wtorek, 20 lutego 2018

Bez pośpiechu


Drzwi od pokoju otwierają się i jak Szpieg z Krainy Deszczowców za moimi plecami przeciska się Mikołaj. Podstawia mi niemal pod sam nos deskę z dwoma pizzettkami i teatralnym szeptem mówi:
- Zoooobaaacz... Pizzę zrobiłem.
- Bravo kochanie, tylko ja mam teraz lekcję, gdybyś się nie zorientował.  
Uśmiecha się ukontentowany i zaraz znika tak szybko jak się pojawił. W pokoju zostaje tylko obłędny zapach pizzy... 
Mikołaja kulinarne zapędy nie gasną, a wręcz przeciwnie. Zawsze jest pierwszy, żeby coś pokroić czy zamieszać i jako jedyny w Kamiennym Domu, poza mną oczywiście, wykazuje się kreatywnym myśleniem w tym temacie. 
- Co chcecie na obiad? - pytam. 
- Wszystko co zrobisz będzie super. Najlepsze są twoje improwizacje - odpowiada niezmiennie Tomek.
- Fai due spaghetti, poca fatica - tak natomiast zwykł odpowiadać Mario. 

Tylko Mikołaj potrafi zdobyć się na bardziej pomocną odpowiedź, może poszczycić się dobrą intuicją w kwestii łączenia składników. Mam nadzieję, że ten zapał mu nie minie i że uda mi się przekazać mu swoją wiedzę. 

Pizza na kolację pozwoliła mi złapać chwilę oddechu między lekcjami. Nie musiałam nic improwizować, mogłam tylko usiąść na gotowe i zajadać. Poniedziałek zawsze jest intensywny i wieczorem czuję się zwykle tak, jak po całym tygodniu. Mario wrócił na szczęście na czas i pomógł w odbieraniu/rozwożeniu chłopców. 
Niestety badania, na których spędził kilka godzin nie poszły szczególnie dobrze. Przyjechał zawiedziony. Oczekiwał nieco innego obrotu sprawy. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że czas zadziała na korzyść. 

Zima oczywiście ma się dobrze i tylko wizja wiosennych fest ociepla zziębnięte myśli. Staram się dni statyczne wykorzystać na pracę nad książką, na czas spędzony z chłopcami, ale też wciąż dokładam sobie nowych obowiązków. Cała ja. Tomek chyba odziedziczył po mnie ten kawałek charakteru, bo i on jakby mało mu było egzaminów, wycieczek, bierzmowania, przewidzianych na najbliższe miesiące, to jeszcze postanowił w tym czasie zrobić pierwszy certyfikat z angielskiego. 

W wolnych chwilach siadamy razem przed kominkiem i czytamy. I wtedy nawet nie złoszczę się na zimę. Kto wie ile przede mną w życiu samotnych wieczorów, nie ma więc sensu spieszyć się ani do wiosny ani donikąd. Pośpiech nie jest wskazany. Czas mógłby nawet zwolnić, bo kiedy siedzimy tak ze splecionymi nogami, nawet jeśli w danej chwili nie rozmawiamy, nie wymieniamy spojrzeń, to jesteśmy razem. Razem naprawdę.

WYMIENIAĆ to po włosku SCAMBIARE (wym. skambiare)


poniedziałek, 19 lutego 2018

Zima, która nie odpuszcza


Prognozy pogody na weekend sprawdziły się co do joty. Niedziela obudziła nas deszczem, potem ten deszcz zamienił się w śnieg, by pod wieczór znów stać się deszczem. Choć z nieba leciały płaty jak prześcieradła, to na szczęście nic się z tego nie uchowało, bo termometr stał na straży przyzwoitej temperatury. Najgorsze jest to, że według zapowiedzi meteorologów taka pogoda ma trwać przez najbliższe dni...
Dzień minął tak jak przewidziałam: od kominka do stołu, od stołu do kominka. Były kulinarne eksperymenty, projekcja filmowa i lektura. Po nowe smaki zapraszam Was do Kuchni w Kamiennym Domu, czytelniczo polecam ostatnią książkę Fabio Volo, a filmowo Il Mediterraneo. Odkryłam ten film przypadkowo, w czasie jednej z lekcji i nadziwić się nie mogłam, że nigdy o nim nie słyszałam, wszak na początku lat dziewięćdziesiątych obraz został nawet nagrodzony Oskarem. 
Jak dla mnie Il Mediterraneo to przykład pogodnego, bezpretensjonalnego, włoskiego kina. Kina jakie sobie cenię, w jakim znajduję to, co w Italii tak uwielbiam. Nie wiem czy film ukazał się za granicą, ale będąc filmem oskarowym jest to całkiem prawdopodobne.

