkiego wesoło uśmiecham. 

Marradi autunno 2018

Swoją drogą ciekawa jestem czy ktoś z grzybiarzy coś znalazł, bo ja poza tymi dwoma okazami, które poruszyły marradyjski świat - nic. Nie liczę dwóch kań, jednej wysuszonej kurki i dywanów maślaków, bo jak napisałam wyżej w Marradi GRZYB to znaczy tylko i wyłącznie prawdziwek. 
Aż dziwne, że teraz taka nędza, bo aura na grzyby jest wprost wymarzona. Noce ciepłe, deszcze były, więc człowiek zachodzi w głowę - w czym problem? Czyżby się grzybnie wyprodukowały już latem? Taka jest moja teoria. Mario twierdzi, że jeszcze będą ... Zobaczymy kto ma lepszą intuicję.

gaje kasztanowe, castagneti marradesi

W gajach znów zapanował spokój. Wszystkie castagne już opadły. Podłoże ścielą teraz rozdziawione jeżyki, wyschnięte wdzianka marradyjskich marroni. Zrobiło się cicho i nostalgicznie. Starym kasztanom dopiero teraz zaczynają powoli żółknąć liście, to dlatego, że wiosną są jednymi z ostatnich drzew strojącymi się w zieleń. Myślę sobie, że marradyjski rok powinien być wyznaczany przez cykl życia kasztanów. Kulminacyjnym momentem, takim sylwestrem Matki Natury jest spadanie owoców. Potem wszystko zaczyna się od początku... Teraz właśnie mógłby to być początek Nowego Kasztanowego Roku.

jesień w Marradi
grzyby w Toskanii

W lasach teraz pięknie. Wiem, powinnam siedzieć na ..., ale nie umiem. Wybieram delikatne trasy, wspinanie się po stromych zboczach zostawiam Mario. Sama spaceruję wygodnymi ścieżkami i leśnymi drogami. Maszeruję po śladach zwierzyny i zastanawiam się czy jakieś oczyska nie łypią na nas zza krzaków. Wilki teoretycznie nie zbliżają się same do człowieka, ale czy teoria zawsze idzie w parze z praktyką? Wolałabym się nie przekonać na własnej skórze o istnieniu w tej kwestii wyjątków.  

zwierzyna leśna w Toskanii

Przed nami ostatni październikowy weekend i ostatnia sagra. Mam nadzieję, na chwilę oddechu, jeszcze trochę słońca, odrobinę snu, garstkę zdjęć. Zobaczymy co przyniesie dzień.
DOBREJ SOBOTY!

PORUSZYĆ (w tym kontekście) to SMUOVERE (wym. zmuowere)

A tu jeszcze odrobina lokalnej prasy, która pisze o naszej kasztanowej sagrze i publikuje również moje zdjęcie. Foto "pożyczone" z fejsbukowego profilu Andrea Badiali: 

foto Andrea Badiali

piątek, 26 października 2018

Misa pełna kaki



Życie niezmiennie mnie zadziwia. Kiedyś pisałam o pajęczynie, której z każdym rokiem przybywa nitek. Wczoraj pomyślałam, że jesteśmy jak te białe smugi, które zostawiają na niebie samoloty. Pochodzimy z różnych stron, a potem jakimś przedziwnym zbiegiem okoliczności nasze drogi gdzieś się przecinają. Jesteśmy jak te kaki zebrane do jednej misy z różnych drzew, z różnych gałęzi... Przypadkowe spotkania, wspólni znajomi, ktoś z kimś studiował, tamten mieszkał obok tego, a potem nagle spotykamy się tu, w Kamiennym Domu.   

Przez resztki pelargonii przeciskały się ostatnie promienie słońca, a ja patrzyłam to w niebo, to przed siebie, to na piękny ceramiczny podarunek wypełniony jesiennymi owocami. M. i P. ledwie odjechali, a przez moją głowę galopowały "filozoficzne" przemyślenia. Przede wszystkim cieszyłam się szczęściem M. Cieszyłam jak wariat. Tak dobrze jest widzieć ludzi, którym udaje się odnaleźć szczęście i tak miło na duszy, kiedy ci ludzie wracają do Kamiennego Domu, by o tym szczęściu opowiedzieć. 
Nawet jeśli mnie to nie dotyczyło, to jednak powiew czyjegoś szczęścia podziałał na mnie jak balsam. Uwielbiam szczęśliwych ludzi! Ludzi, którzy się nie poddają, tylko idą śmiało do wyznaczonego celu. Uśmiecham się do dziś na wspomnienie tego spotkania i wciąż zadziwiam tym naszym krzyżowaniem się dróg. 

