poniedziałek, 2 lipca 2018

Florencki początek lipca pełen przeróżnych wrażeń


1 lipca 2018, godzina 16.00 stacja Santa Maria Novella, 16 peron, wyrwana kartka z tomkowego notesu.

- Widziałaś tę Azjatkę? 
- Widziałam i co?
- Stała przed drzwiami pociągu i czekała... - Mikołaj zawiesza głos, dając mi czas na dedukcje.
- No i?
- Pewnie tam u nich w tej Japonii to się drzwi same otwierają, ale tu jest Italia... Tu trzeba przycisk nacisnąć! - I zaraz zaśmiewa się ze swojego dowcipu, a ja razem z nim, bo sposób w jaki trajkocze rozbraja każdego - FRECZCZA rossa - podłapuje temat. Powtarza teatralnym szeptem za megafonem i znów się chichra. Dobrze mu wychodzi ten anglo-włoski. Słuchamy przez chwilę razem angielskich komunikatów i ubaw mamy przedni. Jednocześnie w szkicowniku Mikołaja pojawia się kościół z dzwonnicą, a ja zaraz próbuję dopasować rysunek do tego, co widzieliśmy w ciągu dnia. 
- Co to za kościół?
- Nie wiem. Wymyśliłem go sobie! Ale to tu, o widzisz, to widziałem w San Lorenzo.
- Bravo! Bardzo ładne! 


Pomyliłam się, a raczej nie doinformowałam. Okazało się, że nie ma pociągu, którym planowaliśmy powrót. Czekaliśmy więc ponad dwie godziny na marmurowym schodku przy szesnastym peronie Santa Maria Novella. Nie mieliśmy już siły wracać do miasta. Mikołaj wprawdzie gotów był do trzeciej wizyty w "Tigerze", ale Tomek stanowczo protestował. Siedzieliśmy tak długo, ale nikt nie narzekał, nikt się nie denerwował i co ważniejsze nikt się nie nudził. Byliśmy tylko bardzo, bardzo zmęczeni.

- Bellissima giornata! - powtarza kolejny raz Mikołaj i ściska mnie z całej siły. - Bellissima!!!  Widziałem Dawida!!!! I jadłem schiacciata tonno cipolla, była taka dobra! I kupiłem wam coś! I zwierzaczki widziałem! I robaki! I lody były!

To, że giornata była bellissima Mikołaj powtarzał jeszcze w pociągu, przy kolacji i kiedy kładł się wieczorem spać.


W drodze na stację wstąpiliśmy do wspomnianego Tigera pooglądać głupoty. Mikołaj ściskał w ręku swój dziecięcy portfel z oszczędnościami, to znaczy z sumą wydzieloną na roztrwonienie i nie posiadał się z radości, że coś może nam kupić. I tak stałam się posiadaczką lnianej torby zakupowej w kolorze soczystego różu i piórnika - etui również w tym samym, zadziornym kolorze. 


O części kulturalnej napiszę już innym razem. Dziś natomiast tylko kilka swojskich ujęć - przy wodopoju, bez którego wczoraj we Florencji człowiek wysechłby na proszek, przy kanapkach, o których poematy można pisać i z lodami najlepszymi jakie jadłam we Florencji (już na samym końcu piazza Pitti, przy zwężeniu, przy rozstaju - gelateria Pitti, ceny jak w Marradi, własna produkcja, odlot!).  


Nie udało nam się zobaczyć wszystkiego co zaplanowaliśmy, ale za to zobaczyliśmy to, na co nawet nie liczyliśmy. Ja znów dowiedziałam się od chłopców tyle nowego i tu znów powinnam dygnąć w kierunku szkoły, bo oni tego wszystkiego właśnie tam się nauczyli. Ja nauczyłam ich lubić muzea i dumna jestem, kiedy widzę ile takie zwiedzanie daje im przyjemności. Szkoła natomiast nauczyła ich odróżniać epoki, style, czasem rozpoznawać nazwiska, nauczyła detali, anegdot, historii... Słuchałam Tomka w dziale instrumentów i wybałuszałam oczy. Poprosiłam, żeby pomógł mi napisać o tym artykuł, bo gdzie tu moja wiedza do jego...
Od niego też nauczyłam się czegoś jeszcze...  


Na początku peronu szesnaście na głównej stacji Florencji Santa Maria Novella jest wielki gwóźdź wbity pomiędzy kamienne bloki. Przechodziłam obok niego dziesiątki razy i w ogóle nie zwróciłam uwagi, w ogóle nie zanotowałam w tej mojej biednej głowie, że to gwóźdź i coś znaczy. Otóż jest to symbol upamiętniający śmierć około trzystu Toskańczyków żydowskiego pochodzenia, głównie florentyńczyków i sieneńczyków, którzy w listopadzie 1943 roku właśnie z tego peronu byli wywożeni do Auschwitz. Z 300 przeżyło zaledwie 15.
Taką historię opowiedział mi Tomek na początku naszego florenckiego dnia. Potem było jeszcze kilka innych. 


I na koniec jeszcze dwa słowa o pewnym spotkaniu. 
W przeszłości zdarzyło mi się chyba tylko raz, by ktoś zaczepił nas na ulicy i zapytał czy my to my. Wczoraj podobna sytuacja zdarzyła się w centrum toskańskiej stolicy i było to niezwykłe przeżycie. W takich momentach dociera do mnie, że te moje spisywane codzienne opowieści  nie przepadają gdzieś bez echa, że mają wiernych odbiorców, że nie piszę w próżnię, tylko do szerokiej publiczności, która gdzieś tam rozsiana po świecie czyta moje słowa do porannej kawy... To naprawdę wzruszające i spotkanie takie jak wczoraj dodaje skrzydeł. Dziękujemy Pani A. i może jeszcze kiedyś: do zobaczenia!


Mikołaj miał rację, to była naprawdę BELLISSIMA GIORNATA! Po polsku to znaczy PRZEPIĘKNY DZIEŃ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj