środa, 1 listopada 2017

Od zabawy do zadumania.


Już od kilku dni chłopcy umawiali się z przyjacielem na wieczorne "DOLCETTO O SCHERZETTO?". Zaraz po szkole wyciągnęli przebrania, a Tomek tradycyjnie zabrał się za charakteryzację. Tym razem postanowił wystąpić jako legendarny Jack, ten od "halołinowych" dyń - Jack-o-lantern. Dla Tomka takie wydarzenia, to przede wszystkim okazja do pewnego rodzaju teatralnych występów. Mikołaj nie zawracał sobie głowy charakteryzacją. Skupił się na stroju i sprytnie postanowił zostać... człowiekiem bez twarzy. 


Zabawa była taka przednia, że chłopcy stracili zupełnie poczucie czasu. Oczywiście w taki dzień nie działała zasada - "w domu po zmroku" i pewnie gdyby nie mama F. do północy szwendaliby się ciemnymi zaułkami. Zjawili się w domu z worem łupów, a Mikołaj dzierżył w dłoni nadgryzioną kiełbasę. 
- A to? 
- Byliśmy u rzeźnika i dał nam kiełbasę.
- I gdzie jeszcze byliście?
- Martina (mój przyp. warzywniak) dała nam mandarynki... 
W worku między cukierkami walały się już tylko zielone listki.
- Starszy pan z warzywniaka na górze dał nam fistaszki.
Wśród zdobyczy ostały się tylko dwa orzeszki. 
- Mirko pszczelarz dał nam te ciasteczka. Są pyszne. Ciasteczka też dostaliśmy w piekarni. 
- A w barze jakimś byliście? 
- W centrale! Tam dostaliśmy najwięcej! I w Bar Biforco dali nam te cukierki.
- A u maestry Rity? Barbary?
- Nie! Zapomnieliśmy. Ale byliśmy u Federiki. 
Itd… Itp… 
Po raz pierwszy w historii nie upiekłam paluchów wiedźmy. Zajęta byłam spacerowaniem z Gośćmi po złotych łąkach Gamberaldi… Przygotowaliśmy jedynie zapas "kupnych" słodkości dla strasznych psotników, ale przy furtce tylko dwa razy rozległo się chóralne "dolcetto o scherzetto?"


Kiedy chłopcy pukali od domu do domu, na moim telefonie wyświetliło się zdjęcie. Na najważniejszym dla mnie grobie zamigotały 3 znicze. Ode mnie i od chłopców. Dziękuję Paw. Od dawna nie byłam na bródnowskim cmentarzu, ale nie znaczy to, że nie pamiętam. Pamiętam bardzo dobrze, nie ma dnia, bym nie myślała, nie wspominała, nawet jeśli za kilkanaście dni minie już 30 lat…

Zajrzę dziś znów na marradyjski cmentarz, choć prawdę mówiąc nie potrzebuję do tego święta, sama z siebie przychodzę tam dosyć często. 
A potem, by nie poddać się smutnym nastrojom, zamiast tradycyjnego obiadu przy stole mamy w planie piknik na złotych łąkach. Po wczorajszym spacerze Gamberaldi zyskało nowych fanów. 

Oby listopad był dla nas łaskawy!

TRZYDZIEŚCI to po włosku TRENTA (wym. trenta)

3 komentarze:

  1. Ja wchodze na grobonet.Widze mogily bliskich i zapalam wirtualne swieczki. Tez taki znak czasu,ale takie nasze zycie,gdy nie mozemy byc fizycznie tam gdzie chcemy... Pozdrowienia znad Stretto.

    OdpowiedzUsuń
  2. Listopadowe Dzień Dobry Kasiu :) Piękny wpis :)
    Tomek, jak nic ma ogromne predyspozycje do bycia aktorem :) Mikołajowi nie brakuje wyobraźni :) Pozdrawiam Was ciepło, Iwona

    OdpowiedzUsuń
  3. No! To się nazywają łupy! Zastanawiam się tylko nad konsekwencjami mieszania kiłbasy, cukierków, owoców i ciasteczek ;) Brakuje tylko kefiru albo mleka :D

    OdpowiedzUsuń

Drukuj