wtorek, 12 grudnia 2017

Wiatr, drzewo i licealna przyszłość - dzień nie do końca zły


Kiedy w poniedziałkowy ranek przywitała mnie awaria komputera, pomyślałam, że to raczej nie będzie dobry dzień. I mówiąc szczerze chyba miałam rację... Wszystko szło jak po grudzie, a weekendowy niepokój jeszcze bardziej podsycił upiorny wiatr przybierający na sile z każdą minutą. Choć może patrząc na to wszystko z drugiej strony powinnam powiedzieć, że nie było tak źle. Na przykład te pierniczki, które przyniósł listonosz i które tak bardzo chłopcom smakowały, kolejny raz ktoś odrobinę ciepła wysłał w bąbelkowej kopercie albo drzewo zwalone na drogę... Tak nie wiele brakowało...




Takiego wiatru nie widziałam jak żyję i o ile nie lubię śniegu czy deszczu to silny wiatr wywołuje we mnie jeszcze gorsze emocje. Budzi niepokój, przeraża, wymiata z głowy cały optymizm. Zaryglowałabym się najchętniej w jakimś bunkrze, byle tylko nie słyszeć tego walenia w okna, dudnienia, jakby dom miało porwać z fundamentami. 
Strach było wczoraj wychodzić, ale jak trzeba to trzeba, choćby z duszą na ramieniu. O 16.00 zaraz po szkole Mikołaj musiał być przetransportowany na stację, gdzie miał lekcje gry na gitarze. Tomek natomiast został po lekcjach i czekał na spotkanie z przedstawicielami liceum, do którego wybiera się w przyszłym roku. Sama byłam ciekawa opowieści, więc też do niego dołączyłam. 
Wciąż jeszcze obca wydaje mi się świadomość bycia matką licealisty ... Chciał nie chciał takie są realia...
Tak czy inaczej wybrane liceum to stara szkoła z tradycjami i zapowiada się wspaniale. Tomek słuchał z wypiekami na twarzy opowieści o wymianach językowych i o podróżach do innych krajów. Dla tych, którzy ciekawi są różnic załączam plan przedmiotów na pięć lat liceum linguistico. Szkoda mi jedynie tego, że język niemiecki nie jest trzecim językiem wyboru, ale... nie można mieć wszystkiego. Zdaje się, że z tej szkoły dzieciaki rzeczywiście wychodzą ze znajomością języków. W wyższych klasach mogą wybrać np. scienze po angielsku, arte po niemiecku, ma to być pomocne w przyszłości na uniwersytetach, gdziekolwiek dzieciaki zapragną studiować.




Nie czekałam do końca spotkania, bo obowiązki wzywały. Zostawiłam Tomka, który miał wrócić później z koleżanką, ja sama natomiast zadzwoniłam po Mario, by nim pojedzie odebrać Mikołaja odstawił mnie do domu. Pomiędzy zostawieniem mnie przed bramą i przywiezieniem Mikołaja było jakieś 1o minut. W tym właśnie czasie na drogę, którą jechałam najpierw ja, a zaraz potem wracać miał Mikołaj zwaliła się jedna z lip. Kiedy zadzwonił Mario powiedzieć, że droga jest zablokowana i dlatego jeszcze nie dotarli, aż mnie zmroziło, bo oczami chorej wyobraźni, zobaczyłam samochód przywalony drzewem. Na myśl, że jeszcze jedno dziecko mam poza domem i że ono również musi wracać drogą wysadzaną starymi lipami, aż ściskało mnie w żołądku. Ostatecznie Tomek dotarł bezpiecznie. Wiatr jeszcze bardziej - choć zdawało się to niemożliwe - wzmagał na sile, gwałtownym podmuchem otworzył okno, odblokował okiennice i zerwał zewnętrzną kotarę wraz z metalowym prętem, na którym była zamocowana. Do tego wszystkiego prąd wysadzało co kilka minut. Patrzyliśmy z przestrachem na chyboczącą się niebezpiecznie latarnię i na przytwierdzony do niej znak Firenze 64 km... 
Noc ani ranek nie przyniosły uspokojenia. Dalej dmie, a teraz jeszcze chłosta strugami wody, jakby się wszystkie żywioły zmówiły przeciwko nam...




- Pusia, przekaż, że bardzo dobre te pierniczki - powiedział Tomek sięgając po kolejne serduszko. 
- W środę sam będziesz mógł podziękować.
Mam nadzieję, że wiatr w końcu ustanie, że mój komputer cudownie ozdrowieje, że weekend będzie łaskawszy, że i w naszej kuchni w końcu zapachnie piernikami... 
Dobrego wtorku!
ZAWALONE to po włosku CROLLATO (wym. crollato)

1 komentarz:

  1. Ogień można ugasić, wodę powstrzymać, ale trzęsienia ziemi i wiatru... Trzymajcie się ciepłego kominka i myśli, że w Polsce pamiętają o Was i trzymają kciuki za/na dobry czas :)
    C-ó

    OdpowiedzUsuń

Drukuj