poniedziałek, 11 grudnia 2017

O mercatini, smutkach i poniedziałkowych niespodziankach


Pogoda w drugą niedzielę mercatni di natale dała taki popis, że lepiej nie mówić… Elfy, które zapowiedziały swoją obecność były dzielnie i lojalnie stawiły się na placu, ale już po godzinie zrzuciły zielone szatki i pognały do baru na gorącą czekoladę. Cóż było robić … Z pogodą nie wygrasz!


Dla dzieci la cioccolata calda, a dla doroslych vin brule' … Zebraliśmy się najpierw wokół koksownika, potem wokół maszyny opiekającej kasztany i tak staliśmy i staliśmy i wino piliśmy i hahaha i blablabla… aż maszyna z kasztanów opustoszała… Po placu przemykały pojedyncze osoby, Babbo Natale siedział sam i pewnie zastanawiał się co tu robi, wiatr co jakiś czas zrywał i z hukiem ciskał o posadzkę fragmenty straganów.
Ku pokrzepieniu serc - jeszcze raz vin brule'!


Dobrze było przypadkiem natknąć się na przyjaciół. Uśmiech Ellen ma wielką moc, a tym razem szczególnie był mi potrzebny. 
Nie do końca udało mi się złapać tak wyczekiwany i planowany od dawna oddech w długi weekend "Immacolaty", ale tak to już czasem bywa... 
A dziś dla "odmiany" przywitała mnie piękna niespodzianka. Komputer zdechł, a ja nie mogę znaleźć gwarancji. I nie wiem nawet czy ona jeszcze obowiązuje. Będę kwiatem lotosu... i spróbuję się nie rozpłakać. Pewnie posty w tych dniach będą koślawe, bo korzystam grzecznościowo z komputerów chłopców.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj