piątek, 20 lipca 2018

Kiedy grają cykady


Dzień za dniem spokojne, upalne, lipcowe upojenie. Lody, rzeka, basen, smakowitości w Kuchni Kamiennego Domu, książka na tarasie albo na brzegu Lamone, kieliszek chłodnego spumante, arbuz, melon, brzoskwinie. Dzień za dniem, za rękę, wolnym krokiem, a w uszach muzyka najpiękniejsza. Oto ścieżka dźwiękowa marradyjskiego lata. Granie cykad sprawia, że wypełnia człowieka błogi spokój. Czy to w domu, czy na basenie, czy w drodze po zakupy. Przy ich akompaniamencie wszystko wydaje się piękniejsze, słodsze, milsze... Nawet jeśli nie jestem na wakacjach, to jednak w takich okolicznościach przyrody trochę tak jakbym była. 


- Mamusiu popatrz na mnie i zobaczysz, że się zaśmiejesz! - Mikołaj robi pokerową minę, a raczej stara się mieć pokerową minę, ale pajac wychodzi z niego nawet wtedy, kiedy próbuje być poważny.
Podejmuję wyzwanie, podobnie jak on przybieram pokerową minę na kilka sekund, ale tak jak przewidział mały czort chwilę potem wybucham śmiechem. 
- Wariat z ciebie.
- A teraz zobacz: Tomek się roześmieje, choć nawet nie będzie na mnie patrzył. Tomek wciska mi głowę pod ramię i czuję jak bezskutecznie próbuje stłumić śmiech, zaraz wyrywa mu się z ust szczera głośna radość. 
Tak to już jest z Mikołajem.
***


- Pusia, a jakie według ciebie są zawody przyszłości? - pyta Tomek, kiedy siedzimy nad basenem. 
Rozmawiamy o przyszłości, o pracy, o wolności, o ambicjach i o marzeniach. Dyskutujemy nad tym jak tu się w życiu urządzić, żeby żyć w zgodzie z samym sobą.
- Ja nie mógłbym siedzieć po kilka godzin w biurze.
- To też i nie moja bajka.
- A dlaczego tyle osób zajmuje się finansami, ekonomią?
- Chyba dlatego, że jakbyś na świat nie popatrzył, wszystko kręci się wokół pieniądza. 
- Ja chciałbym być astrofizykiem. Myślisz, że po liceum językowym dostanę się na uniwersytet? 
- Wszystko zależy od ciebie. To dopiero za pięć lat, więc znając ciebie zmieni ci się wizja przynajmniej kilka razy. 
- Już nie zmieniam planów tak jak kiedyś. Astrofizykiem chcę być już od pięciu miesięcy.
***


- Pojechałbym znów do Florencji - mówi Mikołaj.
- Super. Pojedziemy. A coś konkretnego tym razem chciałbyś zobaczyć? Tobie pewnie o Tigera chodzi.
- Nie! - oburza się na serio. - Nawet o nim zapomniałem. Tak po prostu chciałem z wami pochodzić, powłóczyć się po Florencji. 
Robi mi się miło. Cieszę się, że chłopcy lubią to nasze szwendanie się i powolne smakowanie, odkrywanie.
- Panino z tuńczykiem i cebulą tam, gdzie zawsze? 
- Oooo tak!!!
- Świetnie, a zatem pojedziemy, bo chcę wam pokazać coś nowego. Mam już nawet plan. Przypomniałam sobie o tym wczoraj, kiedy zobaczyłam pewien artykuł. 
***


Wieczorem po 21.00 znów siedzimy na placyku przed salą sportową. Dzieciaki ćwiczą rzut frisbee, narty na trawie, bieg przez przeszkody, a my dorośli debatujemy nad występem artystycznym. Przed 23.00 mamy już pomysł, dokładny scenariusz, pół obsady i muzykę. Teraz to trzeba tylko wypróbować, a potem ćwiczyć i ćwiczyć, bo czasu już mało. 
Cykady już poszły spać.
Siedzę po turecku na rozgrzanym jeszcze lipcowym słońcem krawężniku i nadziwić się znów nie mogę. Dorośli ludzie, każdy ze swoimi zajęciami, pracą, obowiązkami, problemami, a jednak chce im się... 
Chce im się pomyśleć, zaangażować, poświęcić swój wolny czas, a wszystko po to, by czterdziestoletnia tradycja żyła dalej, by miasteczko miało swoją letnią atrakcję... Zwykle podziwiałam te występy jako widz. Teraz jestem za kulisami i jeszcze szerzej otwieram oczy ze zdumienia.    

