środa, 31 stycznia 2018

Rówieśniczki


Ruszyłyśmy szlakiem w stronę Cavallary. Od początku było jasne, że na przekór wyczytanym prognozom okulary słoneczne jednak będą nam potrzebne, a po pierwszych krokach zorientowałyśmy się też, że zbędnym balastem będą kurtki. Choć w sumie może nie takim, zbędnym ... Posłużyły nam przecież za siedzisko, kiedy rozłożyłyśmy się z naszym piknikiem na rozgrzanym wiosennym słońcem stoku...



 Od "Piani do sotto" bierze początek piękny szlak. Kiedy Ellen powiedziała, że nigdy nim nie szła, ucieszyłam się, że mogę się z nią podzielić czymś nowym. Od strony Lutirano zawiewał ciepły wiatr, nie przypuszczałam, że pogoda zrobi nam taki prezent. Co i raz między liśćmi dawało się słyszeć szelest obudzonych, przestraszonych naszymi krokami jaszczurek. Na rozmiękłej ścieżce natomiast odcisnęły swoją obecność wilki i daniele...


Rozsiadłyśmy się wygodnie twarzą do słońca. Zajadałyśmy z apetytem kanapki z prosciutto, przegryzałyśmy dojrzałym serem i nie mogłyśmy nacieszyć się chwilą. 
-  To dar, wielki dar. 
- To prawdziwe szczęście mieć to na wyciągnięcie ręki. 
Rozmawiałyśmy o miejscu w jakie rzucił nas los, o uciekaniu, o potrzebie zapuszczenia korzeni, o opuszczonych ruderach i o życiu w nich wygasłym. Ellen opowiadała o swoim domu, o drzewach figowych wypełniających omszałe mury i utwierdzała mnie w moich marzeniach, przypominając jednocześnie, że potrzeba czasu, cierpliwości ...
To był piękny dzień, w pięknym świecie, wypełniony pięknymi słowami i obrazami. Tak bardzo cieszyłam się chwilą i tym, że dzielę ją właśnie z Ellen. Myślę sobie, że w jakiś sposób nawzajem stałyśmy się dla siebie inspiracją...


 Schodziłyśmy z gór, kiedy już słońce obniżało swój lot. Maszerowałam dziarsko i tylko co chwilę na trudniejszych odcinkach oglądałam się na Ellen.
- Wszystko dobrze? 
- Dobrze - śmiała się Contessa. 
- Ja wciąż zapominam, że jesteś ode mnie "trochę" starsza!
- Jestem pewnie w wieku twojej mamy?
- Trochę młodsza, ale mogłabyś być moją mamą bez żadnych ekscesów. Ja jednak ilekroć się widzimy, kiedy rozmawiamy, razem wędrujemy nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jesteś moją rówieśniczką...
Myślę, że to jednak prawda z tym, że prawdziwy wiek mamy w głowie i w sercu. Jeśli więc tak jest naprawdę nasze dusze muszą być w podobnym wieku.


 Tymi sielskimi widokami, ciepłem dmuchającym w twarz żegnamy styczeń 2018...

RÓWIEŚNICZKA to po włosku COETANEA (wym. koetanea)

wtorek, 30 stycznia 2018

Sezon turystyczny czas start


Chyba mogę oficjalnie ogłosić, że sezon turystyczny 2018 jest już rozpoczęty. Rozpoczęty radośnie i smacznie. Oto za nami pierwszy w tym roku ekspresowy kurs robienia pizzy. Z racji pory roku, na warsztat została wzięta pizza "z blachy", ale zabawa tak czy inaczej była przednia, a przecież tak naprawdę o to w tym wszystkim chodzi. Goście natomiast mają jeszcze jeden powód, by do Marradi wrócić i powtórzyć zadanie z prawdziwym piecem. 
Tymczasem krótki wakacyjny czas wypełnili po brzegi marradyjskimi kilometrami, oczy nasycili widokami, a my wszyscy nacieszyliśmy się wzajemnie miłym towarzystwem. Kolejny raz przelatują mi przez głowę te same przemyślenia - uwielbiam to, co robię ... 
Dziękujemy za wspólne chwile!

 

Nowy rok zaczął się na dobre, oto styczeń już zakłada buty i stoi w progu, a ja - o zgrozo! - jeszcze nie byłam na porządnej wyprawie. I to właśnie mam zamiar dziś nadrobić. Jak tylko Goście wsiądą do pociągu - mam nadzieję tym razem nie do byle jakiego - ja ruszam na szlak z Ellen. Pogoda ma być lekko mglista, okulary słoneczne nie będą nam potrzebne, ale jak skwitowała to Contessa - słońce jest w nas! Najważniejsze, że jest ciepło i ani kosy, ani my nie musimy się w kominach i przy kominkach chować.


