piątek, 31 sierpnia 2018

Sierpień odchodzi krętą drogą



Wzniesienie, które odkryliśmy kilka miesięcy temu i które zimą wygląda dokładnie jak słynny "widoczek" z windowsa, teraz, u schyłku lata traci nieco na urodzie. Niestety z zielenią nic nie może się równać. W ostatnich dniach sierpnia zamiast soczyście zielonej trawy, wybebeszona, spalona słońcem ziemia... Tak czy inaczej widok, jaki się stąd roztacza, nie zmienił się i tak jak zimą czy wiosną tak i teraz można obracać głowę jak sowa i zachwycać się ciągnącymi się w nieskończoność Apeninami i rozległą równiną aż po Adriatyk. 
Droga łącząca Brisighellę i Modiglianę to jedna z moich ulubionych dróg. Administracyjnie to już Romagna, ale wiekowych cyprysów nie powstydziłoby się nawet Chianti. Do tego zbocza pokryte gęsto winnicami i gajami oliwnymi. Uczta dla oka! Gdyby ktoś nie wiedział, głowę dałby sobie uciąć, że to Toskania... 
Tyle tylko, że to nie słynna Chiantigiana, a wąska wstążeczka kostropatego asfaltu, która plącze się gdzieś poza zachłannym wzrokiem turysty. Przez kilka kilometrów nie spotykamy nikogo tylko owce na pastwisku. Punkt panoramiczny jest cały dla nas. Myślę sobie jak piękne muszą być tu wschody i zachody słońca... Jak pięknie musi być obserwować tu spadające gwiazdy albo jesienną mgłę Romanii, może kiedyś wybrałabym się tu o niepopularnej porze by złapać w kadrze niecodzienne widoki?


Takimi to obrazami żegnamy sierpień... Ostatni z letnich braci odchodzi krętą drogą Romanii w cieniu cyprysów, wśród zaoranych pól i winnic ciężkich od aksamitnego fioletu...
Pocieszam się, że wrzesień będzie miał dla nas trochę atrakcji i już zacieram ręce na myśl o kolejnych żywych obrazach w Modiglianie, poza tym będą następni Goście, będzie Florencja, będzie szkolny start, ale też przede mną kolejny bardzo pracowity miesiąc. Stresów na pewno nie zabraknie i już drżę na myśl o niektórych wydarzeniach. Mam nadzieję, że tak jak zawsze wszystko pójdzie gładko, mam nadzieję, że jeszcze raz przyczynię się do dobrych wspomnień innych ludzi...

ZAJMUJĄCY to po włosku IMPEGNATIVO (wym. impeniativo)


czwartek, 30 sierpnia 2018

Kiedy spadają migdały...


I tak oto doturlaliśmy się do końca sierpnia i ostatni letni Goście zasiedli przy stole u świętej Barbary. Menu takie jak zawsze, bo po co zmieniać doskonałość? Grillowane pomidory, cukinia, bakłażan, papryka, misa sałaty, surowa kiełbasa od naszego rzeźnika, która zdobyła nowych fanów, kurczak, boczek i żeberka i wino z bąbelkami i melon schłodzony i znów gadu gadu i znów śmiechy i żarty i łowienie ryb i jeszcze na dokładkę świeże na pieńku rozłupywane migdały... 
Te same migdały, które jeszcze "wczoraj" białym kwieciem zwiastowały wiosnę... 


Kiedy na warszawskim Grochowie haftowałam mój obrus w pawie pióra, nie przypuszczałam nawet, że za niedługi czas stanie się on tłem tych wszystkich ogrodowych nasiadówek. Biesiady w ogrodzie przy małym kamiennym domku stały się jednym z ulubionych wakacyjnych punktów naszych Gości. To takie beztroskie zanurzenie się w oazie spokoju nim znów wciągnie wir codzienności. 


Tak czy inaczej przed nami jeszcze malownicza, fotograficzna wyprawa i wspólna pizza i dopiero potem przyjdzie czas się pożegnać. Prawie trzy tygodnie śmignęły nie wiedzieć kiedy... Najpierw człowiek czeka i czeka i doczekać się nie może, "ile to jeszcze do lata??!!!" myśli sobie w zimowe wieczory, a potem szast prast i znów pakowanie walizek. 