Spaghetti z sosem z cukinii i boczku

W weekend też po wielu wyprawach na nagrania, po godzinach spędzonych na montowaniu, Mario ukończył wreszcie kolejny filmik. Kontynuacja marradyjskich pór roku - INVERNO MARRADESE - zapraszam Was do oglądania. 
I choć zima straszy jeszcze śniegiem, to my tą krótką projekcją już powoli ją żegnamy. Może sobie robić co chce, stroszyć się i puszyć śniegiem, ale jej koniec i tak jest bliski! Mario rozpoczął film słowami zima u drzwi, a ja mam nadzieję, że teraz jest już u drzwi , ale wyjściowych. I tego się będę trzymać!

STRASZYĆ - to po włosku SPAVENTARE (wym. spawentare)


niedziela, 18 lutego 2018

Jak w powieści...


"Le cose importanti iniziano, quando tutto sembra finito." (Ważne rzeczy zaczynają się wtedy, gdy wszystko zdaje się skończone...") Tymi słowami zaczyna się ostatnia powieść Fabio Volo, którą przytargałam z biblioteki i z którą zaległam w cieple kominka. Oczywiście nie żadna tam wielka literatura - ot miła i przyjemna lektura na wstrętne, lutowe popołudnie, blisko spokrewnione z listopadem. 
Urzekło mnie to zdanie i zmusiło do refleksji. Cofnęłam się do postów sprzed kilku lat. Do zimy 2013, kiedy to zdawało się, że zgasła ostatnia iskierka... To wszystko co się wydarzyło potem, nauczyło mnie trzech rzeczy. Po pierwsze, że życie jest nieprzewidywalne i nigdy niczego nie można być pewnym, po drugie zaczęłam doceniać drobiazgi tu i teraz, bo tylko "dziś" jest tym, co mamy na pewno i po trzecie - zrozumiałam, że nic w życiu nie dzieje, się bez przyczyny, nawet to, co w danym momencie przeklinamy, być może za jakiś czas okaże się mieć sens...


Cała sobota rozpłynęła się w sentymentach i nostalgii. To chyba naprawdę ta pogoda, bo gdyby było ładnie, to gdzieś by nas poniosło i nie siedziałabym i nie roztkliwiała się nad życiem. 
Tomek pojechał do Florencji do teatru i ledwie drzwi się za nim zamknęły Mikołaj zaczął snuć się jak opuszczony psiak. 
- Chodź tu, usiądź obok mnie, poczytamy razem. 
- A pogramy w briscolę? 
- Dobrze, pogramy... 
Przy trzeciej partii gra mnie zaczęła nużyć, ale nagle popatrzyłam na śliczną, jeszcze dziecięcą buzię Mikołaja i przyszło mi do głowy, że przecież za kilka lat będę za tym tęsknić jak wariat. Mikołaj będzie miał swoje towarzystwo, może pojedzie w świat, a ja będę czekać z utęsknieniem i marzyć o chwili kiedy znowu usiądziemy naprzeciwko siebie z kartami w ręku. 
- Zagramy jeszcze raz? 
- Zagramy.
Zagraliśmy kolejną partię i jeszcze jedną, a potem zaproponowałam:
- Upieczemy coś? 
Mikołaj raz dwa stanął przy stole, wyciągnął z lodówki składniki. Chwilę później w kuchni rozszedł się cytrynowy zapach ciasteczek z ricottą


Dopiero późnym wieczorem wrócił Tomek i zaraz od progu zaczął opowiadać jak to było pięknie, jaki teatr wspaniały i ta lirica ... A na koniec usiadł mi na kolanach, jak wciąż na szczęście ma w zwyczaju, przytulił mocno i powiedział:
- Pusia moja najukochańsza! Tęskniłem za tobą!   