Ostatnio inna M. opowiadając o swoich losach, powiedziała - "ja się nie poddam, jestem Polką, a przecież wiesz, że Polki się nie poddają". Mówiła oczywiście o sobie i pewnie nie miała pojęcia, że jej słowa spadły mi jak z nieba. To był jeden tych dni, kiedy potrzebowałam właśnie coś takiego usłyszeć. 

Ja, jedna M., druga M., trzecia M., A., E., J. i wiele innych osób, które osobiście czy wirtualnie zawitały do Domu z Kamienia - na pewno łączy nas jedno "cudownie nieuleczalne włoskie fiksum dyrdum". Kiedyś myślałam, że to tylko ja tak "mam", a dziś po tych kilku latach wiem, że jest nas całkiem spora gromadka. 


Misa pełna żółtych kaki... 
Muszą jeszcze dojrzeć, więc między nimi powciskam jabłka. Mówią, że to im w dojrzewaniu pomaga, to trochę tak jak nam spotkania z przypadkowymi ludźmi... Choć może przypadkowymi to nie jest dobre określenie, bo przecież w życiu nic nie zdarza się przypadkiem... 


PRZYPADKIEM to po włosku PER CASO (wym. per kaso)

czwartek, 25 października 2018

U schyłku października

Pogoda w środę zrobiła się jeszcze piękniejsza. Termometr przed domem pokazał w ciągu dnia prawie 30 stopni, więc z całą komputerową pracą rozłożyłam się na tarasie, świadoma tego, że tym razem to już naprawdę ostatnie podrygi "lata". Zawsze mówię, że takie dni powinno się zabutelkować, by móc posmakować ich znów, kiedy nadciągną buriany i im podobne. Powietrze zrobiło się jak kryształ, a kolorowe drzewa odbijały się ze zdwojoną siłą w tafli spokojnych wód Lamone. W drodze do Marradi przystanęłam na moście i przez chwilę wpatrywałam się w to wszystko z entuzjazmem turystki, która zawitała tu  po raz pierwszy. I pomyśleć, że to moje... Moje - nie moje, wiadomo, ale trochę jednak. Takie widoki umilają nawet najzwyklejsze dni, myśli skołatane kołyszą, witają rankiem i żegnają wieczorem. A te ranki i wieczory teraz to istny spektakl. Rok temu działo się dokładnie to samo. Widać typowe to dla tej pory roku. Wczoraj wschodzące słońce rozpaliło całe niebo żywym ogniem, zachód natomiast był pastelowy i delikatny jak malinowy budyń w błękitnej miseczce.  


Z winnic opadają ostatnie liście. Tu i tam dyndają zeschnięte resztki winogron. Nasz zimowy ogródek ma się dobrze. Udało nam się odeprzeć pierwszy atak ślimaków i ocalić kapusty od zagłady. Mario dostał od przyjaciela całą torbę pikantnych papryczek i zaraz wstępnie przygotował je na diabelską salsę, bez której ja nie mogę się obejść. To już chyba ostatnie przetwory w tym roku, choć może jeszcze, jak znajdę od dawna nie widziany wolny czas, pokuszę się o marynowane cebulki Giorgio...


Do weekendu coraz bliżej. Przed nami ostatnia kasztanowa sagra, ale nie znaczy to, że potem w dolinie nic już nie będzie się działo. Zaraz po Marradi ze swoimi festami ruszy przecież Brisighella. Poza tym nawet późną jesienią można w Toskanii miło spędzać czas. I tu krótkie ogłoszenie dla Czytelniczek bloga.  

Jeśli lubicie "babskie" wyjazdy, jeśli potrzebujecie odetchnąć i skupić się tylko na sobie, to może właśnie dla Was będzie to, co przygotowały dwie fajne dziewczyny - TAŃCZĄCE NA ŁĄCE - https://www.facebook.com/events/569140270170639/? Będę miała przyjemność uczestniczyć w całym przedsięwzięciu, a zatem serdecznie Was zapraszam.

DOBREGO DNIA!

SPĘDZAĆ CZAS - PASSARE IL TEMPO (wym. passare il tempo)

środa, 24 października 2018

O lesie, rozśmieszaniu i jesieni...


