czwartek, 5 lipca 2018

Wspomnienia morza i nie tylko


- Miałam siedem lat, kiedy tata po raz pierwszy zabrał nas nad morze. Minęło tyle czasu, a ja wciąż doskonale pamiętam tamten moment, tamte emocje, tamten zachwyt. Morze... Coś co zdawało się nieskończone, coś czego wzrokiem nie można było ogarnąć. Zachwycało i jednocześnie budziło we mnie lęk... Wróciliśmy tam jeszcze dwa razy, rok po roku. I choć jestem już dorosła morze nawet teraz robi na mnie to samo wrażenie. Fascynuje i jednocześnie niepokoi.  

- Ja byłem tu na koloniach... I to co najbardziej pamiętam, to smak sera, jaki nam dawali. 
- A ja nigdy w życiu na koloniach nie byłam. Moje wakacje to była wieś. Taka prawdziwa wieś, jakich już nie ma...  
- Ale młócki pewnie nigdy nie widziałaś.
- Ależ oczywiście, że tak! Ja widziałam jeszcze jak zboże ścinano kosą. Jako letnicy biegliśmy czasem pomóc przy żniwach. Zakładaliśmy płaszcze ortalionowe i do roboty! 
- Zawsze na koniec była festa! 
- Ognisko i śpiewy...

Ileż podobieństw - myślę sobie - między światem z mojego dzieciństwa i tym z dzieciństwa Mario, a dzieliła nas przecież szerokoś geograficzna i z zupełnie innego jesteśmy pokolenia. 

- Najbardziej nie lubiłem, kiedy babka wysyłała mnie na popas świń. Nienawidziłem tego! Za zbieraniem porzeczek też nie przepadałem. Pozwalałem świniom uciekać nad rzekę, bo to było moje ulubione miejsce, a normalnie nie wolno mi było tam chodzić. 
- Dawniej życie dzieciaków na wsi było przechlapane. Miałam kuzynkę, której ciągle wymyślano coś do zrobienia. Przegonić krowy, zebrać jeżyny, porzeczki, obrać jabłka, opielić ogródek ... Wiecznie coś. Wolne było po zmroku, po skończonej pracy. Często chodziłam jej pomagać, w nadziei że moja pomoc szybciej uwolni ją od przykrych obowiązków, jednak ciotka była bezlitosna. Na każdą jedną skończoną robotę wymyślała dwie nowe. 


Gawędzimy o dawnych latach, wymieniamy się wspomnieniami z dzieciństwa, a w międzyczasie zerkam na chłopców na adriatyckiej plaży wciąż bawiących się jak dzieci... 
Ja raz do roku miałam Bałtyk pachnący smażoną flądrą, oni na wyciągnięcie ręki, kiedy chcą mają Adriatyk w porze obiadu pachnący fritto misto


Zostawiam stare opowieści i biegnę do nich. Wpadam z rozpędem do wody i razem mierzymy się z falami. Piękny, spokojny dzień i piękne morze i nawet Michał Anioł tu był ... Mogłabym taki dzień zabutelkować jak list i rzucić w morze, by odnaleźć go i przeżyć jeszcze raz, kiedy już chłopcy pójdą w wielki świat. 


 COŚ DO ZROBIENIA to po włosku QUALCOSA DA FARE (wym. kualkoza da fare)

2 komentarze:

  1. Tego pięknego, ciepłego morza i to tak blisko Pani zazdroszczę. Chociaż nie- zazdrość to negatywne słowo- bardziej żałuję, że nie mogę tak jak mieszkańcy Domu z kamienia jechać nad takie piękne morze kiedy zachcę ;). Mam nadzieję, że w tym roku, w odróżnieniu od poprzedniego nie posypie się na Panią fala krytyki za nietypowy dla Polski strój plażowy ;) (mi się taka swoboda podoba ;) ) - bo przecież to wszystko kwestia kraju i przyzwyczajeń, przecież nasze stroje kąpielowe przez mieszkańców niektórych krajów arabskich również zostaną uznane za niewłaściwe ale czy bierzemy to pod uwagę w naszym kraju? nie, bo po co skoro jesteśmy u siebie ;). Pozdrawiam, Karolina

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani Kasiu, takimi chwilami należy się cieszyć i ładować akumulatory na mroźne miesiące.. ja również kocham lato, słońce, popołudnia na tarasie, kwiaty w doniczkach.. zima mogłaby dla mnie nie istnieć.. pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń

Drukuj