POWIEŚĆ to po włosku ROMANZO (wym. romanco)



sobota, 17 lutego 2018

Kolory nasycone


Zima wypuścić nas z objęć nie chce, ale gdzieś tam ukradkiem świat nabiera innych kolorów, natura aż rwie się, by obsypać nas kwiatami. Tu żonkile, tam fiołki, różane krzaki wypuściły nowe pędy, a gałązki migdałowców całe pokryły się białymi kuleczkami i jakby już już tuż tuż ...



A Lamone? Co za spektakl! Moje Lamone w kolorach Morza Karaibskiego to opada wzburzonymi kaskadami, to uspokaja się turkusowymi nieckami, skręca nagle, między głazami się przeciska, oczy zachwyca niezmiennie. Zima i przede wszystkim śnieg, którego w tym roku nie brakowało sprawiły, że woda zrobiła się czysta jak kryształ. Nawet tam gdzie głęboko, widać dno do ostatniego kamyczka. 
Patrzy człowiek na te kolory i tak bardzo tęskni do lata... Rozłożyć  się na tych głazach, rozpłaszczyć na słońcu, wypełnić uszy muzyką wodospadów... 



Niestety weekend pogodowo prezentuje się upiornie, a jeszcze bardziej upiorny ma być cały następny tydzień. Jeśli tak dalej pójdzie, światło dla marca rozpalimy pod śniegiem. Febbraietto maledetto ...
Przy takiej aurze raczej nigdzie nas nie poniesie, tylko Tomek szczęściarz będzie korzystał we Florencji z dobrodziejstw kultury. Dla mnie zapowiada się weekend statyczny: kuchenne eksperymenty, kominek i książka. Nie ma tego złego ...

OKROPNY to po włosku TREMENDO (wym. tremendo)


piątek, 16 lutego 2018

Typy ludzkie i wredny typ "febbraio"


I znów wracam na moje ulubione pola, polne dróżki, drogi zabłocone... Zima nie chce w tym roku odpuścić. Luty chyba do ostatniego dnia chce dopełnić swojej przysłowiowej powinności... Maledetto! Znów śniegiem sypnęło w poniedziałek, znów się kwiaty i motyle skuliły z zimna. A najgorsze jest to, że to nie był ostatni śnieg tej zimy... 
Już nawet na prognozy staram się nie zerkać, bo aż włos się jeży. Mario pociesza - że ziemia w ten sposób dostaje słuszną porcję wody, że w tamtym roku rozpaczliwie jej przecież brakowało. Oczywiście co prawda to prawda, ale ja byłam przyzwyczajona w lutym już cieszyć się wiosną. 


Tak czy inaczej lutemu zostało jeszcze dwanaście dni. Niektórzy widać mocno zimą zmęczeni juz ustawiają stosy, by wiosnę powitać. Lume a merz jest niezaprzeczalnie jednym z moich ulubionych dni w roku! Co tam "sylwestry", czy urodziny! Światło dla marca, dla kogoś takiego jak ja, kto zimy nie znosi serdecznie, to jest dopiero powód do świętowania!  


Ledwo skończyłam opowiadać o minionym weekendzie, a tu już kolejny na starcie. Nie mamy jeszcze szczególnych planów, tylko Tomek - szczęściarz - jedzie ze szkołą do teatru do Florencji na otwartą próbę. Ja pewnie coś w kuchni poczaruję, poczytam i odsapnę, bo znów jak wariat naładowałam sobie rzeczy na głowę... 
Karnawałowe przebrania klasy Mikołaja, kiedy to każde z dzieciaków zamieniło się w jednego z profesorów, zmusiły nas do refleksji.
- Mnie trudno byłoby naśladować... tak myślę. Nie mam żadnych charakterystycznych gestów czy zachowań. Chyba jestem całkiem normalna. 
- Ciebie to przecież łatwo! - parsknął śmiechem Mario. - Jedną ręką smażysz naleśniki, drugą piszesz na komputerze, w międzyczasie konwersujesz na telefonie, "nogą bujasz kołyskę", jeszcze jakbyś sobie wsadziła w d... szczotkę to mogłabyś jednocześnie zamiatać. 
- Grazie. 
Coś w tym jednak jest ... 
Dobrego weekendu!!!
SZCZOTKA to po włosku SCOPA (wym. skopa)

Pewien znany naukowiec:) 
Prof Nicolo' B. 

czwartek, 15 lutego 2018

Trochę inne dzieła sztuki.


