poniedziałek, 31 grudnia 2018

Wspomnień czar - rok 2018 w obrazkach


Choć wciąż wydaje mi się to abstrakcją najwyższych lotów, to chyba czas oswoić się z myślą, że za kilkanaście godzin wybije początek 2019 roku. Jak zauważył Tomek - już za rok zaczniemy lata dwudzieste trzeciego tysiąclecia! 
To był bardzo intensywny rok. Rok, w którym przez Kamienny Dom i inne domy marradyjskie przewinęło się około setki moich Czytelników - starzy bywalcy i nowi, a na kolejny sezon już wypełnia się grafik i to jest chyba mój największy i najmilszy sercu sukces. To był też rok, w którym pomogłam stanąć dwum parom na ślubnym kobiercu i kilka par nowożeńców uwieczniłam w moim obiektywie. To był rok mojego debiutu telewizyjnego i nowego doświadczenia, jakim była praca na planie. Dla Tomka to był rok końcowych egzaminów w gimnazjum i startu w liceum. Poza tym nawiedziła nas zima stulecia, postanowiliśmy zmienić dom, przetrąciłam sobie nogę, wychowaliśmy kaczkę, a Biforco znów dostało ruszt... 

Ciekawa jestem jakie wspomnienia wyskoczą za chwilę z naszego "magicznego słoika", który przez te dwanaście miesięcy wypełnił się po brzegi. 

Chcę ten rok zakończyć tak jak lubię - górską wyprawą, a potem, jak już odpoczniemy, weźmiemy butelkę prosecco, jakieś przekąski i ruszymy do domu Contessy, by tam powitać Nowy Rok.

Nie stawiam sobie nowych zadań, nie robię postanowień. Dalej idę drogą, którą sobie wytyczyłam kilka lat temu, wierna swoim ideałom. Nie ma sensu wciąż spalać się w pogodni za czymś. Lepiej, żyć tu i teraz.


KOCHANI!
I tego właśnie Wam życzę: umiejętności skupienia się na DZIŚ, bo tylko dziś jest pewne. 
Szeroko otwartych oczu i umiejętności dostrzegania drobiazgów. Optymizmu i siły, nawet jeśli wiatr wieje w oczy. Zdrowia Wam życzę, bo z tym to nie ma co dyskutować. 
Życzę Wam uśmiechu na twarzy, brawury w marzeniach, spokoju i cierpliwości, bo marzenia i tak spełnią się wtedy, kiedy nadejdzie ich czas.


Tradycyjnie zapraszam Was na fotograficzny spacer po kończącym się roku. Przeżyjmy to jeszcze raz:  