Tak naprawdę powinnam pewnie siedzieć w domu, bo na piątkowej liście "muszę" nie zostało wszystko odhaczone, jednak dziś góry są ważniejsze. Wszystko inne będzie musiało poczekać. Moja głowa potrzebuje tlenu, oczy widoku na morze sinych szczytów, nogi kilometrów, a dusza spotkania z drugą bratnią duszą. 
Dobrego dnia!  
DUSZA to po włosku ANIMA (wym. anima)

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Ciepłe dni kosa, obiad i przygody Gości

 

Styczeń zaczął końcowe odliczanie. Dni kosa zimna jak z legendy w tym roku nie niosą, ale na pierwszą połowę lutego jeszcze jakieś mrozy są przewidziane i będę się tylko łudzić, że prognozy długoterminowe zazwyczaj się nie sprawdzają. Nie chciałabym, żeby prymulki i fiołki zderzyły się z epoką lodowcową. 
Niedziela upłynęła spokojnie i ciepło. Już od południa czekaliśmy na Gości. W między czasie zjedliśmy doskonały obiad przy kościele, który co roku organizowany jest jako podziękowanie dla dzieci i dorosłych pracujących przy sagrach kasztanowych. Tortelli z ricottą były genialne, a rozmowy z Tomkiem arcyciekawe. 

- Zabieram wszystkie telefony! - powiedziała P. do grupy nastolatków siedzących przy stole obok.
P. jest niesamowita. Nie widziałam drugiej osoby, która potrafiłaby się tak porozumieć z młodszym pokoleniem i którą to pokolenie szczerze by uwielbiało. To P. trzyma pieczę nad marradyjskimi półkoloniami, więc zna wszystkie dzieciaki z imienia i z charakteru. 
- Telefonem bawcie się w domu. Wykorzystajcie czas przy stole na rozmowę, na zawarcie nowych znajomości.   


Czas płynął, a nasi Goście meldowali, że połączenie kolejowe kiepskie, że będą czekać w Faenzie i dotrą dopiero o 17.00. 
Wróciliśmy więc leniwym krokiem do domu, dołożyłam kilka puzzli do "Lazurowego", dokończyłam zaległości przed nowym tygodniem i nim się obejrzeliśmy nadszedł czas, by jechać na stację.
Kiedy staliśmy na Cardeto zadźwięczał telefon nadejściem wiadomości. Goście całkiem niechcący wydłużyli sobie podróż i tym samym zdobyli palmę pierwszeństwa w kategorii "Przygody Gości Kamiennego Domu". Trudno będzie ich pobić. Zamiast do Biforco dojeżdżali właśnie do Rimini...
Na szczęście udało nam się zasiąść razem przy stole nim nastała noc. Nauka na przyszłość: potwierdzajcie zawsze dodatkowo, ustnie trasę pociągu. Na wszelki wypadek... 

NIECHCĄCY to po włosku INVOLONTARIAMENTE (wym. inwolontariamente)

niedziela, 28 stycznia 2018

Puzzle


To wszystko przez "Ankę"! Kiedy ja w tygodniu objaśniałam włoską gramatykę, ona wypełniała czas dzieciom. Wyciągnęli z szafy puzzle i zaraz zabrali się za układanie. Nie dokończyli swojego dzieła, bo to kolacja, bo stół trzeba było zwolnić, bo potem późno i tak dalej ... Kawałki tektury powędrowały znów do pudełka. "Anka" pojechała, ale pudełko z widoczkiem "konie w galopie" zostało w salonie na widoku. Wysypaliśmy więc z Mikołajem jeszcze raz 500 elementów na stół i zaraz zaczęliśmy układanie... I przypomniało mi się jak bardzo to lubiłam! Uwielbiałam od maleńkości! 
Jak już zaczęłam, oderwać się nie mogłam, więc między jednym sobotnim naleśnikiem, a drugim doskakiwałam do stołu i brakujące elementy wkładałam na miejsce. Kiedy skończyliśmy "konie", które dostał kiedyś Mikołaj i które też nie były żadnym wyzwaniem, przyszedł czas na "poważne" puzzle... Wyciągnęliśmy z szafy na początek "Lazurowe wybrzeże" 2000 elementów, które przyjechało wraz z całym warszawskim życiem. Ileż lat minęło, kiedy je ostatni raz układałam? 14? 15? Na pewno to było przed dziećmi, potem już nie miałam czasu na tak bezczelne trwonienie czasu ... Teraz z resztą też nie mam, ale to wszystko przez "Ankę"! To ona wyciągnęła z szafy "konie w galopie".


A potem przypomniał mi się jeden z początkowych wpisów na blogu ... I uśmiechnęłam się do wspomnień, bo oto okazuje się, że nareszcie trafiłam do odpowiedniego pudełka. Znalazłam się w końcu na właściwym miejscu, a przecież jeszcze wtedy w Warszawie, kiedy wylewałam z siebie słowa tęsknoty, nie wierzyłam, że to wszystko może się spełnić. 
Oto moje marradyjskie puzzle. Moja własna układanka. Dziś są na niej dzieci, słońce, rzeka i pierwsze w tym roku prymulki. Jutro ułożę inny widoczek. Wszystkie są piękne, na każdy z nich składa się niezliczona ilość elementów.


ZNALEŹĆ SIĘ to po włosku TROVARSI (wym. trovarsi)

Drukuj