Dopełnieniem naszego intensywnego "kulturalnego" weekendu była oczywiście kuchnia! Kuchnia tak doskonała, że mogłaby stawać w szranki z największymi dziełami sztuki. Wszystko, co znalazło się na naszych talerzach i w kieliszkach, godne było poematu!
Takie wieczory zdarzają nam się rzadko, od dawna nie biegamy po restauracjach, jednak tym razem Paw postanowił nas porozpieszczać i tak sobotni wieczór spędziliśmy u Francesco w jego Bottedze w oddalonym od Marradi o kilkanaście kilometrów Palazzuolo.


Aż nie do wiary, że tym roku minie dziesięć lat odkąd się znamy. Kiedyś byliśmy stałymi bywalcami. Potrafiliśmy przesiadywać "Pod portykami" całymi godzinami. A potem... cóż... tak to czasem bywa. 
- Widywałem cię częściej, kiedy mieszkałaś w Polsce - ganił mnie znów Francesco. 
- Wiesz jak jest...
- Cały czas z aparatem! Taką cię właśnie pamiętam - skwitował obiektyw wycelowany w talerz z przekąskami. 
- Zawsze!
- Poczekaj nieuczesany jestem!
- Świetnie wyglądasz! Nawet lepiej niż wtedy, kiedy się poznaliśmy!   
- A ty nic się nie zmieniasz! Jesteś taka sama jak kiedyś. 
Po porcji wymienionych komplementów, Francesco odkorkował butelkę i wypełnił kieliszek prawdziwym dziełem sztuki.


Jak zawsze wszystko było doskonałe, perfekcyjne. I wino i wędliny i sery i pasta z porcini i trippa i kaczka z glazurowanymi cebulkami ... Nikt po tym wszystkim nie miał siły ani na deser, ani na karnawał, choć może wskazanym byłoby po takim obżarstwie poskakać "rokendrole".   


Wieczór był wyjątkowy i to nie tylko za sprawę smaków. Dobrze było znów zawitać w stare progi. Jakby się nic nie zmieniło ... Jakby ... Upływ czasu widać było tylko po chłopcach, którzy wzrostem przerośli Francesco, a przecież zdaje się, że zaledwie wczoraj nosił ich dla zabawy w obrusie zarzuconym na plecy, niczym worek z chrustem...

NIEUCZESANY to po włosku SPETTINATO (wym. spettinato)


środa, 14 lutego 2018

Santa Croce - opowieść niekompletna



Santa Croce jest jednym z moich ulubionych florenckich kościołów. Od dawna już  planowałam zabrać tam chłopców, ale jak to w życiu bywa, ciągle coś stawało na przeszkodzie. Dopiero w minioną sobotę, kiedy już zwiedziliśmy Kaplice Medyceuszy,  posililiśmy się florenckimi specjałami i zachwyciliśmy impresjonistami, nasze nogi powędrowały w kierunku Santa Croce.   

Budowa bazyliki rozpoczęła się już pod koniec XIII wieku, a ukończona została około 100 lat później. Jest jednym z największych kościołów franciszkanów i jednym z najbardziej znaczących przykładów włoskiego gotyku. Santa Croce jest ponadto określona mianem florenckiego panteonu, w jej murach bowiem znajdują się między innymi groby Galileusza, Rossiniego, Michała Anioła i Machiavellego.  