ZDZIWIENIE to po włosku STUPORE (wym. stupore)

czwartek, 19 lipca 2018

Przed turniejem


Już za kilka dni do boju o złoty ruszt staną wszystkie rioni Marradi. Tymczasem każdy z nich stroi się w swoje barwy. Most w Biforco zrobił się czerwono niebieski. Flagi wiszą też na naszym ogrodzeniu, a okrągły znak przytwierdzono tuż pod napisem Lamone. 
Konkurencje są rozpisane - większość powtarza się każdego roku, niektóre natomiast odpadły i na ich miejsce pojawią się nowe. Regulamin przestudiowany, przedyskutowany, za i przeciw głośno wyrażone. Zmagania wystartują wieczorem tego samego dnia, kiedy mój licznik przeskoczy na 41. 


Rywalizacja rozpocznie się w S. Adriano sportowymi konkurencjami dzieci. Zmagania będą w sumie trwać przez cztery wieczory. Będzie kolorowy marsz, będzie taneczno - teatralny wieczór, a finał na placu z giochi dla młodszych i starszych rozegra się w dzień świętego Lorenzo, który jest patronem Marradi. Nie będzie w tym roku wyścigu lajków na fb i instagramie, zbyt łatwo w takiej konkurencji o nieczyste zagrania, co pokazał miniony rok. Tak czy inaczej Wasze kciuki i doping dla nas mile widziane.  


Próby odbywają się kilka razy w tygodniu. Chłopcy trenują, ja fotografuję. 
Po pięciu latach tutaj jesteśmy "biforchesi" duszą i ciałem. Ten temat powraca za każdym razem, kiedy rozmawiamy o zmianie domu. Chłopcy pytają wtedy - ale jeśli już będziemy musieli zmienić rione, to w Graticoli możemy być z Biforco? 
Związani jesteśmy z tym miejscem, bardziej niż można sobie wyobrazić. Tak naprawdę to nie tylko pięć lat, ale i cztery lata na początku całej historii, bo przecież Pianorosso to też Biforco... Tak widać było nam pisane.


Powodzenia wszystkim rioni! Forza Biforco! I niech wygra najlepszy!

GRY I ZABAWY to po włosku GIOCHI (wym. dżioki)

środa, 18 lipca 2018

Leniwe smakowanie lata, a rozpacz jeszcze uśpiona


Leniwy spacer do Marradi to teraz jeden z najmilszych punktów dnia. Przedwczorajsza burza zabrudziła nam rzekę więc kąpiele pod domem odpadają dopóki woda znów nie zrobi się krystaliczna. Musiała w okolicach Campigno zejść jakaś lawina błotna, bo czegoś takiego to już dawno nie widziałam. Lamone też nie jest teraz przejrzyste, ale pod barem, gdzie schodzą się dwie rzeki widać wyraźnie, że to mniejsza takie błoto ze sobą przyniosła. W każdym razie z kąpieli - przynajmniej tu - nici. 


Idziemy powoli, powolutku, jakbyśmy chcieli czas wydłużyć, rozciągnąć, a ja to w ogóle najchętniej bym go zatrzymała. Nie dopuszczam jeszcze do siebie faktu, że lipca zdecydowanie ubyło, że zbliżamy się do połowy wakacji, nie skupiam się na tym czego nie ma, tylko na tym co jest. Wyjątkowo w tym roku jeszcze nie rozpaczam, bo chyba zbyt skupiona jestem na naszym wspólnym byciu razem. Dawno nie mieliśmy tyle czasu dla siebie, kontemplujemy go zatem, cieszymy się nim jak umiemy najlepiej. 
Choć oczywiście na pewno wcześniej czy później zacznę moje coroczne lamentele. Obudzę się pewnego dnia i zapłaczę, za lipcem zabranym... 

