niedziela, 21 stycznia 2018

Styczniowy motyl, styczniowe narcyzy i Babcia na dzień babci.


Przed nami na ścieżce zatańczył motyl. Nie jakiś tam byle jaki, tylko prawdziwa rusałka admirał. Przysiadł na chwilę na ziemi, potem znów zatrzepotał skrzydłami, przycupnął na ułamek sekundy na moim kapturze i wylądował na ścieżce tuż pod naszymi stopami. Mario wyciągnął rękę, a motyl hyc hyc dwa kroczki po palcu przedreptał i zaraz odfrunął na dobre. Motyl w styczniu nawet w Toskanii nie jest codziennym widokiem, choć 20 stycznia poczęstował nas taką pogodą, że śmiało mógłby za wiosnę uchodzić.


Pojechaliśmy na spacer w stronę Grisigliano i Galliana. Ot tak żeby pochodzić, bez żadnych męczących eskapad, bo Mario nie czuł się zbyt dobrze. 
- To musiała być kiedyś zona signorile...
- Dlaczego?
- Popatrz ile tu villi jest skupionych.
- Rzeczywiście ... Nie zwróciłam na to nigdy uwagi. Villa Grisigliano i Galliana i Villa Antonelli i moja ulubiona. Jedna piękniejsza od drugiej...




Obok ścieżki znalazł Mario wbity do połowy w ziemię róg koziołka. Mówią, że przynosi szczęście. Oby tak było, jest nam wszystkim bardzo potrzebne.  
W Grisigliano przeszliśmy aleją cyprysów, naruszoną brutalnie przez ostatnie wichury. Dotarliśmy do stojącego w polu kościoła San Michele. Tu też czekała nas wiosenna niespodzianka.


Zakwitły narcyzy! Nie jakaś tam stokrotka, jakiś jeden falstart z San Giuseppe. Narcyzy! Całe kępy narcyzów.
Tu motyl, tam kwiaty - w obliczu tego wszystkiego ciężko nie łudzić się wczesną wiosną. Ale przecież, to wszystko może jeszcze przysypać śnieg i nie będzie to żadna anomalia... Tak czy inaczej aż dusza się człowiekowi śmieje na takie widoki, jakoś się wszystko rozjaśnia, myśli się wypogadzają. Jakże ogromny wpływ ma na nas natura...


Nadszedł czas by w końcu wrócić do domu i naprawdę rozwinąć czerwony dywan. "Anka" meldowała z drogi pozostałe do przejechania odległości kilometr po kilometrze! 
Zamieszać sos, nakryć do stołu, woda na makaron na gaz, butelkę odkorkować!  
Kiedy żegnaliśmy się drugiego dnia świąt, nawet nie marzyłam, że tak szybko się zobaczymy, że plany na ferie mogą się rzeczywiście zrealizować. Tymczasem znów przy stole w Kamiennym Domu zrobiło się gwarno, a salwy śmiechy wybuchały do nocy. Co jak co, ale śmiać się to my potrafimy!


Cudownie się złożyło, bo przecież dziś właśnie przypada polski Dzień Babci i imieniny "Anki". Mam nadzieję, że nasze śmiechy będą się dalej turlać echem po dolinie Lamone i świętowanie będzie niezapomniane. Na wszelki wypadek jednak nie rozpalamy w kominku. Rozgrzewa nas nieocenione rodzinne ciepło. 
Dobrego dnia, a wszystkim Babciom i Agnieszkom wszystkiego co najpiękniejsze!  


BABCIA to po włosku NONNA (wym. nonna)

sobota, 20 stycznia 2018

Sekret Lamone



Wodospad Valbura opada nieskończoną ilością pięter. Woda z hukiem rozbryzguje się o kamieniste dno, zatrzymuje się na chwilę w malowniczych nieckach, a potem znów mknie dalej, jakby doczekać się nie mogła spotkania z Adriatykiem. Zastanawiam się w myślach ile to czasu minęło, odkąd ostatni raz zeszłam na sam dół aż do jego stóp. 
To było cztery lata temu, przyprowadził mnie tu Tomek, dumny ze swojego odkrycia.



Tak łatwo go przegapić, nie zauważyć, ominąć. Szczelnie ukryty przed światem, zamaskowany gałęziami, zniechęcający stromym zejściem, zdaje się nieprzystępny i nawet wśród marradyjczyków niewielu wie o jego istnieniu ...
Kurtyna chaszczy, badyli i konarów sprawia, że niełatwo sfotografować go w całości. Łapię więc fragmenty, piętro po piętrze, każdą pojedynczą kaskadę, która składa się na ten majestatyczny cud natury. Myślę sobie, że gdyby wygodniej było go podziwiać mógłby rywalizować z Acquachetą, a tak... Bajkowy odcinek Lamone wciąż pozostaje w cieniu. Być może na krótką chwilę zatrzymają na nim wzrok uważniejsi pasażerowie pociągu, który mknie do Florencji. 


- A to? Nie wierzę! Popatrz! Są wszędzie!  
Małe kępki soczystej zieleni! Styczniowa ziemia wydała na świat prymulki! Jeszcze nie kwitną, jeszcze za wcześnie, ale ich widok tchnął we mnie odrobinę nadziei. Nie żebym się łudziła, że to już po zimie, ale czy nie cudownie jest móc w styczniu karmić oczy takimi widokami?


