poniedziałek, 5 lutego 2018

Światło, kuchnia, Ranger na śniegu i takie tam!


Po dwóch dniach leżenia w łóżku zrozumiałam, że to przeziębienie było mi najzwyczajniej w świecie potrzebne do odpoczynku! Nie czułam się tak podle, jak rok temu, kiedy przez kilka dni nie zerknęłam nawet na komputer. Tym razem nawet jakieś powieścidło pochłonęłam między jednym przemyśleniem, a drugim. Było mi tak błogo, że kiedy w niedzielę rano apeniński świat oblał się słońcem tak jaskrawym, że aż oczy bolały od patrzenia, wcale nie piałam z radości. Wiedziałam bowiem, że taka aura, takie widoki, wyciągną mnie z domu. Zew! Najprawdziwszy zew natury! I moje przeziębienie, też jakby nagle spojrzało na zegarek, złapało za klamkę i rzuciło tylko w przelocie - no to hej, ja muszę lecieć! I poleciało... 
I szlag trafił moją błogość. 


Poczekaliśmy z wyprawą na "po obiedzie", na który to kuchnia serwowała obłędną frittatę z papryką i ziemniakami. Z publikacją przepisu na nią muszę się wstrzymać, bo tak jak była pyszna, tak była też "niewyględna". Muszę coś dopracować. W każdym razie jak już wyczyściliśmy patelnię do dna, od strony Firenze niebo się zasnuło, światło już nie było jaskrawe, ale wciąż było pięknie. Nadszedł czas na tak upragniony przez Mario test Rangera na śniegu! 


Na Passo dell'Eremo sunął sznur samochodów. Stoki naśnieżone oblepiły się starszymi i młodszymi spragnionymi zimowych szaleństw. Wystrojeni jakby nagle znaleźli się w Dolomitach, z nartami, sankami, wszystkim na czym można się poślizgać. Żal mi się zrobiło, że chłopcy nie dali się na mówić na wyprawę i poszli się "utytłać" w resztkach biforkowego śniegu. Tu dopiero mieliby używanie. 


Skręcił Mario na Tramazzo, choć droga była nieprzejezdna. Zwalisko śniegu zostawione przez pług, było jak porządna bariera. Ranger jednak gwiżdże sobie na takie przeszkody. Boczkiem, boczkiem, wajcha na 4 koła przestawiona i dalej jak mały łazik, po drodze, którą ledwo widać. 
- Ty jesteś pewien, tak? 
- Ty jeszcze nie wiesz co panda potrafi.
Już teraz wiem. Wprawdzie z drogi zawróciliśmy, bo śnieg był w górach tak głęboki, że wcześniej czy później Ranger zawisłby na brzuchu, a poza tym na pokładzie nie mieliśmy łańcuchów. W każdym razie oczy miałam jak spodki, kiedy na takiej drodze, jak na zdjęciu poniżej Mario zawracał, a małe, wąskie kółeczka cięły śnieg jak brzytwa. 


Złapaliśmy jeszcze kilka ujęć do zimowego filmiku, a potem sturlaliśmy się do doliny. W planie były jeszcze karnawałowe słodkości. Mam nadzieję, że to już ostatni śnieg tej zimy. Kwiatki się niecierpliwią - sami popatrzcie! Nawet w moim ogródku wybiły już tulipany! Mam nadzieję, że biała sceneria, to już kwestia dni. Tymczasem karnawał dobiega końca, a ja zapraszam Was na pyszne castagnole z ricotty i życzę dobrego tygodnia!

NIECIERPLIWY to po włosku IMPAZIENTE (wym. impacjente)


2 komentarze:

  1. Tulipany w śniegu są obłędne! Takie wydawałoby się delikatne, ale pewnie przeżyją bez straty?

    OdpowiedzUsuń
  2. Tulipany, jak tulipany, ale KROKUSY!!! Już, już prawie :) Pozdrawiam. Hanka

    OdpowiedzUsuń

Drukuj