sobota, 21 kwietnia 2018

Mały wycinek kwietniowej codzienności


Wieczorem cienie się wydłużają, słońce jak zmęczony pracą człowiek kładzie się wygodnie, a jego ostanie promienie przyjemnie ogrzewają mój taras. Niebo nad Biforco wypełniło się jaskółkami, które rozpędzone jak meserszmity to pikują w dół, to wzbijają się znów do góry. Pod schodami prowadzącymi nad rzekę szara gęś wysiaduje jaja, a na drugim brzegu wędkarz wyciąga z wody niemałą rybę.  
W takich okolicznościach przyrody nawet przebieranie fasolki zdaje się poezją. 
- Mikołajku zrób mi zdjęcie proszę. 
Są takie momenty, które teoretycznie niczym szczególnym się nie wyróżniają, ale przez chwilę człowiek czuje ten słynny wewnętrzny spokój, myśli ma pogodne, nigdzie nie biegnie, nie spieszy się. Takie momenty chciałoby się zatrzymać na dłużej, uwiecznić. Takimi momentami karmi się człowiek, kiedy nastaje gorsza pora roku. Takim momentem był właśnie piątkowy, kwietniowy wieczór. 
Jednak nie tylko wieczory mają teraz swój urok. Rankom też niczego nie brakuje. Malinowo - różowa poświata rozlewa się po okolicznych wzgórzach, które z każdym dniem coraz bardziej stają się zielone.


W piątkowe popołudnie nasza kuchnia wypełniła się dziecięcym gwarem. Klasa podzielona na grupy miała do zrealizowania pewien projekt z języka angielskiego. Grupa w składzie Mikołaj, Asia i Emma przygotowała ciasto z jabłkami i mascarpone według mojego przepisu. Sama idea projektu jest wspaniała, bo łączy w sobie kilka dziedzin: język angielski, lekcja kulinarna i przygotowanie prezentacji na komputerze, a o zaletach pracy w grupach to nawet nie będę się już rozpisywać. Dzieciaki miały wybrać jakieś danie, przygotować samodzielnie, a następnie przedstawić w formie prezentacji w power point w języku angielskim. Zabawa była przednia, a ciasto udało się znakomicie. Z tego wszystkiego zapomniałam zapytać pozostałe mamy o zgodę, więc niestety roześmianych zdjęć trójki przyjaciół dziś nie pokażę. 

***
W Biforco obudził się kolejny piękny dzień. Czekamy na Gości. Zapowiada się bardzo intensywny weekend! 

GRUPA to po włosku GRUPPO (wym. gruppo)

piątek, 20 kwietnia 2018

Prawie jak Kopciuszek


Jeszcze miesiąc temu zdawało się, że wiosna nigdy nie nadejdzie. Myślałam, że moje białe sukienki prędzej myszy zjedzą, niż je ponownie założę i że Mario w czapce będzie chodził już do lipca. W końcu jednak wiosna zjawiła się spóźniona jak Kopciuszek na swój bal, ale piękna i zachwycająca jak bajkowa postać, że nie sposób się na nią gniewać.

Dobrze, że zakwitły bzy, że glicine, że poziomki, że słońce, że ciepło, że dni długie i bliska perspektywa lata, dobrze, że to i dobrze, że tamto, siamto, owamto... I dobrze, że wreszcie z ogródka przynoszę do kuchni pierwsze smaki. Klasyczne pomodoro do spaghetti wzbogacam cząbrem, do sałaty dorzucam garść własnej rukoli, do sosu paprykowego mini pęczek świeżej natki, której śnieg i mróz nic nie zaszkodziły. Wszystko znów nabrało innego smaku i zapachu...

Z zakupów spożywczych też mam więcej frajdy. Szparagi, groszek, bób, pomidorów coraz więcej i coraz lepsze. Przy wiejskich drogach można spotkać kobiety, które zbierają stridoli. W sklepach ogrodniczych są już sadzonki, a od kolorów pelargonii aż kręci się w głowie. 


