środa, 8 listopada 2017

Przemijanie


Koryto Lamone wyschnięte prawie do ostatka znów wypełniło się wodą. Mimo zapowiadanego kataklizmu mającego trwać i trwać, deszcz szybko się wyczerpał i we wtorkowe wczesne popołudnie - jak to mówi Tomek - niebo znów się "otworzyło". A potem chyba znów zaczęło padać… Tak mi się zdaje, bo kiedy wieczorem zamykałam drzwi asfalt był mokry. To byłoby nawet logiczne, wszak kilka godzin wcześniej korzystając z "otwarcia nieba" wyciągnęłam na dwór suszarkę z praniem.
Tak czy inaczej między jednym deszczem a drugim, między jedną lekcją a drugą udało mi się nawet wymknąć na krótki spacer i kilka kilometrów przedreptać. 
- Chodźmy szybko, to się rozgrzejemy.
Szliśmy więc dziarsko, zamaszyście. Droga w stronę Campigno była mokra, a powietrze już zupełnie inne niż tydzień temu, jednak kolory zamiast zgasnąć zdawały się jeszcze bardziej jaskrawe. Byłam przekonana, że pierwszy mocny deszcz zmyje pamiątki po niezapomnianym październiku, jednak o dziwo tak się nie stało.
- Kiedy Ellen wróci, idziemy w góry. 
- Gdzie? 
- "Gdzie" to akurat nie jest ważne. To potrzeba pochodzenia razem.


Glicine przed domem jeszcze bardziej zielone niż żółte, a pelargonie, drzewko cytrynowe, jukki i oleandry wciąż pozostawione na swoich letnich pozycjach. Dopiero za kilka dni powędrują do domu. 
Chociaż powietrze się zmieniło, to jednak szczęśliwie temperatura trzyma się na przyzwoitym poziomie. Oczywiście nie ma się co łudzić… Jeśli prognozy nie kłamią, już w następnym tygodniu i my otrzemy się w nocy o nieszczęsne zero, a to oznacza, że do tego czasu trzeba te wszystkie  biedne rośliny bezpiecznie ulokować w cantinie - pseudo oranżerii.  Inaczej pierwszy przymrozek szybko się z nimi rozprawi... Z pewnością pozbawi natychmiast marradyjskie drzewa i krzewy jesiennych fatałaszków i świat nabierze listopadowych barw. 


Za mało tego deszczu było, nie uporałam się ze wszystkimi zaległościami. Gdyby tak padało ciurkiem ze trzy dni, to bym na żadne kilometry się nie wybierała. Wciąż tyle do zrobienia, że lepiej nie myśleć. A po drodze jeszcze Tomka wycieczka, a to jakieś zebranie, a w niedzielę dzień otwarty w liceum… 
W liceum! Świat oszalał! Za młoda jestem na dzieci w liceum, sama niedawno zdawałam maturę. Czas Kpiarz. Phi!

Patrzę na otaczające mnie wzgórza, na zmarnowane pelargonie, na moje dzieci - pół dorosłe, na swoje odbicie w lustrze i myślę sobie, że życie to jedno, ciągłe przemijanie… 

ZERO to po włosku ZERO (wym. DZERO)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj