wtorek, 23 października 2018

"Słaba płeć" na mini wyprawie


Różnica pomiędzy sobotnim a poniedziałkowym spacerem widoczna jest na pierwszy rzut oka. Niestety pogoda na chwilę się zbiesiła i musiałyśmy nie tylko narzucić na grzbiet kurtki, ale też zmienić trasę naszej babskiej wyprawy. O odwołaniu nie było mowy! Niby poza zimnem i ołowianymi chmurami nic się więcej nie miało wydarzyć, ale jednak dla bezpieczeństwa szlak z Lozzole do Palazzuolo odłożyłyśmy na następny raz. W sumie to może i dobrze... Zawsze jest jeden powód więcej, dla którego O. będzie mogła wrócić.  


Że góry i spacer są dobre na wszystko to wiadomo nie od dziś. Górskie wyprawy mają leczniczą, terapeutyczną moc. A wyprawy "słabej płci" to już w ogóle coś, co uwielbiam szczególnie. Aż mi żal jak sobie pomyślę ile tegorocznych wypraw musiałam odwołać, przełożyć na "następny raz". 
Spacerowałyśmy wczoraj niedługo i nietrudno, ale było nam wspaniale, bo na takich wyprawach to można sobie popaplać o tym i o tamtym i pośpiewać pod nosem i pomilczeć...
Szlak zabłocony jesiennie, cisza gór, zmokłe liście, gołe badyle ginestre, kamienny graniastosłup Castellone, cyprysy, galestro, widok na Marradi i na Biforco...
Pogoda nie miała wpływu na nasze humory. Słońce było w nas i humor i radość i żalu trochę też, bo tydzień minął jak z bicza strzelił i nadszedł czas pakować walizki.  

Marradi Biforco

Dziękujemy O. i W. i U. za wspólny czas i mam nadzieję, że będzie następny raz i nie raz i nie dwa...  Było nam wspaniale! Wciąż czeka na nas anello 19! Szczęśliwej podróży!

trekking Toscana
valle del Lamone
Dolina Lamone

Słońce od dziś znów wraca do doliny, świat coraz bardziej rudzieje, dni coraz krótsze, a dom z kamienia znów na jakiś czas pustoszeje, ale niektórzy powoli, powolutku zaczynają już planować przyszły rok. Myślę, że czas kupić nowy kalendarz.

POWOLUTKU - PIAN PIANO (wym.pian piano) 

poniedziałek, 22 października 2018

Kasztanowa sagra - towarzysko!


To była przede wszystkim bardzo towarzyska niedziela. Od stołu do stołu, od jednego smaku do drugiego, od straganu do straganu... Tak oto Goście Kamiennego Domu przekonali się na własne oczy czym jest kasztanowa sagra i co to znaczy Marradi pękające w szwach. Pogoda przez trzy czwarte dnia dopisała, dopiero kiedy po południu dotelepaliśmy się do domu zerwał się wiatr i nad dolinę nadciągnęły deszczowe chmury. Przez chwilę wydawało się jakby miała rozkręcić się prawdziwa zawierucha, ale skończyło się na zwykłym deszczu. Niewiarygodny kataklizm przetoczył się natomiast nad Rzymem. 


Sagra jak zawsze brzmiała muzyką, pachniała caldarroste, smakowała słodkim winem, piwem, tortelli nadziewanymi kasztanami i kasztanowym ciastem. Dzieci jak zawsze uwijały się z tacami, a bruschettaio z pomocnikiem wydawali bruschetty. Niby wszystko jak zawsze, ale dla mnie wyjątkowo. 

Takie dobre są marroni z Marradi

Wyjątkowość minionej niedzieli polegała na obecności Gości, których to towarzystwo uprzyjemniło mój dzień. Dla jednych marradyjski czas dobiegł końca, dla drugich jeszcze przez chwilę trwa. Pożegnania są zawsze smutne, ale miło jest słyszeć, że przecież będzie kolejny raz... I tego się trzymajmy!
Okazuje się, że specjalnie na kasztany zawitał do Marradi ktoś jeszcze i takie zaskakujące spotkanie wśród tłumu było w tym wszystkim jak wisienka na torcie.


Przed nami jeszcze jedna kasztanowa niedziela i ostatnie dni października. Dni coraz krótsze, ale wciąż kolorowe. Pogoda powoli się zmienia, taka kolej rzeczy. Nawet tu w Toskanii lato nie trwa wiecznie. Szczerze mówiąc czekam z utęsknieniem na 1 listopada, bo to będzie pierwszy czas od końca wakacji, kiedy będziemy mogli złapać chwilę oddechu, a ja na moment zwolnić. Ostatnie miesiące były mocno intensywne i moja głowa zaczyna być bardzo zmęczona. Mam nadzieję, że dziś uda mi się ją przewietrzyć.
DOBREGO TYOGDNIA