Po obowiązkowych lodach zatrzymujemy się w parku na przestudiowanie kulinarnej gazetki i poszukiwanie ciekawych przepisów.  
- O! a może zrobię "cremolatę" z figami i ricottą.
- Nie lubię fig.
- No to może granitę z pistacjami? Popatrzcie, ładnie wyglada.
- Nie przepadam za pistacjami. 
- Wybredni jesteście!
- Zrób granitę z arbuza! 
- Limonka i mięta też ciekawa.
Studiujemy razem letnie przepisy. Ja i moich dwóch smakoszy i pierwszych krytyków kulinarnych Kuchni w Kamiennym Domu. W parku poza nami zaledwie dwie osoby. Plac zabaw pusty. Dzieci pewnie na basenie w taki upał albo gdzieś na wakacjach. Tak niedawno giardino był w czasie spacerów ulubionym przystankiem chłopców i nawet nie zorientowałam się, kiedy stracili zainteresowanie linowym mostkiem i zjeżdżalnią. Wprawdzie Mikołaj jak to Mikołaj sadowi się z trudem na huśtawce, ale już bardziej dla hecy, bo nawet nogami w powietrzu teraz ciężko pomachać. Kiedy to było, jak razem walca tu tańczyliśmy? Przecież to nie mogło być bardzo dawno!


- Ponieś teraz ty aparat - proszę Mikołaja.
- Nie, bo będę wyglądał jak turysta.
- Wszyscy wiedzą, że nie jesteś tu turystą. Poza tym Tomek nie może nieść wszystkiego. 
Mikołaj przewraca oczami, ale bierze posłusznie Nikona, a my zaraz pozujemy mu do zdjęcia.  
- Mamusiu zrób aniołka! 
- Chyba jaskółkę? 
Żadna ze mnie jaskółka, tym bardziej aniołek, ale robić z siebie wariata, by uszy wypełnił ich śmiech ... czemu nie? Ktoś przechodzi obok i patrzy na nas z uśmiechem. Udziela się nasz dobry humor. Dobrego dnia!

HUŚTAWKA to po włosku ALTALENA (wym. altalena)

wtorek, 17 lipca 2018

O Romanii spontanicznie kilka słów


Oczywiście nic nie może równać się z kamiennym, toskańskim domem, ale trzeba przyznać, że poderi Romanii też są piękne. Wiele z nich stoi teraz samotnie w polu, porzucone, obrośnięte bluszczem, z dachem zapadłym. A gdyby ktoś dał im drugie życie... 
Tylko nieliczne miały albo mają to szczęście. Większością nikt się już nie interesuje. Nawet na fejsbuku pełnym różnych grup dla włoskich pasjonatów zdjęć romagnolskich posiadłości i w ogóle tutejszych widoków nie znajdziemy. Ktoś powie - bo co tam niby fotografować? Płasko do bólu, pola kukurydzy, sady brzoskwiniowe, senne miasteczka niewyróżniające się niczym szczególnym i nic więcej. I pewnie będzie w tym nawet sporo racji. Może moje spojrzenie jest inne, bo jest mi dane znać Romanię od innej strony. Znam ją nie tylko z naszych wojaży, ale też z opowieści o ludziach, o chłopskim życiu sprzed dziesięcioleci, które wypełniało opuszczone dziś mury, rozpoznaję ten dialekt, znam doskonale tutejsze zwyczaje, tradycję, mentalność, humor. Skromna bez nadęcia, pomijana... Romania mia... Nawet jeśli administracyjnie i sercem Toskania, to czy tego chcę czy nie, moje stopy rozchodzą się na dwa regiony.

Zatrzymaliśmy się przy jednym z tych opuszczonych domostw, bo Mikołajowi zamarzyła się kolba kukurydzy. Tak, to był klasyczny szaber. Przed domem rósł stary figowiec, a w jego cieniu chowała się być może równie stara studnia. Okolice Ravenny bogate są w takie perełki. Nie mogłabym wprawdzie żyć na nizinie, bo do pełni szczęścia potrzebuję mieć wokół siebie krajobraz pofalowany, ale chętnie bym kiedyś te posiadłości sfotografowała i poznała ich historie.

Jest jeszcze jeden urok Romanii, bardziej oczywisty - morze. 
Adriatyk nawet w połowie nie jest tak piękny, jak pozostałe morza, które oblewają Italię, ale i tu potrafi być uroczo. Od 15 lipca znów otworzono odcinek plaży, który jest częścią ścisłego rezerwatu. Zdjęć nie mam praktycznie żadnych, bo kolejny raz inteligentnie zostawiłam baterię w ładowarce - tylko na dwie kreski, więc podładuję odrobinę, taaa... 
W efekcie plecak ze sprzętem fotograficznym taszczyliśmy na marne. Szkoda. Domu ze starym figowcem też przez to nie sfotografowałam jak należy. 
Tym razem na plaży zamiast ciekawych okazów muszelek, trafiliśmy na inny okaz. Może wyrzuciło coś czego akurat na tym odcinku wybrzeża kompletnie bym się nie spodziewała. Całkiem duży żółw. Martwy niestety. Na moje oko miał jakieś 40 cm długości. 
I tak znów nauczyłam się czegoś nowego. Otóż północny Adriatyk od Rimini, okolice Ravenny i wyżej to raj dla żółwi. Przypływają tu bo morze jest płytkie i bogate w skorupiaki. Zobaczyć tutaj taaaakiego żółwia wcale nie jest więc niczym nadzwyczajnym. Jak wypowiedział się jeden z mieszkańców Romanii dla prasy: Tutaj dobrze można zjeść! Jesteśmy romagnoli
Romania to też wspaniała kuchnia!

      
MIESZKANIEC ROMANII to po włosku ROMAGNOLO (wym. romaniolo)

poniedziałek, 16 lipca 2018

Lato motyli


Lipiec... 
Lipiec jak każdego roku chłodzi nogi w rzece, maluje pola złotymi belami słomy, uśmiecha się słonecznikami, pachnie lawendą, rumieni bignonią oplatającą słupy i ogrodzenia, smakuje arbuzem, melonem, brzoskwiniami, mami słuch cykaniem cykad, graniem świerszczy, a czasem straszy burzą po upalnym, parnym dniu... 
A lipiec 2018 to już w ogóle fenomen! 


Nad polami, nad łąkami unoszą się całe roje motyli ... W życiu jak świat światem nikt tutaj nic podobnego nie widział. Nie pięć, nie dziesięć, nie sto, a właśnie całe chmary. Nawet na fb ktoś pisał ostatnio - "widzieliście w tym roku motyle? Co za cudo!"
Nie mogłam uchwycić tego na zdjęciu, w pełnym słońcu promienie odbijały się od ich białych, mieniących się skrzydełek. Trzeba sobie wyobrazić, że powyżej każda plamka, każdy nawet najmniejszy biały punkcik to motyl. Mam nadzieję, że przynajmniej nagranie do letniego filmiku wyszło dobrze.
Zdecydowanie to lato można nazwać latem motyli.

typowa toskańska posiadłość
Bignonia
rośliny pnące południe Europy

W sobotę i w niedzielę schodzimy nad rzekę. W niedzielę to już w ogóle rozpusta, bo znosimy sobie nawet poduszki, żeby nam wygodniej było na kamienistym brzegu i torbę schłodzonych brzoskwiń, żeby wypełnić buzię lipcową słodyczą. Moczymy nogi w rzece, czytamy, gramy, a chłopcy spacerują rzecznym korytem na "Wyspę Jacksona". Jest tak dobrze. Pewnie prawdziwych wakacji i w tym roku mieć nie będziemy, ale na szczęście umiemy cieszyć się drobiazgami. To na teraz musi wystarczyć.  

MUSI WYSTARCZYĆ to po włosku DEVE BASTARE (wym. dewe bastare)

fiume Lamone a Biforco

niedziela, 15 lipca 2018

Tacy sami - zdjęcie rok po roku


I w tym roku tradycji stało się zadość. Kolejny rok to samo miejsce, ta sama obsada, to samo ujęcie. Ten pomysł przyszedł mi do głowy dopiero w 2015 roku. Wtedy jeszcze nie przyłożyliśmy się do wykonania jak należy, bo pomysł narodził się spontanicznie podczas letniego spaceru. Garderoba na zdjęciu 2015 nie zgadza się więc z oryginałem. Mowa oczywiście o mojej garderobie, w przypadku Mikołaja trudno tego oczekiwać. W następnym roku detale były już bardziej dopracowane, a w kolejnym jak i w tym ... ta sama spódnica, ta sama koszulka - wciąż w dobrym stanie, brawa dla Esprita. 

2018 i 2007

Nie wiem dlaczego wybrałam akurat to zdjęcie spośród tysiąca innych zrobionych w czasie naszych pierwszych marradyjskich wakacji. Może dlatego, że szczególnie zapadło w pamięć... Śliczny, kędzierzawy Mikołaś nie dający nawet chwilę posiedzieć w barze. Bar należał wtedy do kogoś innego i to tam, jak już kiedyś opowiadałam, jedliśmy pierwsze marradyjskie lody. I też właśnie w tym barze, którego stoliki latem ustawione są na placu Mikołaj bawił się w najlepsze, dreptał na swoich krzywych nóżkach między gośćmi popijającymi kawę i sączącymi aperitivo. Już wtedy wzbudzał powszechną sympatię.

