poniedziałek, 6 listopada 2017

Dobry deszcz


Deszcz w końcu lunął. Lunął z siłą kumulowaną od pięciu miesięcy. Deszcz szary, gęsty, listopadowy. Deszcz, na który mówiąc szczerze czekaliśmy z utęsknieniem i to nie tylko dlatego, że spragniona go była ziemia, czy dlatego że przynajmniej zamiast się włóczyć po Brisighelli i zajadać porchettę mogłam się bez poczucia winy relaksować przed kominkiem. Czekaliśmy na ten deszcz, bo do jesiennego filmiku brakowało nam tak oczywistych dla tej pory roku ujęć kropiących, siąpiących, mżących i lejących. Mieliśmy tysiące kolorów, sagrę, kasztany, winnice, granaty, wzgórza, pociąg i mgłę, kto by przypuszczał, że sfilmowanie deszczu okaże się misją prawie niemożliwą. 

Aż w końcu nim nastało niedzielne mezzoggiorno, lazurowe niebo zniknęło za ołowianą kotarą...
Przed Barem Biforco stali ludzie z głowami zadartymi do góry, ze wzrokiem wbitym w bure sklepienie, z niedowierzającymi spojrzeniami niczym afrykańskie dzieci, które po raz pierwszy widzą śnieg. Padał deszcz, lało jak z cebra, zacinało z wiatrem.
Stałam i ja z nosem przyklejonym do okna i patrzyłam na krople wędrujące po szybie w dół.

- To jak? Gotowy? Czas na nagranie! 
Płaszczyk kolorowy, buty wyskokowe, lazurowy parasol i w trasę. 
- Gdzie?
- Myślę, że plac marradyjski byłby ciekawym wykończeniem po wesołych sagrach. 
- A voltoncino?
- Możemy spróbować i tam…
Plac w istocie zastaliśmy wyludniony, lśniący mokrymi kamieniami. Mogłam do woli paradować w strugach deszczu z niebieskim parasolem, który w końcu poddał się i po rączce zaczęła strumyczkiem ściekać woda. 
- Mamy to! Coś jeszcze?
- Wystarczy! 


W domu każdy znalazł swój kąt i tak zaszyci we własne sprawy i myśli spędziliśmy listopadowe deszczowe popołudnie. Zabrzmi to jak prowokacja, ale naprawdę tego mi było trzeba. Czas nagle zwolnił, dzień się wydłużył. A kiedy w końcu odkleiłam się od kominka, znalazłam też czas na kulinarne eksperymenty. 

***
- Nauczyłeś się? 
- Tak - Mikołaj rozkłada przede mną książkę i zaraz zaczyna mówić o dziwnych rzeczach, a ja tylko coraz szerzej otwieram oczy i próbuję zrozumieć choć pojedyncze słowa. 
- Intersezione di insiemi …
- Czy ty wiesz o czym mówisz? Czy ty to rozumiesz?
- No pewnie. Przecież to proste. Unione di insiemi …
- To dobrze. To dobrze. - Niech to sobie będzie proste, ale ja nawet po polsku zbiorów nigdy nie ogarnęłam, a jakimś cudem maturę z matematyki zdałam śpiewająco…

Mikołaj zbiera swoje fanty i wraca do skypowej konwersacji z N., a ja tylko w duchu dziękuję dobrym genom! Jak dobrze, że oni tak sami wszystko chwytają. Co byto było gdybym na tym poziomie musiała im tłumaczyć matematykę w języku Dantego??? 
Mam nadzieję, że dobrze się nauczył tych intersezioni i unioni, mnie samej trudno to zweryfikować.

ŁATWE to po włosku FACILE (wym. faczile)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj