niedziela, 29 kwietnia 2018

Po drugiej stronie Arno - opowieść florencka w obrazkach - część druga.


Życzenie moich Gości odnośnie florenckiego spaceru było tylko jedno - niekoniecznie turystycznym szlakiem... Wyselekcjonowałam zatem to, co absolutnie trzeba zobaczyć, jednak niektóre atrakcje postanowiłam pokazać z pewnej odległości, by nie wpadać znów w turystyczny kocioł. 
Z Piazza Santa Croce skierowałyśmy się w stronę San Miniato al Monte. Przeszłyśmy przez jeden z moich ulubionych zakątków Oltrarno, przez San Niccolò, gdzie natychmiast otulił nas spokój i cisza...


Po drodze wstąpiłyśmy do pewnej jubilersko - zegarmistrzowskiej bottegi, którą już kiedyś bardziej szczegółowo na blogu pokazywałam. Przy dźwiękach bajkowych zegarów i akompaniamencie muzyki obejrzałyśmy gabloty z prawdziwymi cudami. 
Z zaczarowanego sklepu ruszyłyśmy w stronę starych murów, ale nim przeszłyśmy przez średniowieczną bramę, zaproponowałam jeszcze jeden przystanek. 


Na San Niccolò, tuż przy starej bramie znajduje się jedna z najlepszych lodziarni we Florencji. Prawdziwe lody, lodziarnia skromna bez tych wszystkich ozdobników mamiących turystów i przemiła obsługa. Skusiłam się na dwa smaki ciasto z jabłkami i crema di filo, czyli popisowy smak zakładu - vin santo i mascarpone!  
- I żadna z was nie wzięła gruszki - powiedziała z uśmiechem kobieta wydając ostatniego loda - wielka szkoda!
- Będzie na następny raz!


Wędrowałyśmy sobie spacerkiem w stronę Ogrodu Róż racząc się lodami, przystając co kilka kroków, bo im byłyśmy wyżej tym widok za plecami robił się piękniejszy.
Pierwsze róże już kwitną, glicine spływa fioletowymi girlandami, a w oczkach wodnych "noce i dnie" w miniaturze... 
Z tego krótkiego przystanku zapamiętałam też dwa inne drobiazgi. Malarkę w kapeluszu płuczącą pudełeczko z farbami przy kraniku i niezwykle uprzejmego "młodzieńca" - to starodawne określenie bardzo do niego pasowało -  który pomógł nam uzupełnić zapas wody. 
Człowiek zachwyca się uprzejmością u nastolatków jakby było to zjawisko na wyginięciu ...



Po nieprawdopodobnym tłumie centrum, piazzale przywitało nas całkiem przyjemnym spokojem. Ot grupki osób tak jak my zapatrzone w piękne miasto, wszyscy oparci o barierkę chłonący jeden z najpiękniejszych toskańskich widoków... 


Dotarłyśmy w końcu do San Miniato. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy już na schodach ujrzałyśmy grupkę panów w kostiumach, jakie też było moje rozczarowanie, kiedy kościół zastałyśmy zamknięty.  
Panów w kostiumach okazało się więcej i bębniarze i sbandieratori... Coś więc musiało być na rzeczy! Oto co znaczy wstrzelić się w "odpowiedni" moment. Dokładnie 27 kwietnia rozpoczynały się z wielką pompą obchody tysiąclecia kościoła... 1018 - 2018! 
Kościoła wewnątrz nie udało mi się pokazać. Przeszłyśmy więc kilka kroków po starym cmentarzu i ruszyłyśmy znów w dół miasta.  

Z San Miniato związana jest też postać Michała Anioła. O tym nigdy jeszcze na blogu nie pisałam, więc korzystam z okazji i już nadrabiam. W 1529 wojska Karola V oblężyły Florencję. Michał Anioł "opatulił" dzwonnicę San Miniato materacami wypełnionymi wełną.  Geniusz w każdym calu. Jednocześnie ustawiono na niej dwie armaty, bowiem San Miniato pełniło również funkcję fortecy. Doskonale widać stąd było nadejście wroga. Michelangelo, zanim jeszcze wróg się pojawił, zaangażował się w projekty inżynieryjne, które miały na celu wzmocnienie fortyfikacji miasta.


Przeszłyśmy przez Santo Spirito, popatrzyłyśmy na Ponte Vecchio z drugiej strony i stamtąd już prosto na stację, bo czas nagle zdecydowanie się uszczuplił. 

Na dworcu zamieszanie z pociągami! Do Faenzy odjazd za pięć minut, a peron się nie wyświetla. Czekamy i czekamy, coraz bardziej nerwowo, tłum się zagęszcza, aż nagle jakiś pociąg wtarabania się na szesnasty peron. O szesnastym nic monitor "partenze" nie mówi, ale pociąg poznaję - jak nic to nasz. Biegnę z tłumem i zaraz pytam konduktora: 
- Do Faenzy?
- Tak, do Biforco trzeba do pierwszego wagonu. 
Odbiera mi mowę. Czy ja mam na czole napisane Biforco? Uśmiecham się sama do siebie, macham do K i O i chwilę potem siedzimy wygodnie w pociągu, który mimo punktualnego odjazdu, do Biforco dotrze z dwudziestominutowym spóźnieniem. 
Za to wszystko jednak w Kamiennym Domu będzie czekała nagroda. Mario stanie na wysokości zadania. 
Taras, góra smażonych piadin, prosciutto, finocchiona, stracchino, pomidory, rukola i schłodzone białe wino frizzante ... A do tego w pakiecie szum rzeki, otulina zielonych wzgórz, spokój prowincji...


ODJAZDY to PARTENZE (wym. partence)

1 komentarz:

  1. Florencja jest jednak "nie do zdarcia".Chyba tylko Rzym moze jej dorownac. Podobaja mi sie bardzo, te czarno-biale fotki,troche przypominaja stare widokowki.
    Pozdrawiam
    Malgosia Neuss

    OdpowiedzUsuń

Drukuj