Tomek skończył prove invalsi. To nie są właściwe egzaminy, ale po wszystkim przyznał, że był zestresowany i co dziwniejsze, to czego bał się naprawdę okazało się łatwe i poszło gładko. Angielski natomiast, który jest jego mocną stroną, okazał się tym razem trudny. W najbliższych dniach czeka go chwila oddechu, a już za dwa tygodnie daleka wycieczka na zakończenie scuola media
Tymczasem kolejny weekend na start. Atrakcji w programie aż nadto i pewnie z trzech czwartych nie uda nam się skorzystać. Goście już pewnie stoją w progach startowych. Budzi się świergoczący ptasim trelem świt. Niech więc weekend dobry ma "prepoczątek".


ZDAWAŁO SIĘ to po włosku SEMBRAVA (wym. sembrawa)

czwartek, 19 kwietnia 2018

Świerszcze, węże i dzikie orchidee...


Informacja z ostatniej chwili: zakwitły poziomki! Tak, tak, poziomki. Sama w to nie wierzyłam. Kiedy Mario obwieścił radosną nowinę, zaraz pobiegłam do ogródka i oczy zaczęłam ze zdziwienia przecierać! Nie żeby gdzieś jeden skromny kwiatuszek się gibał. Kwitną na potęgę! Jeśli żaden Burian tris nie wróci, na początku maja chłopcy będą mieć prawdziwą ucztę.
Oleandry potraktowałam - to znaczy Mario potraktował, bo ja wydawałam tylko komendy - tak jak A. przykazała. Krzewy żyją! Zostały przycięte i teraz tylko czekać aż odbiją. 
Kolejna informacja z ostatniej chwili - zaczynają kwitnąć bzy. Moje ulubione bzowe miejsce przy "domu Sycylijczyka" już się we fiolety stroi. Miałam się wdrapać zdjęcia zrobić, ale na spacerze za długo nam się zeszło i czas już naglił. Nie ma tego złego - mam pretekst, żeby dziś znów wyszarpać chwilkę dla siebie samej i ruszyć się z domu. 


Na spacer poszliśmy w jedno z moich ulubionych miejsc, skąd widać dolinę Lamone w całej rozciągłości. Stoi człowiek na zielonych łąkach, nakrapianych teraz szafirkami i tak się gapi i gapi i nagapić się nie może i już sam nie wie na co się gapić - czy zanurzyć wzrok w dolinie, czy wędrować po ginącym w oddali horyzoncie Apeninów... 


Wiosna obudziła niestety też pewne "zmory". Kilka metrów od miejsca gdzie zaparkowaliśmy samochód rozciągnięty jest pastuch. Trzeba zgrabnie przeskoczyć albo się przeczołgać i można iść dalej. I właśnie w momencie, kiedy Mario symulował dla hecy lekkie spotkanie prądem, kilka metrów obok coś się gwałtownie poruszyło i czmychnęło w dół. Tylko kawał czarnego ogona zdołał pochwycić mój sokoli wzrok. 
- Wąż! Widziałeś? Frustone!!! - niektóre węże umiem już rozpoznawać, a frustone jest czarny jak smoła. 
- Zobacz tutaj...
Na ścieżce przed nami wił się inny wąż, który w momencie gdy się zjawiliśmy musiał toczyć nierówną walkę z czarnym agresorem. Krwawiące ugryzienie nie pozostawiało wątpliwości. 
- A to nie żmija? - pytałam z daleka.
- Nie, nie. Chodź i zrób zdjęcie!
- Ale na pewno nie żmija? Wciąż ich nie rozróżniam.
- Słuchaj jak raz zobaczysz żmiję, to już nigdy nie będziesz miała wątpliwości.
- Wolałabym, żeby ten pierwszy raz nigdy nie nastąpił - powiedziałam bardziej do siebie. - Myślałam, że frustone tylko chłosta, a on pogryzł tego drugiego. 
- Frustone jest po prostu cattivo!


Jeszcze jedna informacja z ostatniej chwili. Łąki, po których spacerowałam wczoraj przed wieczorem bogate są w dzikie orchidee, odkryłam to kilka lat temu. Nigdzie indziej nie rośnie ich tyle co tutaj właśnie. I te zachwycające dzikie orchidee właśnie rozkwitły...  