Za chwilę przyjdzie też czas, by pożegnać sierpień i marradyjskie lato. Już w sobotę wystrzelą fajerwerki, zagra muzyka, marradyjczycy znów spotkają się przy stole, w niedzielę basen zostanie zamknięty, supermarket przejdzie na posezonowy rytm pracy, to samo już zrobiła restauracja, w której pracuje Mario i tylko patrzeć jak nad ulicami zawisną transparenty zapraszające na kasztanowe sagry. Do Domu z Kamienia natomiast już niedługo zawitają kolejni Goście. Goście jesienni, bo nawet jeśli w kalendarzu lato, to wrzesień nawet jeśli najcieplejszy niesie ze sobą jesień...


 PO SEZONIE to po włosku FUORI STAGIONE (wym. fuori stadżione)

środa, 29 sierpnia 2018

Letnie porządki


Szczerze mówiąc spodziewaliśmy się zobaczyć na pół pustą plażę... "Kto by tam jeszcze siedział nad morzem jak tu już wrzesień za pasem? Na pewno już luźniej niż ostatnio!" - powtarzaliśmy w drodze. Tymczasem ludzi było chyba tyle samo co w tygodniu ferragosto. Nasze "kryjówki" były zajęte, więc tak jak poprzednio ulokowaliśmy się w pełnym słońcu. To jednak nawet dla niewytrwałych było znośne, bo upał już niestety nie ten, co jeszcze dwa tygodnie temu. Niestety dla mnie, bo ze wszystkich osób jakie znam tylko ja dobrze się czuję w czterdziestu stopniach w cieniu. Teraz to już nawet nie upał tylko przyjemne, gorące, późno - sierpniowe ciepło. Woda oczyściła się z meduz, ale jej temperatura już nieco spadła, piasek nie palił stóp, tylko miło je ogrzewał... "Romaniolski" adriatycki brzeg, który już za chwilę będzie po sezonie, jeszcze tak bardzo "oblepiony" parasolami, jakby się ludzie kurczowo trzymali plaży, jakby całe lato przytrzymywali za rozwiane, spalone słońcem włosy, by zostało na dłużej...


- Już zaorane...
- Zaorane... Ostatnio zbierali cebulę, a teraz już wszystko zaorane... Czasu nie cofniesz. I lipom zbrązowiały listki...
- Tu wcześniej kwitną, to i wcześniej brązowieją.
- A to było tak niedawno...
Pole kukurydzy przy starym podere, z którego Mikołaj uskuteczniał szaber, tez pokryło się burymi bruzdami. Gdzie nie spojrzeć, tam lato robi porządki, zupełnie jak turysta, który porządkuje swój apartament nim zda klucze. Lato teraz też tu coś pakuje w skrzynki, tam zagrabia, lada moment zacznie zbierać winogrona i tak już do końca będzie się urabiać po łokcie, by pani jesień świat znalazła poukładany, kolorowy, by mogła świętować i świeże wino popijać. 


 UPORZĄDKOWAĆ - METTERE IN ORDINE (wym. mettere in ordine)

wtorek, 28 sierpnia 2018

Pięć lat - nostalgicznie


Aria po weekendowych kaprysach pogody zrobiła się jak kryształ. Już nie ma w powietrzu tej lekkiej dusznej mgiełki, ani jedna chmura nie zakłóca jaskrawego sierpniowego lazuru. Linie się wyostrzyły, barwy nasyciły. Ciepło dnia wróciło, ale noc już chłodna, już nie trzymam okien na przestrzał rozdziawionych, bo ranki budzą się rześkie. Sierpnia ubywa w zastraszającym tempie.  

Na wieczorne przyjęcie pod gołym niebem zakładam lekką puchówkę. Ta kurtka to niewątpliwie jedna z oznak "zitalianizowania się". Chyba każdy Włoch ma na stanie taką kurteczkę. Jak tylko pierwsze chłody dadzą się poczuć to czy sierpień nie sierpień puchóweczka na grzbiet. 
"Zitalianizowaliśmy się" też pewnie w wielu innych kwestiach... 