Rok 2018 zaczął się u Contessy, to już chyba nasza świecka tradycja.
Stało się zadość też innej tradycji i Mario znów wystąpił w roli Befany,
a w Nowy Rok wjechał na nowych czterech kółkach i tak oto legendarny Ranger zastąpił nissana.
Epifanię spędziliśmy we Florencji i odkryliśmy jej kolejną wielką tradycję - przemarsz orszaku trzech króli.
Z końcem stycznia, niezrażona wigilijną wizytą strażaków, znów zawitała do Biforco Mama ze Świtą!
Pogoda była piękna i dni kosa mamiły pierwszymi prymulkami
W styczniu zawitali do Domu z Kamienia też inni Goście i tak oto zaczął się turystyczny sezon.
Nie tylko prymulkom wydawało się, że zawitała do nas przedwczesna wiosna. Zakwitły pierwsze fiori di san Giuseppe, 
a ja cieszyłam się pierwszą w tym roku górską wyprawą w towarzystwie Ellen.
I wtedy nadciągnął nad Italię Burian, a potem jego krewny Burian Bis i Big Snow. Śniegu było tyle, że w Biforco ruszyły do pracy koparki.
Mówiło się, że Italię nawiedziła zima stulecia.
Chłopcy cieszyli się jak wariaci i bez umiaru korzystali ze śniegowych uciech.
Przed naszym domem znów pojawili się Olaf i Olaf Junior, budząc wielkie zainteresowanie przechodniów. 
W najmroźniejszą noc minionego roku temperatura spadła do -14 stopni i sadownicy Romanii przez długie godziny palili ognie, by ratować swoje plantacje. Taki oto mieliśmy - nomen omen - ogień dla marca - "lume a merz".
Po takiej zimie trudno było znaleźć oznaki wiosny. Wizytówka bloga to tylko kilka gałązek kwitnącej, dzikiej czereśni.
W końcu wiosna nabrała rozpędu...
W Wielki Piątek zawitaliśmy do Rzymu,
a w Wielkanoc cieszyliśmy się prawdziwie wiosennym piknikiem na plaży w Lido di Dante.  
By dobrze zakończyć święta wielkanocne ruszyliśmy na pierwszą wiosenną wyprawę - nad Acquachetę. 
Wraz z wiosną ruszyły też wszystkie marradyjskie atrakcje, 
a okoliczne wzgórza oblały się fioletem szafirków.
Wiosenni Goście spacerowali po górach, biesiadowali, łowili ryby i oczywiście...
odkrywali ze mną Florencję.
W wolnej chwili ruszaliśmy na krótkie wyprawy i tak kwiecień zakończyliśmy wycieczką po Chianti.
Świat robił się coraz piękniejszy, z szafy wyciągnęłam w końcu ulubione sukienki i w każdej wolnej chwili biegałam po łąkach.
Popołudnia wypełniały nam spacery, rozmowy i lody, moje ulubione to niezmiennie te o smaku prosecco.
Wraz z końcem kwietnia w domu z Kamienia zamieszkali nowi lokatorzy Hans i Christian.
Bardzo zestresowana i stremowana przeżyłam moje pierwsze telewizyjne doświadczenie.
Z wiosny zrobiło się lato i znów mogliśmy biesiadować pod gołym niebem.
Miniony rok, to rok dwóch ślubów - w maju powiedzieli sobie tak Paula i Grześ.
Również w maju Mikołaj skończył 12 lat
i też w tym samym miesiącu do Marradi wróciła Mama. 
Okazja była wyjątkowa - jej pierwszy wnuk przyjął bierzmowanie.
Tamten dzień zabrał też niestety Christianowi brata (lub siostrę), a sam Christian wkrótce okazał się Cristiną.
W czerwcu ruszyliśmy we troje na pierwszą i niestety - o czym jeszcze nie wiedziałam - na ostatnią w tym roku stralunatę.
Z końcem miesiąca blog znów zmienił wizytówkę, a zdjęcie z rowerem według pomysłu Mario okazało się strzałem w dziesiątkę.
Przez cały rok wracaliśmy do Florencji niezliczoną ilość razy.
I równie często kąpaliśmy się w morzu, bo lato jakby chciało nam wynagrodzić surowości zimy.
Czas jest nieubłagalny nawet dla dzieci - Tomek skończył 14 lat, a dla mnie to taka sama abstrakcja jak i jutrzejsza data. 
Lipiec rozkręcił się imprezami, a Dom z Kamienia wciąż wypełniał się Gośćmi.
Wracali stali bywalcy, którzy zyskali miano przyjaciół i pojawiali się nowi, którzy być może kiedyś przyjaciółmi się staną...
Wiosenne deszcze i letnie słońce sprawiły, że ogródek obrodził wyjątkowo hojnie!
Lipiec dobiegł końca, a na moim torcie zapłonęło 41 świeczek.
Sierpień rozpoczął się rywalizacją o złoty ruszt, 
który ku wielkiej naszej radości znów trafił w ręce Biforco!