Drogę, która wije się wśród tych łąk można nazwać świerszczowym szlakiem. Jedna norka obok drugiej. Ich czarniawi mieszkańcy siedzą na progu, ale tylko się człowiek nachyli zaraz umykają w głąb domostwa. Żadne wywabianie nie zdało wczoraj egzaminu, a Mario tak liczył na krótkie nagranie do wiosennego filmiku. 
- Nie jestem już w tym dobry albo zwyczajnie świerszcze teraz mądrzejsze - skwitował krótko. 



Taka piękna ta pora, taka piękna wiosna, piękna Toskania, zachwycająca moja dolina ... I tak sobie myślałam wczoraj, kiedy stałam na szczycie, a wiatr łopotał moją makową spódnicą - dzień wcześniej spacerowałam w cieniu florenckiego Duomo, a dziś jestem tu, tak daleko a tak blisko. Mam to wszystko na wyciągnięcie ręki. To wielkie szczęście, dziękuję za to każdego dnia...

ZŁY to znaczy CATTIVO (wym. kattivo)

środa, 18 kwietnia 2018

Niezmiennie


Dzień spędzony we Florencji dla mnie równa się zazwyczaj - dzień udany. Jeśli do tego dodamy bajeczną pogodę i miłe towarzystwo, to słowo udany staje się sporym niedopowiedzeniem. 
Kiedy już po całym wtorku spędzonym na spacerowaniu uliczkami toskańskiej stolicy, siedziałam w mocno opóźnionym pociągu do Marradi i dla zabicia czasu wstawiałam zdjęcie na instagrama tagując #ilovemylife, pomyślałam - naprawdę bardzo je kocham, to moje zwykłe - niezwykłe życie toskańskie. 


Stoję w mroku kościoła San Miniato i fotografuję "folkowo" zdobiony sufit. Przez marmurowe witraże przeciska się do środka zaledwie odrobina światła. Tymczasem za plecami turystów w kwietniowym słońcu puszy się dzieło życia Brunelleschiego... Jak się tym nie zachwycić?  


Ludzie przystają, zadziwiają się, fotografują namiętnie, przysiadają na kamiennych schodach, kontemplują rozmarzeni, bo jak inaczej? No jak?? Jak wobec tego wszystkiego przejść obojętnie?
Ja wiem, że nie każdy Florencję kocha. Wiem, że znów głosy podzielą się pomiędzy "uwielbiam" i "nie dla mnie". Ja jednak niezmiennie będę obstawać przy swoim. 
Mam nadzieję, że przespacerowane wczoraj kilometry, moje opowieści i takie widoki sprawiły, że ktoś jeszcze tę "moją" Florencję polubił. 

 u Paszkowskiego

Jak zawsze muszę dodać: niedługo znów tam będę i potem znów i znów ...  "I love my life" i te 64 kilometry, które dzielą mnie z tym niezwykłym miastem. Jakie to szczęście... 

***
Tomek zadowolony z prove invalsi z włoskiego dziękuje za kciuki i prosi o kolejne na dzisiejszą matematykę.
Ja zostawiam te kilka kadrów i zmykam, bo obowiązków jakby znów narosło! 
Dobrego dnia!! 

JAK ZAWSZE to po włosku COME SEMPRE (wym. kome sempre)

wtorek, 17 kwietnia 2018

Żółty tulipan, pecorino i ogródkowy raport


Doczekałam się w końcu dłoni ubabranych ziemią, korzeni chwastów wybebeszonych, doniczek rozparcelowanych, pelargonii nowych i starych świeżo rozdysponowanych. Taras znów zaczyna wyglądać tak jak powinien, zieleni coraz więcej, glicine pewnie dziś, najdalej jutro otworzy pierwsze fioletowe kiście, a wśród czerwonych klasyków wychylił się nawet jeden żółty tulipan. Nie przypominam sobie, by kwitł w poprzednich latach.  
Łapałam ogródkowe chwile między jedną lekcją, a drugą. Twarz wystawiona do słońca, gołe ramiona, makowa spódnica zadarta jak u chłopki przy żniwach. A te chwile ogródkowe przeplecione mniejszymi chwilkami, w których to przegryzałam pecorino romano i popijałam sangiovese z Romanii! Podkusiło mnie z tym serem, kto by pomyślał, że będzie taki dobry! Jeden kęsik, drugi i trzeci i już ostatni... i tak cały czas!