2017
2015 i 2016

Na oryginalnym zdjęciu rączkami sięga ledwie połowy barierki. Jest to wejście do gminy,  dokładnie tuż obok baru. Na zdjęciu obecnym po raz pierwszy widać, że mały bobas przerósł nie tylko barierkę, ale i mnie... 11 lat. 

2018


- Chciałbym być jeszcze raz tamtym bobasem - mówi z nostalgią Mikołaj.
- Ja z jednej strony też, ale z drugiej zdecydowanie bardziej podoba mi się być mamą dużych dzieci. Szkoda tylko, że ten czas tak szybko mija. 

Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, ledwo piątek zaraz znów poniedziałek, dopiero co zaczyna się wiosna, a tu zaraz pełnia lata, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem... A życie tylko jedno...

Mam nadzieję, że przed nami dużo jeszcze podobnych ujęć... Mam nadzieję, że na jednym z nich będę starszą panią, a on mężczyzną w kwiecie wieku. 

DOPIERO CO to po włosku APPENA (wym. appena)

sobota, 14 lipca 2018

Przyjaźń, która ma się dobrze


Kolejny wieczór przed salą gimnastyczną w Biforco zaczynają się próby do turnieju złotego rusztu. 
- Chłopcy powinni być na boisku - mówię do S. i łapię za klamkę furtki. 
Furtka zamknięta, ale zaraz zjawia się znajomy z kluczami i pozwala nam wejść na teren sportowy.
- A ragazzi to jak przeszli? - pytam L.
- No wiesz... - mężczyzna uśmiecha się i ręką symuluje skok przez płot. 
Po kilku krokach widzimy na murawie naszą czwórkę. Najmłodszy po moim pytaniu - Jak wy się tu dostaliście? - zaraz ze szczerością, na jaką stać tylko dziecko wszystko wyjaśnia:
- Oni górą, a ja dziurą!
Nikt za to nie gani, nikt nie krzyczy. Chłopcy przyszli pograć w piłkę i wystarczy. Było zamknięte, więc znaleźli sposób. Uśmiechamy się tylko do całego zajścia, bo czy w dzisiejszych czasach są jeszcze dzieciaki, które skaczą przez płot, żeby pokopać piłkę?? Na pewno tak, ale myślę, że mimo wszystko to już zdecydowana mniejszość. 
Patrzymy na ich grę spacerując torem dla biegaczy dookoła boiska. Lata mijają, chłopcy widzą się rzadko, ale kiedy już się spotykają wciąż jest między nimi ta chemia, która była pomiędzy drugim, a trzecim piętrem grochowskiego bloku.


- Wasze rzeki takie ładne - mówi S. 
- Ładne, ładne - nie mogę zaprzeczyć. 
Nasze rzeki rzeczywiście takie ładne... Cieszą młodych i starych. Ciche szemranie wypełnia doliny, słońce odbija się w czystych wodach, tajemnicze zakola, bajkowe kaskady...


Czas w gronie starych Przyjaciół dobiegł końca. Czas nie długi, ale jak zawsze ciepły i radosny. Czas przegadany, czas spokojny. Czas przy stole, czas nad rzeką. Dobry czas. 
Wracajcie szczęśliwie do domu z dobrymi wspomnieniami, a my będziemy czekać na kolejny raz.

MNIEJSZOŚĆ to po włosku MINORANZA (wym. minoranca)

piątek, 13 lipca 2018

Ckliwie



- Już prawie połowa lipca, a my nawet jednego ujęcia do letniego filmiku nie zrobiliśmy!
- Ciągle czasu brak.
- A tu zboże już prawie wszędzie skoszone...
- Gdzieś wyżej trzeba jechać. Bele i kostki też trzeba uwiecznić.
- Ale nie na płaskim, tylko tak, żeby jakieś pofalowanie, pagórki, widok... A poza tym co? Słoneczniki! To na pewno. 
- I lawendę z rojem motyli!

Umawiamy się na piątek na pierwszą rundkę po okolicy. Znów będziemy jak pseudo filmowcy uzbrojeni w kieszonkową kamerę. Moje pomidory też w sumie nie byle jakie i takie właśnie... letnie.



