czwartek, 30 listopada 2017

Listopad kończy swój występ


To niesamowite jak trudno przychodzi nam wyobrazić sobie zimą letni upał. Kiedy wiatr gwiżdże w uszy, kiedy wilgoć jak trucizna wlewa się do szpiku, kiedy noc pastwi się nad nami ukrócając dnia, letnie wspomnienia zaczynają tracić swą wiarygodność, wydaje nam się niemożliwym, że prędzej czy później znów powróci lato, słodki czas poszukiwania cienia i  spacerowania w białych, zwiewnych sukienkach…
Mam wrażenie, że środowe wieczorne wiadomości skupione były na objaśnianiu ruchu mas powietrza. Zdjęcia satelitarne i komputerowe symulacje pokazywały jak to już w piątek aria gelida nadchodząca od północy zderzy się z ciepłym scirocco niosącym czerwień Sahary. Według meteorologicznych map do tego zderzenia dojdzie właśnie nad naszymi Apeninami,  nad centralną Italią, a efektem tego spotkania będę śnieżyce…. A zatem znów Mugello w gębę śnieżką dostanie! Oczywiście zawsze jest możliwość, że wszyscy ci spece od pogody się pomylili, zdjęcia się sfałszowały i cały kataklizm pójdzie bokiem… Magari!!!     


Listopad gotowy już do wyjścia żegna się z nami mgłą gęstą jak kisiel, mgłą w jaką nasze Marradi nigdy się nie ubiera. Z minionych trzydziestu dni to właśnie 29 listopada był najbardziej listopadowy. Patrzyliśmy za okno na siwą kurtynę i nadziwić się nie mogliśmy. Przedziwny ten miesiąc. Przeskoczyliśmy nagle z ciepłej kolorowej jesieni w śnieżyce i zimowe klimaty. Nie było nic pomiędzy, obyło się bez długich szarych dni, załzawionych i rzewnych. 
Tak czy inaczej dobrze, że Domenico wciąć przywozi pod sam dom zapach Basilicaty. Dobrze, że wczorajszą szarugę udało mi się owocnie spożytkować i choć częściowo nadrobić zaległości. Dobrze, że ludzie piszą życzliwe słowa. Dobrze, że dziś - o ile oczywiście wraz z odejściem nocy znikną grzmoty i błyskawice - znów wyruszę w góry i dobrze, że od jutra już grudzień. 
Choć może z tym grudniem to dobrze i niedobrze, minionego czasu nikt nam przecież nie wróci. 

WCZEŚNIEJ CZY PÓŹNIEJ to po włosku PRIMA O POI (wym. prima o poi)

środa, 29 listopada 2017

Prawie jak na K2


- Problem w tym, że zwierzęta teraz wygłodniałe - powiedział Mario z przekąsem.
- Czyli, że co? Że mam się bać? To może my lepiej wróćmy już. Nie chciałabym stać się czyimś obiadem.
- Nie wygłupiaj się - uciął stanowczo moje obawy, a potem już do siebie samego - czyje to mogą być ślady? 
- Idziemy dalej? Jesteś pewny?
Poszliśmy dalej, ale pogoda i tak pokrzyżowała nasze plany... 


Rzadko, bo rzadko, ale jednak się zdarza, że w ciągu tygodnia mam dzień prawie cały wolny. To znaczy wolny per modo di dire, bo obowiązków i zaległości nie brakuje. Co mi jednak po stercie prasowania, która "cudem" zniknie, jeśli w zamian frustracja i zmęczenie pod wieczór sięgną zenitu. 
- Jutro mam wolne! Idziemy w góry! - zapowiedziałam Mario w poniedziałek - pogoda powinna dopisać. Wymyśl cel!  
Mario przystał na propozycję, ale ostatecznie trasę wymyśliłam ja sama. Ruszyliśmy z Campigno w stronę galestro, trasą którą przeszliśmy ostatnio jakieś dwa lata temu. Zaczęło się niewinnie… kwitnącymi jeszcze różami przy ostatnim kamiennym domu.  


- Ciekawe jak my podejdziemy tam gdzie jest galestro! - Mario przystanął zasapany i jednocześnie próbował złapać równowagę. 
Szlak jaki obraliśmy we wtorkowy ranek w większej części ścielą kamienie i głazy, które przy tej aurze miejscami pokryły się lodem. Dodatkowo coraz głębszy śnieg perfidnie maskował śliskie zasadzki. Szliśmy więc wolniutko, badając uważnie każdy krok. 
- Czyje to mogą być ślady… Dorosły i dziecko. Popatrz…
- Czyli jak ktoś dał radę przedrzeć się tędy z dzieckiem to i my damy radę.
W pewnym momencie ślady się urwały. 
- Co to oznacza? Cofnęli się? Zmienili trasę? 
- Przydajmy naszej wyprawie dreszczyku… Może w niewyjaśniony sposób zniknęli… Uuuuu...
- A może to nie ludzie? Może to był dzik spryciula. Zakłada buty, schodzi do miasta, nikt go nie wytropi. Potem buty zrzuca i tyle go widzieli.
- Dobre! 
Szliśmy dalej noga za nogą. Na pograniczu siwych chmur i błękitnego nieba. Byliśmy zasapani, bo szlak piął się ostro w górę, coraz silniej też dawał się odczuć mroźny wiatr, który z zasp śniegu tworzył rzeźby, niczym w andersenowskiej Królowej Śniegu...



- Konie! To na pewno konie Tiziano! - pokazałam polanę nieco poniżej naszego położenia i zaraz przypomniałam sobie jak mam się zachować, kiedy spotkam stado na szlaku. Lepiej, żeby nie, ale… "Wymachuj nad głową rękami i klaszcz, narób rumoru, to je wystraszysz" - pouczał mnie Tiziano kilka miesięcy temu. 