SPOTKANIE to po włosku INCONTRO (wym. inkontro)


niedziela, 21 października 2018

"W krzaczki na maślaczki"


Żadne tam w krzaczki, tylko w góry, ale chwytliwy tytuł to połowa sukcesu - tak zawsze radzi Tomek. Co do maślaczków natomiast, to było tak…

Kiedy wydarzyło się to, co się wydarzyło z moją kostką, zaraz zaczęłam kalkulować czemu będę mogła sprostać, a czemu nie w kwestii moich planów na najbliższy czas. Odpadła wtedy rzecz jasna babska wyprawa zaplanowana zaraz na drugi dzień po zdarzeniu i następna, która miała być z A. i z Anką, odpadła też strastellata i wiele więcej. To, jak bardzo było mi żal, wiem chyba tylko ja sama. Pomyślałam sobie wtedy - dobrze, że przynajmniej O. przyjeżdża pod koniec października, to do tego czasu, cała ta historia będzie już tylko przykrym wspomnieniem. Jak wiadomo, tak się nie stało... Niemniej nie mogłabym sobie darować, gdybyśmy choć na jedną łagodną wyprawę się nie wybrały. Wprawdzie Anello 19 i „Martwą kobietę” zostawiamy na następny raz, ale pewnie nim O. spakuje walizki pokusimy się o jeszcze jedną „camminatę", jeszcze raz założymy górskie trepki. To silniejsze ode mnie… Wędrować z O. to przyjemność, której nie umiem sobie odmówić, a po wczorajszych 8 kilometrach moja noga ma się całkiem dobrze.


Ruszyliśmy z Piani di Sotto trasą, którą szłam kiedyś z Pawiem i chłopcami, z Mario i z Ellen. Dzień był przepiękny, ciepły i kolorowy, dokładnie taki jaki powinien być toskański październik. Na trasę, którą zazwyczaj pokonuje się w dwie godziny, my potrzebowaliśmy tym razem odrobinę więcej czasu, a powodem tego wcale nie była moja kostka... 


Mario nim wystartowaliśmy przykazał - "zerknij czy są maślaki”. Wzięłam na poważnie jego słowa i zaraz po pierwszych krokach wzdłuż szlaku wypatrzyłam kilka dorodnych grzybów.
- Patrzcie, są. Mario prosił, żeby zerknąć dalej w lesie, a są już tu. - Zaraz oczywiście wysłałam wiadomość, a O. tymczasem zabrała się za zbieranie maślaków. - Chcesz je wziąć ze sobą?
- A co? Mamy je zostawić? 


Wyciągnęłam z plecaka reklamówkę, w której zaraz wylądowała garść świeżych grzybów i niech mnie … za to wypatrywanie! To co działo się potem przeszło nasze oczekiwania. Im dalej „ las”, tym grzybów więcej. Maślakowy armagedon. Torba zaczęła się wypełniać w zastraszającym tempie. 


- Ej! A patrzy ktoś na krajobraz? - wszyscy zaczęliśmy jak maniacy wpatrywać się w ściółkę. Panorama też była piękna, a i owszem, więc co jakiś czas przystawaliśmy na zdjęcie, ale potem znów z nosem przy ziemi, a tych grzybów, że dosłownie kosą ścinać!


Dotarliśmy na naszą jeżynową łąkę. Rozsiedliśmy się na zasłużone piwo. Rozmawialiśmy o innych szlakach, o domostwach majaczących w oddali, a słońce coraz bardziej obniżało swój lot. 


Ruszyliśmy znów, bo czas naglił a do S. Adriano mieliśmy jeszcze dobre czterdzieści minut marszu. Po kilku krokach znów natknęliśmy się na maślakową kolonię i dalej próbować jaką wytrzymałość ma torba, która pod ciężarem grzybów zaczęła się już niebezpiecznie naciągać. By uniknąć katastrofy O. jako wzmocnienie zaraz zrobiła worek z własnej bluzy. 


- Trzeba wstąpić do Renzo - stwierdziłam, kiedy w oddali zamajaczyła wieżyczka białego domu - poprosimy o jakieś torby. 
Renzo oczywiście poza torbami, poczęstował nas też winem i tak wzmocnieni kontynuowaliśmy naszą wielką, maślakową wyprawę, która zakończyła się trzema wypchanymi torbami grzybów. Na oko przytargaliśmy ich jakieś dziesięć kilo, a ile zostawiliśmy po drodze, o tym już nie wspomnę! I to wszystko tylko wzdłuż szlaku, bez zagłębiania się w las. Przebieranie trwało prawie do północy… A rozmów przy tym… I włoska muzyka w tle… Cudnie nam było!

Martwa natura - dymiący grzyb i sucha krowia kupa. 
Le sorbe - z serii zapomniane toskańskie owoce jesieni
Osioł
koza
wesołe wędrowniczki z maślakami
kamiennym dom
 
MAŚLAKI to po włosku PINAROLI (wym. pinaroli)

Drukuj