W czwartkowy wieczór znów gotuję dla moich Gości. W menu risotto z kiełbaską, z młodymi ziemniaczkami i świeżą cukinią, poza tym jajka smażone na truflach i świeża sałata. Połowa dobroci, a nawet więcej to dary lasu i ogródka. Nie jakieś tam sklepowe pseudo bio, tylko prawdziwe eko! Kiedy mieszam risotto powtarzam w myślach samej sobie, żeby zdjęcie zrobić koniecznie przy stole, bo to już nasza przedostatnia wspólna kolacja w tym sezonie. I co? I przypomina mi się o tych zdjęciach dopiero kiedy S. zmywa po wszystkim naczynia. Szlag! Trzeba uwierzyć mi na słowo. Dzieci chwalą, starsi chwalą, tak nam dobrze, miło, swojsko. 
Tak bardzo lubię rozpieszczać Gości przy stole, a takich Gości co zajadają z apetytem... to już w ogóle sama słodycz. 

- Nie jedz tak szybko! - prosi S. 
- Wujek je tak szybko, żeby się najeść zanim mózg wyda żołądkowi komunikat, że ten jest już pełen -  tłumaczy naukowo Tomek. 
Jak by nie było dla mnie to radość, komplement, zaszczyt, bo w sumie... co ja tam wiem o gotowaniu! 



Ledwo przyjechali, a tu zaraz czas "robić walizki", jak to się mawia po włosku. I co ja mam teraz napisać? Że czas za szybko gna? Że to co miłe, szybko się kończy? 
Dopiero co czekałam z utęsknieniem na moment rozpoczęcia ogródkowych prac, a tu już pomidory, cukinie, ogórki. Dopiero co grzałam się przy kominku i zimę stulecia wyklinałam, a teraz tak ciepło, parno, słońce palące. Dopiero co stresowałam się ślubem, telewizją, Tomka egzaminami, a tu już licealista, ślub nowy w przygotowaniu, a telewizja jest jakąś odległą przeszłością. Dopiero co paliliśmy Befanę, czekaliśmy na ogień dla marca, a nim się człowiek obejrzy spłonie strega na stosie nad rzeką Lamone. Goście pojadą, Goście przyjadą. Ckliwie mi dziś i nostalgicznie. Lipca żal, czasu mijającego szkoda, żyjmy dziś, bo jutro kto to wie...
PAKOWAĆ SIĘ to po włosku FARE LE VALIGIE ( wym. fare le walidżie)
  

czwartek, 12 lipca 2018

Kulinarne upojenie


Czy można iść na kolację trzy kilometry, zjeść, a potem w drodze powrotnej przez trzy kilometry nad tym jedzeniem się rozwodzić? Można, jeśli tym miejscem było na przykład Castagno Vecchio. 
Dawno temu bywaliśmy tu często, teraz wysyłam na kolację Gości, jeśli chcą zjeść coś naprawdę dobrego. Castagno to pewniak, wszystko w karcie jest godne poematu. Menu jest krótkie, ale i tak człowiek ma dylemat. Na przykład ta polędwica na truflowym sosie z grzybami - kulinarny syndrom Stendhala niemal gwarantowany. Bistecca czy baranina też podobnie. Przy cappelletti tartufati ja i ci, którzy próbowali zaczynamy odrywać się od ziemi. Ze słodkości zabaione, sorbett kawowy i zuppa inglese. Oczywiście pizza Mario jest bezkonkurencyjna, to właśnie tu nasz przyjaciel wykazuje się jako pizzaioloNa koniec, gdyby komuś było mało i smak kawy chciał zgasić czymś miłym - likier bananowy lub limoncello.  

Oczywiste więc, że naturalną konsekwencją takiej kolacji jest właśnie trajkotanie przez całą powrotną drogę o tym, co było na talerzach, że takie dobre, squisito, zwyczajnie obłęd... jeden przez drugiego, i starzy i młodzi i zaraz planuje się powrót, bo jeszcze i to i tamto do spróbowania.
Wiedziałam... - myślę sobie w duchu - a to jeszcze nie wszystko, co kulinarnie oferuje Marradi.


Dzieciaki tym razem miały podwójną atrakcję. Nie tylko dobre jedzenie, ale też małe kociaki do zabawy. Uprzedzam pytania - u mnie nic się nie zmieniło, to nie ja naciskałam spust migawki. Autorem zdjęć jest Mikołaj, a że ładnie wyszły i generalnie kociaki wszystkim się bardzo podobały, pokazuję je szerszej publiczności. 


Wieczór zakończył się znów próbami przed Graticola d'Oro, a dla niektórych też nasiadówką w barze i kibicowaniem Chorwacji. 
Wieczór ciepły, letni, lipcowy... 

WYŚMIENITE to po włosku SQUISITO (wym. skłisito)

Drukuj