Ostatnie podejście, to którego najbardziej się obawialiśmy, okazało się najbezpieczniejsze. Zdjęcia nie oddają stromizny, jaką musieliśmy pokonać. Na czubku galestro czekał na nas wiatr. Wiatr kłujący, szczypiący, ignorant bezczelny. Wiatr, który kazał szyję wbić w ramiona i jeszcze mocniej naciągnąć czapę na uszy.
- Czuję się jakbyśmy co najmniej K2 zdobywali - wzdychałam brnąc w głębokim śniegu. Krajobraz zrobił się iście polarny… - chyba lepiej było zostać w domu i prasować - mamrotałam pod nosem.


W ciągu zaledwie kilku minut nad naszymi głowami niebo naciągnęło ołowianą kapotę. Zniknął bezpowrotnie lazur, a wiatr zaczął nieść ze sobą tumany śniegu. 
- To nie jest mądre. Wracajmy.
- Jeszcze tylko kilka ujęć. 
- Wracajmy, bo jak nam szlak zasypie, to ja nie wiem… Nie wygląda to optymistycznie… K2 jak nic! 


 Cała wyprawa trwała dwie godziny. Zjechaliśmy do miasteczka na obiad i jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że tutaj panowała zupełnie inna aura, jakby osadzona w odmiennej porze roku … Takie to cuda w toskańskich Apeninach! W każdym razie było pięknie! Męcząco, z dreszczykiem, ale pięknie. Zdumiewający monochromatyczny krajobraz.  Tak pięknie, że teraz jeszcze większy we mnie apetyt na wychodzenie się i jeśli pogoda pokaże się od dobrej strony już jutro znów będę na szlaku i to w bardzo zacnym towarzystwie…. A potem trafi mnie szlag, bo z "Monte Bianco" nieuprasowanych rzeczy zrobi się Everest, ale pal to sześć. Ważniejsze jest czasem kolekcjonowanie dobrych wspomnień.

Żebyście mogli poczuć polarny klimat toskańskiej "przed-zimy" w Apeninach, zapraszam Was na krótki filmik. Ze specjalną dedykacją dla O., która latem właśnie w tych okolicach, ponad Campigno ze mną po górach maszerowała. Dobrego dnia!

KŁUJĄCY to po włosku PUNGENTE (wym. pundżente)

wtorek, 28 listopada 2017

Powrót pandy!


"Powrót pandy"… Czy to nie brzmi jak tytuł filmu karate z lat siedemdziesiątych? Przychodzi na myśl legendarne "Wejście smoka". Chwytliwy tytuł z tą moją pandą! A zatem panda naprawdę powróciła… Powróciła na moją głowę i wcale nie jest mi z tego powodu wesoło, niemniej staram się - jak to mówią Włosi - prendere a ridere, czyli podejść do tego ze śmiechem, bo co innego nam pozostało...


Nie zdążył się jeszcze listopad wyprowadzić z kalendarza, a Marradi już dwa razy pokryło się śniegiem. Niedzielny świt przywitał nas mżawką i ciepłem, ale już jasny ranek przeobraził się w zupełnie inną porę roku. Zupełnie jak dr Jekyll i mr Hyde… Temperatura poleciała na łeb na szyję, a delikatny deszczyk, zrobił się całkiem intensywny i na dodatek szybko przemienił się w śnieg. Z nieba spadały białe płaty niczym "prześcieradła", jak to określił Mario. Szlag trafił moją sesję zaplanowaną na niedzielę i wszystkie inne plany, bo jedyne co można było robić to z kieliszeczkiem wina przykleić się do kominka i oddawać błogiemu lenistwu, co też miało swój niezaprzeczalny urok.


Pokusiliśmy się jednak o krótkie wyjście z domu, bo takich widoków nie mogło zabraknąć w zimowym filmiku. Żartowaliśmy, że o deszcz musieliśmy się prawie modlić, ale śniegu za to będziemy mieć pod dostatkiem. Chłopcy - jedyni szczęśliwi w zaistniałej sytuacji - ubrali się jak na wojnę - śnieżną wojnę i ruszyli nad rzekę do swojego miejsca zabaw. Nie minął jednak kwadrans i wrócili do domu… Zimno, mokro… Do kitu!


Na drugi dzień po niedzielnej śnieżycy w miasteczku nie było śladu. Jedynie wzgórza zostały pobielone, co też utrwaliliśmy w naszych nagraniach i to właśnie na tę okazję wyciągnęłam z szafy pandę. Okazało się, że temperatura nie chce wrócić na swoje miejsce, jak po pierwszym armagedonie. Tym razem musimy przyznać, że chyba do Toskanii naprawdę zawitała zima… Straszą nas, iż pod koniec tygodnia mamy spodziewać się kolejnych śnieżyc, tym razem już na poważnie, cokolwiek to znaczy. 


Tymczasem na marradyjskim moście zawisły bożonarodzeniowe dekoracje, na placu stanął domek świętego Mikołaja i zaprzęg reniferów, u piekarza wisi ogłoszenie, że przyjmowane są zamówienia na świąteczne wypieki, a ja oblizuję się na myśl o pierwszym panettone i póki co walczę sama ze sobą, oddalam moment pierwszej bożonarodzeniowej słodyczy. Taka tam próba charakteru, choć szczerze mówiąc nie wiem po co...







Listopad 2017 zaczyna swoje final countdown… a ja i panda życzymy Wam ciepłego wtorku!

PANDA to po włosku PANDA (wym. panda)


Drukuj