poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Na targu, w ogrodzie i łzawe pożegnanie

Glicynia, wisteria

Glicine w tym roku nie zakwitło tak jak powinno. Niestety mróz dał krzewom do wiwatu i musieliśmy się zadowolić pojedynczymi kiśćmi. Tak czy inaczej nawet one zachwycają, bo przecież nie każdy ma w ogródku glicynię w trzech kolorach. Na przekór wszystkiemu niemrawa do tej pory odmiana w kolorze fuksji po ciężkiej zimie postanowiła intensywnie zakwitnąć. 
Tak jest dobrze ... Dopiero teraz patrząc na tą całą żywą zieleń dookoła, wdychając nosem odurzające zapachy natury uświadamiam sobie jak bardzo brakowało mi wiosny. 

wisteria biała
Wisteria fioletowa

Hans i Christian rosną jak na drożdżach i już na jednej dłoni się nie mieszczą. Mamy z nimi prawdziwy ubaw, zwłaszcza kiedy zażywają kąpieli. Nurkują jak delfiny, mikro skrzydełkami trzepoczą, szyję wyciągają, krótkimi kaczymi nóżkami przebierają aż miło. Zdjęcia kaczych dzieciątek, choć zrobione w środę dedykuję K., która przed wyjazdem poprosiła: "pokaż kaczuszki od czasu do czasu..." 

małe kaczuszki

Nim nastało niedzielne południe K. i O. ruszyly ze swoimi legendarnymi walizkami w stronę stacji Biforco. Załzawione oczy miałyśmy wszystkie trzy... Ale to chyba dobrze. Czym byłoby życie bez wzruszeń!? Takie pożegnanie to dla mnie największa nagroda. Jeszcze raz bardzo dziękuję i mam nadzieję - do zobaczenia!



W ogródku kiwa się na nóżce ostatni tulipan. Ten skąd się napatoczył z tym swoim marmurkowym umaszczeniem? Kto wie jak to jest z tulipanami! 
Żeby wypełnić niedzielne popołudnie pomyślałam, że dobrze byłoby wybrać się do sklepu ogrodniczego. Brakuje jeszcze kwiatów, a poza tym najwyższa pora zacząć sadzić pomidory, ogórki, cukinie ...
Żeby jednak ta niedziela nie była tylko pracowita, postanowiliśmy zrobić krótki przystanek w Brisighelli, dla relaksu... 

targ lokalnych produktów Brisighella

Radość moja była wielka, kiedy okazało się, że ostatnia niedziela kwietnia była dniem targu lokalnych produktów. Kosze warzyw, stragany uginające się od wina, stosy serów, wędliny swojskie, oliwa, jajka, miody, konfitury, oj ... czego tam nie było! 

najładniejsze miasteczka Emilii Romanii

Na koniec dnia - to na co czekam zawsze całą zimę. Prace ogródkowe czas start. W tym roku i tak z ogromnym opóźnieniem. Ciepłe słońce kwietniowego przedwieczora umilało nam prace... Teraz do tego co zimę przetrwało, dołączyły: bazylia, tymianek cytrynowy, pomidory, w tym kilka nowych gatunków, ogórki i cukinia.


Dobrego dnia Wam życzę, z żalem żegnam kwiecień, a sama szykuję się do wyprawy w kolejnej bardzo ważnej sprawie... 

PRZYGOTOWYWAĆ SIĘ to po włosku PREPARARSI  (wym. prepararsi)

niedziela, 29 kwietnia 2018

Po drugiej stronie Arno - opowieść florencka w obrazkach - część druga.


Życzenie moich Gości odnośnie florenckiego spaceru było tylko jedno - niekoniecznie turystycznym szlakiem... Wyselekcjonowałam zatem to, co absolutnie trzeba zobaczyć, jednak niektóre atrakcje postanowiłam pokazać z pewnej odległości, by nie wpadać znów w turystyczny kocioł. 
Z Piazza Santa Croce skierowałyśmy się w stronę San Miniato al Monte. Przeszłyśmy przez jeden z moich ulubionych zakątków Oltrarno, przez San Niccolò, gdzie natychmiast otulił nas spokój i cisza...


Po drodze wstąpiłyśmy do pewnej jubilersko - zegarmistrzowskiej bottegi, którą już kiedyś bardziej szczegółowo na blogu pokazywałam. Przy dźwiękach bajkowych zegarów i akompaniamencie muzyki obejrzałyśmy gabloty z prawdziwymi cudami. 
Z zaczarowanego sklepu ruszyłyśmy w stronę starych murów, ale nim przeszłyśmy przez średniowieczną bramę, zaproponowałam jeszcze jeden przystanek. 


Na San Niccolò, tuż przy starej bramie znajduje się jedna z najlepszych lodziarni we Florencji. Prawdziwe lody, lodziarnia skromna bez tych wszystkich ozdobników mamiących turystów i przemiła obsługa. Skusiłam się na dwa smaki ciasto z jabłkami i crema di filo, czyli popisowy smak zakładu - vin santo i mascarpone!  
- I żadna z was nie wzięła gruszki - powiedziała z uśmiechem kobieta wydając ostatniego loda - wielka szkoda!
- Będzie na następny raz!


Wędrowałyśmy sobie spacerkiem w stronę Ogrodu Róż racząc się lodami, przystając co kilka kroków, bo im byłyśmy wyżej tym widok za plecami robił się piękniejszy.
Pierwsze róże już kwitną, glicine spływa fioletowymi girlandami, a w oczkach wodnych "noce i dnie" w miniaturze... 
Z tego krótkiego przystanku zapamiętałam też dwa inne drobiazgi. Malarkę w kapeluszu płuczącą pudełeczko z farbami przy kraniku i niezwykle uprzejmego "młodzieńca" - to starodawne określenie bardzo do niego pasowało -  który pomógł nam uzupełnić zapas wody. 
Człowiek zachwyca się uprzejmością u nastolatków jakby było to zjawisko na wyginięciu ...



Po nieprawdopodobnym tłumie centrum, piazzale przywitało nas całkiem przyjemnym spokojem. Ot grupki osób tak jak my zapatrzone w piękne miasto, wszyscy oparci o barierkę chłonący jeden z najpiękniejszych toskańskich widoków... 


Dotarłyśmy w końcu do San Miniato. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy już na schodach ujrzałyśmy grupkę panów w kostiumach, jakie też było moje rozczarowanie, kiedy kościół zastałyśmy zamknięty.  
Panów w kostiumach okazało się więcej i bębniarze i sbandieratori... Coś więc musiało być na rzeczy! Oto co znaczy wstrzelić się w "odpowiedni" moment. Dokładnie 27 kwietnia rozpoczynały się z wielką pompą obchody tysiąclecia kościoła... 1018 - 2018! 
Kościoła wewnątrz nie udało mi się pokazać. Przeszłyśmy więc kilka kroków po starym cmentarzu i ruszyłyśmy znów w dół miasta.  

Z San Miniato związana jest też postać Michała Anioła. O tym nigdy jeszcze na blogu nie pisałam, więc korzystam z okazji i już nadrabiam. W 1529 wojska Karola V oblężyły Florencję. Michał Anioł "opatulił" dzwonnicę San Miniato materacami wypełnionymi wełną.  Geniusz w każdym calu. Jednocześnie ustawiono na niej dwie armaty, bowiem San Miniato pełniło również funkcję fortecy. Doskonale widać stąd było nadejście wroga. Michelangelo, zanim jeszcze wróg się pojawił, zaangażował się w projekty inżynieryjne, które miały na celu wzmocnienie fortyfikacji miasta.


Przeszłyśmy przez Santo Spirito, popatrzyłyśmy na Ponte Vecchio z drugiej strony i stamtąd już prosto na stację, bo czas nagle zdecydowanie się uszczuplił. 

Na dworcu zamieszanie z pociągami! Do Faenzy odjazd za pięć minut, a peron się nie wyświetla. Czekamy i czekamy, coraz bardziej nerwowo, tłum się zagęszcza, aż nagle jakiś pociąg wtarabania się na szesnasty peron. O szesnastym nic monitor "partenze" nie mówi, ale pociąg poznaję - jak nic to nasz. Biegnę z tłumem i zaraz pytam konduktora: 
- Do Faenzy?
- Tak, do Biforco trzeba do pierwszego wagonu. 
Odbiera mi mowę. Czy ja mam na czole napisane Biforco? Uśmiecham się sama do siebie, macham do K i O i chwilę potem siedzimy wygodnie w pociągu, który mimo punktualnego odjazdu, do Biforco dotrze z dwudziestominutowym spóźnieniem. 
Za to wszystko jednak w Kamiennym Domu będzie czekała nagroda. Mario stanie na wysokości zadania. 
Taras, góra smażonych piadin, prosciutto, finocchiona, stracchino, pomidory, rukola i schłodzone białe wino frizzante ... A do tego w pakiecie szum rzeki, otulina zielonych wzgórz, spokój prowincji...


ODJAZDY to PARTENZE (wym. partence)

sobota, 28 kwietnia 2018

Czarny sweter - opowieść florencka w obrazkach


To był bardzo udany florencki dzień. Od rana do samego wieczora. Nawet pogoda zapomniała, że to wiosna i przestawiła się na sierpniowy tryb. Dobry dzień. Piękny dzień. Tylko pociąg w drodze powrotnej utknął w Roncie na 20 minut, a nam tak bardzo już chciało się do Biforco, jednak pociechą było to, że w Domu z Kamienia czekała na nas wspaniała kolacja...  
Oto jak nam było. Krótka opowieść w obrazkach.


Ranek w Biforco był rześki, jednak wszystkie trzy zestrojone byłyśmy w letnie fatałaszki, bo we Florencji zapowiadano iście letnią aurę. Wsiadłyśmy do pociągu bez biletów, bo na naszej stacji wisi jedynie kasownik i dopiero na następnej stacji w Crespino przeskoczyłyśmy w pośpiechu do drugiego wagonu, by u konduktora dokonać formalności. Ten popatrzył na nas z nieukrywanym zdziwieniem. 
- Bilety chciałyśmy kupić. 
- Co chciałyście? 
Przez chwilę nawet zwątpiłam w mój włoski i jeszcze raz powtórzyłam to co wcześniej. 
Starszy konduktor pokiwał głową wciąż z niedowierzaniem. 
- Przebiegłyście do drugiego wagonu? Ryzykowałyście, że pociąg wam odjedzie, żeby kupić bilet??? - dziwił się coraz bardziej. 
- Tak właśnie.
- Nieprawdopodobne... - zadumał się, pomyślał chwilę i zaraz dodał - sprzedam wam bilety od następnej stacji. 
Odszedł powtarzając cicho już bardziej do siebie - che esempio... che esempio ... a my tym sposobem mogłyśmy cieszyć się zniżką - w sam raz na florenckie lody!
    

Pierwsze kroki skierowałyśmy nie do Duomo, ani nie na Ponte Vecchio. Obowiązkowym punktem wycieczki były też... stragany. Dopiero po wypełnieniu kobiecej powinności, po poszukiwaniach, negocjacjach, targach, macaniu skóry i "nie-skóry", ruszyłyśmy w stronę serca Florencji... A tam ... 
A tam tak jak zawsze... Wszystkim odbiera głos. Nawet ja na krótką chwilę zamieram. Muszę wziąć głęboki oddech. Wdech - wydech... A przecież znam już to wszystko na pamięć. 


Widziałam Florencję zatłoczoną, bardzo zatłoczoną i bardzo, bardzo zatłoczoną, ale ostatnia sobota kwietnia nie mieści się w tej mojej prywatnej skali "tłoczności". Miałam wrażenie, że wszystkie wycieczki świata właśnie tego dnia postanowiły odwiedzić Florencję. 
Starałam się poprowadzić tak nasz spacer, by uniknąć największego tłumu, ale to przecież Florencja ... 
Uwielbiam fotografować ludzi. Ich zadziwione twarze, kolorowych Azjatów i wszystkie inne nacje świata. 


Zatrzymuję wzrok na przechodniach, na fasadach, na detalach. Przyklejam nos do szyby, a tam coś zupełnie nieoczekiwanego. Tyle razy tędy przechodziłam, a nigdy nie zwróciłam na to uwagi i dalej by tak było, gdyby nie to, że chciałam sfotografować pewną płaskorzeźbę na murze...
Bottega Duomo ... A w niej papieże, święci i aniołowie, bloki marmurowe...


Z mijanych ristoranti i trattorii dolatują coraz silniejsze zapachy. Odzywa się głód. Kierujemy się do Vinattieri. Szczęśliwie ani kolejki, ani zajętych taborecików. Wszystko dla nas. K. próbuje trippa alla fiorentina, ja i O zajadamy się schiacciatą z porchettą, rukolą i stracchino. Do tego oczywiście chianti! I taki właśnie moment mógłby trwać i trwać ... 


Obok Vinattieri znajduje się Chiesa di Santa Margherita di Cerchi, zwana kościołem Dantego. Po raz pierwszy na tyle moich bytności tu drzwi są otwarte, więc natychmiast korzystamy z okazji i zaglądamy do środka. 


Przed domem Dantego jak zwykle tłum. Zdjęcia i selfie i kolejka, żeby moment uwiecznić. Dante patrzy zadumany. Patrzy na tych wszystkich ludzi i na siebie samego - na mężczyznę w czerwonej szacie, który gdzieś na uboczu zmywa z twarzy biel. 


Kiedy jestem we Florencji fotografuję wszystko. Wszystko bez wyjątków. Od sztuki, po głupoty wypisywane na murze...


Na schodach Santa Croce ludzie jak kury w kurniku obsiedli każde wolne miejsce. Ciasno jeden obok drugiego w poszukiwaniu odrobiny cienia. K. i O. wchodzą do kościoła, a ja zostaję na placu. Robię to co lubię najbardziej. Cicha obserwatorka. 
Hiszpanie, Czesi, Włosi, przewijają się jak na scenie kolejne wycieczki. Ktoś prawi o syndromie Stendhala. Młodzi, starzy, dzieci i nastolatki. Niekończąca się parada. Pojawiają się przewodnicy, nawołują, zbierają grupę. Jedni odchodzą, drudzy przychodzą, aż w końcu na chwilę schody pustoszeją... 
Zaraz zjawiają się gołębie i korzystają do woli z pozostawionych resztek, okruchów toskańskiego chleba i słonej schiacciaty. Cień się przesuwa. Jedyną pamiątką po niedawnym tłumie jest porzucony czarny sweter. Nawet on w tym momencie wydaje mi się taki poetycki.
We Florencji można stracić głowę.  
CDN...
  

CO ZA PRZYKŁAD! - CHE ESEMPIO! (wym. ke esempio)

Drukuj