Po naszym maślakowym sukcesie Mario koniecznie chciał sprawdzić czy może też w sprawie prawdziwków coś już w ziemi drgnęło. Niestety, porcini ani widu ani słychu. W lasach wyskakują wszystkie najdziwniejsze grzyby, ale tych najlepszych próżno szukać. Maślaków, rzecz jasna, dalej zatrzęsienie... 
Obfotografowałam część tego, co pod stopy się nasunęło, tym bardziej, że wkrótce mam wspomóc zdjęciami pewien szkolny projekt i takie widoki będą jak znalazł. Chodziliśmy po lesie pod Gamogną z zegarkiem w ręku, bo a to moje lekcje, a to Mikołaja ze szkoły trzeba odebrać. A tu aura wróciła cudowna i tak bardzo nie chciało się nigdzie iść. Idealny dzień na wyprawę z plecakiem, na zjedzenie schiacciaty, na fotografowanie kolorów, na podziwianie widoków...
- Nie mogło tak być wczoraj? - Wygrażałam bardziej sama do siebie. - Pod takim niebem doszłybyśmy nie tylko do Palazzuolo, ale jeszcze dalej!
- Nie narzekaj. I tak z wyjątkiem poniedziałku pogoda była wymarzona. 
To prawda. Wszyscy Goście myślę w pełni skorzystali z marradyjskich wakacji. Sama uśmiecham się na wspomnienie toskańskiej sesji zdjęciowej nowożeńców, biesiadowania przy naszym stole, dreptania razem po górach i śmieję się w głos, kiedy przypominam sobie "kwiatki" O. Teraz już wiem na przykład, że rok akademicki to po porostu sezon na studentów, a w Uffizi wisi portret, wypisz wymaluj, Keanu Reevesa. Mam specyficzne poczucie humoru i mało jest ludzi, którzy potrafią sprawić, że śmieję się w głos. O. potrafi.    


 Potrafi też Mikołaj.
- A ty lubisz Karola V.
- Nie wiem... nie, chyba nie... 
- A dlaczego?
- Bo to on pół Europy podbił, tak? - zawsze przyznaję, że kiepski ze mnie historyk. - Nawet na Italię najeżdżał, czy znów coś mi się myli? 
- Co on tam podbił! - Kwituje Mikołaj znad książki do historii - Wszystko odziedziczył. Siedział i tylko bąki zbijał! Zupełnie tak jak ja. 


Jesienne słońce przeciska się przez zrudziałe winnice. Kurtka znów zostaje na wieszaku. Gdyby cała jesień składała się z takich październików mogłabym ją nawet polubić. Niestety gdzieś tam, za górą, za rzeką, powolutku zakrada się nie bardzo lubiany listopad...

ROZŚMIESZYĆ to po włosku FAR RIDERE (wym. far ridere) 

wtorek, 23 października 2018

"Słaba płeć" na mini wyprawie


Różnica pomiędzy sobotnim a poniedziałkowym spacerem widoczna jest na pierwszy rzut oka. Niestety pogoda na chwilę się zbiesiła i musiałyśmy nie tylko narzucić na grzbiet kurtki, ale też zmienić trasę naszej babskiej wyprawy. O odwołaniu nie było mowy! Niby poza zimnem i ołowianymi chmurami nic się więcej nie miało wydarzyć, ale jednak dla bezpieczeństwa szlak z Lozzole do Palazzuolo odłożyłyśmy na następny raz. W sumie to może i dobrze... Zawsze jest jeden powód więcej, dla którego O. będzie mogła wrócić.  


Że góry i spacer są dobre na wszystko to wiadomo nie od dziś. Górskie wyprawy mają leczniczą, terapeutyczną moc. A wyprawy "słabej płci" to już w ogóle coś, co uwielbiam szczególnie. Aż mi żal jak sobie pomyślę ile tegorocznych wypraw musiałam odwołać, przełożyć na "następny raz". 
Spacerowałyśmy wczoraj niedługo i nietrudno, ale było nam wspaniale, bo na takich wyprawach to można sobie popaplać o tym i o tamtym i pośpiewać pod nosem i pomilczeć...
Szlak zabłocony jesiennie, cisza gór, zmokłe liście, gołe badyle ginestre, kamienny graniastosłup Castellone, cyprysy, galestro, widok na Marradi i na Biforco...
Pogoda nie miała wpływu na nasze humory. Słońce było w nas i humor i radość i żalu trochę też, bo tydzień minął jak z bicza strzelił i nadszedł czas pakować walizki.  

Marradi Biforco

Dziękujemy O. i W. i U. za wspólny czas i mam nadzieję, że będzie następny raz i nie raz i nie dwa...  Było nam wspaniale! Wciąż czeka na nas anello 19! Szczęśliwej podróży!

trekking Toscana
valle del Lamone
Dolina Lamone

Słońce od dziś znów wraca do doliny, świat coraz bardziej rudzieje, dni coraz krótsze, a dom z kamienia znów na jakiś czas pustoszeje, ale niektórzy powoli, powolutku zaczynają już planować przyszły rok. Myślę, że czas kupić nowy kalendarz.

POWOLUTKU - PIAN PIANO (wym.pian piano) 

Drukuj