środa, 29 listopada 2017

Prawie jak na K2


- Problem w tym, że zwierzęta teraz wygłodniałe - powiedział Mario z przekąsem.
- Czyli, że co? Że mam się bać? To może my lepiej wróćmy już. Nie chciałabym stać się czyimś obiadem.
- Nie wygłupiaj się - uciął stanowczo moje obawy, a potem już do siebie samego - czyje to mogą być ślady? 
- Idziemy dalej? Jesteś pewny?
Poszliśmy dalej, ale pogoda i tak pokrzyżowała nasze plany... 


Rzadko, bo rzadko, ale jednak się zdarza, że w ciągu tygodnia mam dzień prawie cały wolny. To znaczy wolny per modo di dire, bo obowiązków i zaległości nie brakuje. Co mi jednak po stercie prasowania, która "cudem" zniknie, jeśli w zamian frustracja i zmęczenie pod wieczór sięgną zenitu. 
- Jutro mam wolne! Idziemy w góry! - zapowiedziałam Mario w poniedziałek - pogoda powinna dopisać. Wymyśl cel!  
Mario przystał na propozycję, ale ostatecznie trasę wymyśliłam ja sama. Ruszyliśmy z Campigno w stronę galestro, trasą którą przeszliśmy ostatnio jakieś dwa lata temu. Zaczęło się niewinnie… kwitnącymi jeszcze różami przy ostatnim kamiennym domu.  


- Ciekawe jak my podejdziemy tam gdzie jest galestro! - Mario przystanął zasapany i jednocześnie próbował złapać równowagę. 
Szlak jaki obraliśmy we wtorkowy ranek w większej części ścielą kamienie i głazy, które przy tej aurze miejscami pokryły się lodem. Dodatkowo coraz głębszy śnieg perfidnie maskował śliskie zasadzki. Szliśmy więc wolniutko, badając uważnie każdy krok. 
- Czyje to mogą być ślady… Dorosły i dziecko. Popatrz…
- Czyli jak ktoś dał radę przedrzeć się tędy z dzieckiem to i my damy radę.
W pewnym momencie ślady się urwały. 
- Co to oznacza? Cofnęli się? Zmienili trasę? 
- Przydajmy naszej wyprawie dreszczyku… Może w niewyjaśniony sposób zniknęli… Uuuuu...
- A może to nie ludzie? Może to był dzik spryciula. Zakłada buty, schodzi do miasta, nikt go nie wytropi. Potem buty zrzuca i tyle go widzieli.
- Dobre! 
Szliśmy dalej noga za nogą. Na pograniczu siwych chmur i błękitnego nieba. Byliśmy zasapani, bo szlak piął się ostro w górę, coraz silniej też dawał się odczuć mroźny wiatr, który z zasp śniegu tworzył rzeźby, niczym w andersenowskiej Królowej Śniegu...



- Konie! To na pewno konie Tiziano! - pokazałam polanę nieco poniżej naszego położenia i zaraz przypomniałam sobie jak mam się zachować, kiedy spotkam stado na szlaku. Lepiej, żeby nie, ale… "Wymachuj nad głową rękami i klaszcz, narób rumoru, to je wystraszysz" - pouczał mnie Tiziano kilka miesięcy temu. 


Ostatnie podejście, to którego najbardziej się obawialiśmy, okazało się najbezpieczniejsze. Zdjęcia nie oddają stromizny, jaką musieliśmy pokonać. Na czubku galestro czekał na nas wiatr. Wiatr kłujący, szczypiący, ignorant bezczelny. Wiatr, który kazał szyję wbić w ramiona i jeszcze mocniej naciągnąć czapę na uszy.
- Czuję się jakbyśmy co najmniej K2 zdobywali - wzdychałam brnąc w głębokim śniegu. Krajobraz zrobił się iście polarny… - chyba lepiej było zostać w domu i prasować - mamrotałam pod nosem.


W ciągu zaledwie kilku minut nad naszymi głowami niebo naciągnęło ołowianą kapotę. Zniknął bezpowrotnie lazur, a wiatr zaczął nieść ze sobą tumany śniegu. 
- To nie jest mądre. Wracajmy.
- Jeszcze tylko kilka ujęć. 
- Wracajmy, bo jak nam szlak zasypie, to ja nie wiem… Nie wygląda to optymistycznie… K2 jak nic! 


 Cała wyprawa trwała dwie godziny. Zjechaliśmy do miasteczka na obiad i jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że tutaj panowała zupełnie inna aura, jakby osadzona w odmiennej porze roku … Takie to cuda w toskańskich Apeninach! W każdym razie było pięknie! Męcząco, z dreszczykiem, ale pięknie. Zdumiewający monochromatyczny krajobraz.  Tak pięknie, że teraz jeszcze większy we mnie apetyt na wychodzenie się i jeśli pogoda pokaże się od dobrej strony już jutro znów będę na szlaku i to w bardzo zacnym towarzystwie…. A potem trafi mnie szlag, bo z "Monte Bianco" nieuprasowanych rzeczy zrobi się Everest, ale pal to sześć. Ważniejsze jest czasem kolekcjonowanie dobrych wspomnień.

Żebyście mogli poczuć polarny klimat toskańskiej "przed-zimy" w Apeninach, zapraszam Was na krótki filmik. Ze specjalną dedykacją dla O., która latem właśnie w tych okolicach, ponad Campigno ze mną po górach maszerowała. Dobrego dnia!

KŁUJĄCY to po włosku PUNGENTE (wym. pundżente)

1 komentarz:

  1. Dzielni himalaiści ! Tylko , czy dla Maria to nie za wielki wysiłek .. i te wysokości .. na serducho ? Uwielbiamy Przyjaciela Domu i dlatego się martwimy ...Bo Pani Kasia to kózka górska ...Pozdrawiam serdecznie i proszę na siebie uważać. A tak w ogóle to czy nie lepiej przy kominku i winku ? Marta

    OdpowiedzUsuń

Drukuj