- Czy musimy iść do Santa Croce? 
- Przestań świrować. Wiesz jakie jest prawdopodobieństwo, że coś nam na głowę spadnie? 
Mikołaj był pełen obaw, po przykrym październikowym zdarzeniu, kiedy to na hiszpańskiego turystę spadła część dekoracji. Mężczyzna niestety zginął na miejscu. Tłumaczyłam, że po wypadku kościół został dokładnie sprawdzony, ale Mikołaj nie wyglądał na bardzo przekonanego.  


Santa Croce ze swoim misternym ołtarzem, marmurową fasadą i piękną więźbą dachową kryje w swoich murach też inne prawdziwe dzieła sztuki - freski Giotto, rzeźby, krucyfiksy... 


W kaplicy po lewej stronie wystawiony jest krucyfiks Donatello z początku XV wieku. Rzeźba miała być ponoć skrytykowana ostro przez Brunelleschiego, który zarzucał swojemu przyjacielowi przesadzony realizm, jakoby zamiast Chrystusa umieścił na krzyżu jakiegoś chłopa. Słynny architekt postanowił rzucić Donatello wyzwanie i samemu wyrzeźbić krucyfiks, który obecnie możemy oglądać w Santa Maria Novella. Mówi się, że dzieło przyjaciela zrobiło na Donatello ogromne wrażenie. 
Dziś historycy podważają prawdziwość tej anegdoty, choćby dlatego, że między jedną a drugą rzeźbą jest dziesięć lat różnicy. Tak czy inaczej obydwie zdają się nawzajem ze sobą polemizować. Chrystus Donatello miał być do bólu ludzki i cierpiący. 

Pusty grób Dante Alighieri
Grób Michelangelo przykryty rusztowaniami. 

Kiedy w 1966 roku Florencję nawiedziła powódź okolice Placu Santa Croce były wśród miejsc, które najbardziej ucierpiały. Woda w sali, w której wystawiony był inny sławny krucyfiks, doszła do wysokości 5 metrów. Dzieło Cimabue zostało nieodwracalnie uszkodzone i stało się niemal "ofiarą - symbolem" całego kataklizmu. Dziś dla bezpieczeństwa krucyfiks został przeniesiony wyżej do zakrystii, jedynie plamy na malowidle przypominają o minionej tragedii. 

 

Krucyfiks został namalowany specjalnie dla Bazyliki Świętego Krzyża pod koniec XIII wieku.  Jest wysoki na blisko 4,5 metra i szeroki na prawie 4 metry. Charakterystyczne jest w nim to, że Chrystus nie jest przedstawiony jako triumfujący, tylko jako człowiek cierpiący, umierający, ofiara przeznaczenia. Taki właśnie model krzyża franciszkanizm uznał jako symbol chrześcijańskiej duchowości.
Wraz z krucyfiksem do zakrystii zostały przeniesione również inne dzieła sztuki, stworzone w większości specjalnie dla bazyliki.

Jeden z polskich akcentów. Zakrystia Santa Croce.

Całkiem sporo jest w Santa Croce polskich akcentów - wśród nich (na zdjęciu powyżej) wykonana przez Teofila Lenartowicza mieszkającego w XIX wieku we Florencji płaskorzeźba - epitafium pułkownika armii włoskiej Stanislao Bechi, uczestnika powstania styczniowego, rozstrzelanego przez Rosjan.


To oczywiście tylko garstka z tego, co o Santa Croce można napisać. Dlatego właśnie ten wpis opatrzyłam tytułem opowieść niekompletna. Będę tu wracać i powracać bez końca, bo dużo jest jeszcze do napisania, zobaczenia, sfotografowania.
Byliśmy zmęczeni, ale w pełni usatysfakcjonowani... No może prawie w pełni. Dzień rzeczywiście bardzo był owocny kulturalnie. Tomek uszczęśliwiony znalazł swojego Canovę i dalej droczył się ze mną na temat wyższości jednego rzeźbiarza nad drugim.  
Po tak intensywnym dniu jedyne, na co jeszcze mieliśmy siłę to wyborna kolacja u naszego starego przyjaciela. Na porcję doznań smakowych zapraszam Was już jutro.  

NIEKOMPLETNY to po włosku INCOMPLETO (wym. inkompleto)

Drukuj