Oto nie wiem kiedy minęło pięć lat od czasu podjęcia naszej decyzji, pięć lat odkąd opublikowałam TEN post, poprzedzony poważnymi rozważaniami. Pięć lat od czasu zapisania chłopców do marradyjskiej szkoły podstawowej. Pamiętam wszystko jakby to było wczoraj. Uściski znajomych na wieść o naszym "niepowrocie" do Polski, górski chłód pierwszego szkolnego poranka, moje wrześniowe zachwyty nad marradyjskim światem zmieniającym jesiennie kolory. Pamiętam to podekscytowanie, wewnętrzne drżenie, wzruszenie... Zachowałam w pamięci tamte dni i tygodnie jako jedne z najmilszych wspomnień. 

Kolejne pięć lat rozpoczniemy wielkimi zmianami - przeprowadzka pod nowy dach i Tomka start w liceum. Mam nadzieję, że przed nami jeszcze wiele dobrego, że w ogóle to co najlepsze dopiero przed nami... Chciałabym byśmy mieli przed sobą jeszcze wiele szczęśliwych "pięciolatek".

Tymczasem ostatni sierpniowy wtorek mamy zamiar spędzić prawdziwie po letniemu i Wam również życzymy dobrego dnia. 

PIĘĆ to po włosku CINQUE (wym. czinkue)

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Zwycięzcy zapraszają do stołu!


Moc jest w nas! - chciałoby się powiedzieć. Nie dość, że drugi rok z rzędu wygraliśmy Graticolę to jeszcze złą pogodę przegoniliśmy na cztery wiatry. Zapowiadano na niedzielę prawdziwą zawieruchę, ale jak widać ta na wieść o feście w Biforco uwinęła się z deszczowym zamieszaniem w nocy i rankiem i już w niedzielny wieczór pozwoliła nam jak należy świętować nasze zwycięstwo w turnieju złotego rusztu. Było wprawdzie chłodno, po raz pierwszy od kilku miesięcy wyciągnęliśmy długie spodnie, ale przecież ciepło, tak jak i wspomniana wyżej moc, były w nas!

Wspaniały wieczór! Chyba się powtarzam… Wspaniali ludzie! Nie sposób powtórzeń uniknąć…
Tym razem zaangażowałam się nie tylko w zawody podczas całego turnieju, ale też w przygotowanie festy. I teraz już wiem, że siedzenie przy stole i zajadanie przysmaków jest wielką radością, ale stanie przy opiekanym chlebie i smarowanie go oliwą, porcjowanie ciasta, bycie razem na zapleczu jest radością nie do opisania. Ileż to żartów, ile śmiechu, ile rozmów przy okazji, jak niezwykłe poczucie przynależności do grupy.
Dlaczego nie chcemy wyprowadzać się z Biforco? No właśnie dlatego!!!  

- Musimy zmienić caporione (szefa dzielnicy) - zażartował ktoś przy nakładaniu pomidorów na bruschetty. - Weźmy takiego co nie wygrywa, to wtedy my się będziemy bawić na imprezach innych, a nie podawać do stołu! 
Śmiechom nie było końca. 

Goście dopisali. Dwa ogromne stosy talerzyków z bruschettami zniknęły, zniknęły też ciasta, których zdawało się wystarczy dla pułku wojska, polenty dwa ogromne gary i wielki gar sosu, litrów wina nie liczyłam.

Na koniec wieczoru, tak jak rok wcześniej, krótka projekcja zmontowana z moich zdjęć i nagranego w tajemnicy filmiku z występu tanecznego. Jeszcze raz poczuliśmy te emocje, odżyły wspomnienia, dzieciaki dostały drobne pamiątki, a dorośli wznieśli toast. Rok 2018 należy do nas i chyba czas pomyśleć już o przyszłej edycji, by mieć ciut więcej czasu na przygotowanie tanecznego występu ...  


 ZWYCIĘZCY to po włosku VINCITORI (wym. winczitori)

Drukuj