W kwestii domu na razie odbijam się od ściany do ściany. Tu niby tak, tam jednak nie. Ten chcą sprzedać nie wynająć itd... itp... Tak naprawdę nie było jeszcze ani jednej sensownej propozycji. Ostatnia z "niesensownych", aż mnie zmroziła, kiedy zrozumiałam, o który dom chodzi i przypomniałam sobie jego historię. Dom, który ma dramatyczne dzieje, zdecydowanie nie jest dla nas. Potrzebujemy dobrej energii, a nie ... ach nie będę nawet opowiadać! 
Widokami Valbury mówię Wam sobotnie dzień dobry, a sama idę rozwijać czerwony dywan. Ktoś się za nami bardzo stęsknił i już jest w drodze! 

PIĘTRO to po włosku PIANO (wym. piano)


piątek, 19 stycznia 2018

Czas na zmiany


Od kilku tygodni moje myśli zaprząta jeden temat. Dom. Już czas, bym napisałam o tym na blogu. Zawsze powtarzam, że nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny, że wszystko jest po coś. I tak też tłumaczę sobie przygodę z kominkiem... To po tym zdarzeniu zaczęłam się bardziej przyglądać detalom, na chłodno, bez emocji i zrozumiałam w końcu, że nadszedł czas na zmianę. Trzeba poszukać nowego domu. Z wielu powodów. 
Kiedy zdecydowaliśmy, już prawie 5 lat temu, że zostajemy w Italii, na szybko zaakceptowaliśmy jedną z pierwszych propozycji, bo zwyczajnie nic innego nie było. Świadoma niedoskonałości pomarańczowego domu, pokochałam go jak swój własny. I pewnie nigdzie bym się jeszcze przez jakiś czas nie ruszała, gdyby nie historia z kominkiem. Niedoskonałości zaczęły coraz bardziej uwierać. Zrozumiałam, że nasz czas w pomarańczowym domu dobiega końca. Rozpuściłam wici, bo oczywiście, bierzemy pod uwagę tylko przeprowadzkę w granicach Biforco i Marradi, z dużym naciskiem na pierwsze. Ogłosiłam na fejsbuku, roztrąbiłam gdzie mogłam i czekam. 
Tym razem bez pośpiechu - nawet jeśli z natury w gorącej wodzie kąpana chciałabym już, na spokojnie, Goście nie muszą się bać. Szukam domu doskonałego, który da nam i naszym Gościom przestrzeń, który nas przytuli, ogrzeje zimą, schroni przed deszczem, który stanie się naszym "Kamiennym Domem" na kolejne lata, który wypełni mi czas oczekiwania na ten właściwy. Może kiedyś doczekam się prawdziwej Casa di Pietra...

Z

Rok 2018 zapowiada się jeszcze bardzie intensywnie niż myślałam. Zmian nie zabraknie. Oby tylko po tych wszystkich "sfigach" nadeszły jakieś dobre wieści, bardzo, ale to bardzo mi ich potrzeba.

PECH czyli po włosku SFIGA (wym. sfiga) 

czwartek, 18 stycznia 2018

Nieprzejezdne drogi


Po deszczach i wichurach niebo nad Appennino się wypogodziło. Jak narcyz zachwycone samym sobą przeglądało się w kałużach. Lazurowe oczka wodne na błotnistej górskiej drodze... 
Droga gięła się to w lewo to w prawo, zakręcała niemożliwymi zakrętami, a grunt coraz bardziej starał się nas odstraszyć. My jednak brnęliśmy dalej, a dzielny Ranger tylko podskakiwał na zakrętach. 
- Jesteś pewien?
- A dlaczego nie?
Nie przestraszyły nas wyboje, kostropate kamienie i błoto. Nie udało się to również leśnikom pracującym przy naprawianiu szkód, jakie wyrządził wiatr. Mimo ich ostrzeżeń, że droga jest nieprzejezdna, nie zamierzaliśmy przerwać "offroadowego" wojażowania. Nieprzejezdna to pojęcie względne. Nieprzejezdna? Zależy dla kogo.
 

Wiatr rozgonił chmury i nawet mgły Romanii. Powietrze zrobiło się przejrzyste. Z grani dzielących dwa regiony widać było Faenzę i jeszcze dalej, dalej ... Ravennę z portem i Adriatyk na horyzoncie. 
Słońce zaczęło nabierać mocy. Obudziło do życia niektóre kwiaty, wyciągnęło z "mazedgi" pierwszą zieleń, a mocne światło pokolorowało Apeniny na niebiesko. Chciałoby się myśleć, że to już wczesna wiosna, ale na nią zdaje się musimy jeszcze chwilę poczekać.


- Dojedziemy na Gamberaldi? To już rzut beretem? 
- Ale nie przypominam sobie czy jest tam droga, czy tylko górski szlak.
- Musi być jakaś droga...

Zawsze musi być jakaś droga, choćby najbardziej kostropata. A jeśli nie myśli się o komforcie, jeśli nie straszne wyboje, można dojechać naprawdę wysoko. Stoję gdzieś w "moich" górach na granicy Romanii i Toskanii i patrzę na morze, ono też jest trochę "moje"...


Wieści o aparacie: padło lustro. Naprawa nieopłacalna. Zdjęcia zatem przez bliżej nieokreślony czas będą takie jakie będą... Czuję się tak jakby ktoś zabrał mi moje "drugie oczy".
Dobrego dnia. 

NIE OPŁACA SIĘ - NON CONVIENE (wym. non konwiene)

Drukuj