Ta wygrana osłodziła nieco ofiarę poniesioną przeze mnie w czasie jednej z finałowych konkurencji, ale skręcona kostka miała dawać o sobie znać jeszcze przez długie miesiące.
Tak czy i inaczej sierpień zapisał się jako najbardziej intensywny miesiąc w całym roku. Wtedy po raz trzeci powróciła ze Świtą Mama.
Sierpień to też słynna marradyjska Noc Czarownic, na której w tym roku wystąpiliśmy jako Alicja, Kapelusznik i Królik.
Dom z Kamienia pękał w szwach i kiedy ja padałam bez siły, Mario prowadził przyspieszone kursy robienia pizzy.
Na drzewach powoli zaczynały dojrzewać marroni 
i to właśnie pod najstarszymi w okolicy kasztanowcami odbył się najbardziej niezwykły piknik mijającego roku. Było nas w sumie 22 osoby - 10 dorosłych i 12 dzieci. 
Nieubłagalny czas gnał na przód. Ostatnie w tym roku dni w Marradi naszych letnich Gości dobiegały końca 
i już powoli zaczynaliśmy się żegnać, a prawie wszystkie pożegnania skąpane były we łzach...
Lato jednak trwało dalej i jeszcze kilka razy udało nam się wyskoczyć wakacyjnie nad morze.
Aż nadszedł czas, że i dla nas wakacje dobiegły końca, a Tomek ruszył w wielki świat i rozpoczął swoją licealną przygodę.
Mikołaj potrzebował dużo czasu, by przyzwyczaić się, że nie ma już brata na tym samym szkolnym korytarzu i każdego dnia tak samo wypatrywał z utęsknieniem pociągu. 
Decyzja o zmianie domu ostatecznie umarła śmiercią naturalną. We wrześniu ruszyły prace remontowe w Kamiennym Domu, a my zostaliśmy tu, gdzie byliśmy na następne kilka lat. SYF - to było najczęściej powtarzane wtedy słowo.
Jesień wybiła w kalendarzu, ale aura dalej nas rozpieszczała, więc nowa wizytówka bloga pozostała w nieco letnim klimacie, jak na Toskanię przystało.
Noga dokuczała i za nic nie chciała wrócić do poprzedniego stanu. Skapitulowałam więc i zaczęłam wyprawę po lekarzach.
Zwichnięta noga nie potrafiła jednak uziemić mnie w domu na dłużej. Nawet dwa prawdziwki warte były wysiłku. 
A potem nastał październik i Marradi wypełniło się gwarem kasztanowych sagr. 
Z tą samą namiętnością fotografowałam kasztany i kasztanowe gaje.
Do Marradi zawitali jesienni Goście i razem ruszyliśmy na szlak. Musiałyśmy z O. odpuścić Martwą Babę, ale ponoć co się odwlecze, to nie uciecze...
Jesienią nowożeńcy stawali przed moim obiektywem kilka razy.
W wolnym czasie niezmęczeni zgłębialiśmy nowe sekrety Florencji.
Powoli powoli zaczynałam wracać na szlak. Po przygodzie z nogą chodzenia i gór brakowało mi najbardziej.
Listopad, czyli niby już po sezonie, okazał się bardzo pracowity, ale efekty tej pracy wywoływały szczery uśmiech na twarzy.
Przy stole zasiadali ostatni jesienni Goście,
i hahaha i gadu gadu trwało często do nocy...
Wszyscy się zmieniliśmy, ale o ile tamten rok należał do przemian Tomka, w tym zaczął dorastać Mikołaj, którego jednak wciąż nazywamy bobasem.
Nim się obejrzałam, nadszedł 1 grudnia i na ścianie zawisły woreczki kalendarza adwentowego, które dwóch nastolatków otwierało z wciąż dziecięcym entuzjazmem.
Marradi inaugurowało z sukcesem nową festę - Marron d'Inverno,
a my jak co roku, pielęgnowaliśmy nasze domowe tradycje i upiekliśmy tonę pierników wesoło przy tym podśpiewując.
Fascynacja Florencją i Medyceuszami sprawiła, że w grudniu zawitaliśmy do toskańskiej stolicy jeszcze dwa razy, wciąż jej ciekawi i spragnieni.
Na blogu ostatni raz w tym roku zmienił się wystrój i tak jak przy poprzednich porach roku, tak i tym razem autorem pomysłu był Mario.
Nadeszły święta i Dom z Kamienia wypełnił się rodzinnie.
Do wigilijnego stołu tym razem nie dosiedli się żadni nie spodziewani goście.
Świąteczne dni minęły nam ciepło i spokojnie.
A ja nie byłabym sobą gdybym nie wyciągnęła Gości na szlak.
 I tak oto doszliśmy do końca 2018, a ja z całego serca życzę Wam dziś:. 

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!
FELICE ANNO NUOVO!

Do zobaczenia w 2019 roku!

Drukuj