Pisałam już, że wiele kwiatów przetrwało bezpiecznie zimę. Hortensja podarowana przez N. zaraz zacznie kwitnąć. Cząber też ma się dobrze, podobnie rukola, natka i poziomki. Niestety mróz tegoroczny rozłożył na łopatki moją wielką tarasową ozdobę i dumę - oleandry. Nie tylko u mnie. Wszędzie gdzie nie spojrzeć oleandry mają brązowe, powykręcane jak paralityk liście. Ten sam los spotkał krzewy laurowe i wiele drzew oliwnych poniżej Marradi. Zimę 2018 wszyscy zapamiętamy. 
Tymczasem kwiecień na szczęście ma się dobrze i mam nadzieję, że dziś pokaże się w toskańskiej stolicy od jak najlepszej strony. Czeka mnie intensywny dzień, a zatem lepiej, żeby minął w ciepłych promieniach wiosennego słońca. 
Bardzo jestem ciekawa co przyniosą kolejne dni...   

DOBREGO WTORKU!

PRZETRWAĆ, PRZEŻYĆ to  SOPRAVVIVERE (wym. soprawwiwere)



poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Festa di primavera na zakończenie settimana dell'educazione

Pogoda pokrzyżowała nieco niedzielne plany. Ni to deszcz, ni to nie wiadomo co sprawiło, że na wszelki wypadek impreza z naszego ślicznego placu przeniesiona została pod "mercato coperto". Wesoło i zabawowo było tak czy inaczej, jedynie sceneria trochę mniej malownicza. I tak festa di primavera zakończyła tegoroczną settimana dell'educazione. Było gwarnie i radośnie, muzyka grała, alpini wydawali obiad, a dzieci szalały i korzystały z atrakcji przygotowanych specjalnie dla nich. Nie doczekałam do końca, więc z innych źródeł wiem, że był jeszcze rowerowy rajd dla maluchów i spektakl akrobatów dla wszystkich. Wróciliśmy do domu wcześniej, bo wieczorem czekała nas kolejna, tym razem prywatna impreza. Od stołu do stołu...  

Podziwiam zaangażowanie niektórych osób, tylko po to, by miasteczko ożywić. Przecież to nie takie hop siup! Wiem ile to ceregieli, ile poświęcenia swojego wolnego czasu, by inni mogli się pobawić, żeby coś się działo. Dobrze, że wciąż komuś się chce. Widzę, że grono takich osób w Marradi jest naprawdę pokaźne. To też niewątpliwie przyczynia się do ogólnego wrażenia, że w Marradi dobrze się żyje. 
Nie były to jedyne weekendowe atrakcje! W sobotę w teatrze występ Marii Teresy Timo, w innym miejscu pogadanki o dialekcie, w niedzielę spotkanie z pewnym fotografem. Weź człowieku rozciągnij czas i bądź wszędzie!
A jeszcze teraz niektórzy mi się dziwią, że skazałam się na nudę życia z dala od dużego miasta... Nudę? Dobre sobie!


A dziś już kolejny poniedziałek, nowy tydzień i nowe wyzwania. Zaczyna się bardzo intensywny czas... Trzymajcie proszę w tym tygodniu kciuki za Tomka, który zmierzy się z pierwszymi testami. Ja będę biegać po toskańskiej stolicy, porządkować ogród i przygotowywać "salony" na przyjazd Gości. Mam też nadzieję, że dotrze do mnie wreszcie nowy Nikon. Wprawdzie nie taki o jakim marzyłam, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Poza tym Ellen powiedziała: "Najważniejsze jest oko fotografa. Nie ma oka to i aparat nie pomoże, a wiesz ilu świetnych fotografów pracuje na sprzęcie półprofesjonalnym?"  I tego się będę trzymać, bo ponoć oko mam, to co tam półka aparatu!

MAM NADZIEJĘ to po włosku SPERO (wym. spero) 

Drukuj