piątek, 17 listopada 2017

Listopadowy motyl


Jak cudownie było znów zobaczyć słońce i 13 stopni na termometrze. Od razu człowiekowi lżej, jaśniej, raźniej, weselej. I ten motyl! Zwariował kolorowy kamikadze! Dał się zwieść chwilowej poprawie, a przecież choćby nie wiem jak było urokliwie, nieuchronnie idzie ku zimie!


Wyłoniły się spod śniegu ochry i karminy. Śnieg powalił kasztanowce i stare sosny, ale nie udało mu się odebrać jesienni ostatnich kolorów. Resztki poniedziałkowego śniegu ostały się na poboczu drogi, na wyższych szczytach, na stokach północnych…. Choć noce zrobiły się teraz zimne, w Marradi znów zapanowała toskańska aura i tak ma też być przez następne dni. To dobrze! Weekend już na starcie i chciałoby się i to i tamto, ale co konkretnie to już nie napiszę, bo znów złośliwość losu pokaże pazury.


We wczesne czwartkowe popołudnie znów zawitałam do mojej ulubionej cantiny. W emaliowanym garneczku parowało vin brule', w innym czekały gotowane kasztany, a za plecami w starym kamiennym kominku wesoło trzaskał ogień. Rozmowy jak zawsze były inspirujące i pouczające, a ja odebrałam kolejną garść ogrodniczych nauk. Rozmawialiśmy o wilkach, o dzikach i o truflach, o pomidorach, o ogórkach i o śniegu. Postanowiliśmy, każdy na swoim gruncie, wypróbować przepis na marmoladę z cachi
I tak minął czas, szklaneczka po winie opustoszała, a łupiny po kasztanach wylądowały w kominku...


Znów poprosiłam Mario, żeby zostawił mnie na placu, że ja chcę do domu na własnych nogach, bo taka jakaś była we mnie niezaspokojona potrzeba wychodzenia się, że przedobiedni spacer, nijak jej nie zaradził. Może dziś, kiedy się już ze wszystkim uporam i kiedy przymknę oko na to, co mniej pilne uda mi się wymknąć ciut wyżej… Może zabiorę ze sobą chłopców, może spróbujemy znów na Biforco popatrzeć z wysoka, może będą nam towarzyszyć listopadowe motyle ...


WCZESNE POPOŁUDNIE to po włosku IL PRIMO POMERIGGIO  (wym. il primo pomeridżdżio)

czwartek, 16 listopada 2017

Powiew Południa



- Mój ojciec zawsze powtarzał: "daj zjeść innym, a wtedy oni dadzą zjeść tobie" - wspominał mentorskim tonem Domenico zachwalając swoje produkty. Jego mała ciężarówka znów zawitała pod nasz dom, wyładowana tym razem mandarynkami, cime di rapa, patate rosse, fenkułami i świeżą oliwą. - Widzisz, że moje owoce nie są wszystkie jednakowe, ten większy, tamten mniejszy… Spróbuj - wyciągnął w moją stronę rozłupaną na pół klementynkę. - Niczym nie są "szprycowane", sama słodycz, prosto z Basilicaty. Jestem wierny zasadzie mojego ojca. Nie nabieram ludzi i wtedy wiem, że do mnie wrócą. 
- A oliwa?
- Moja! Moja najprawdziwsza!
- Na pewno? - droczę się przekornie.
Domenico aż się zapowietrzył i zaraz wyciągnął telefon i zdjęcia zaczął pokazywać. Tu azienda ojca, tu oliwny gaj rodziny, tu pomarańcze… - Zobacz jakie ładne! Te przywiozę za tydzień. 
- Daj mi skrzynkę klementynek i butelkę oliwy. Spróbujemy cóż to za cudo!
Wydał resztę, wręczył zakupy i jeszcze przykazał na koniec: 
- Tylko nie upuść! Wiesz, że rozlanie oliwy przynosi pecha?
 - Nie wiedziałam, ale będę teraz bardziej uważać. 
- Możesz nie wierzyć, ja w zeszłym roku rozlałem cały baniak przez "g…y" kranik i co? 
- ?
- Przy budowie domu mnie oszukali, samochód uszkodzony, żona straciła pracę… ech… Ale to było w tamtym roku! Teraz kupiłem nowy kranik, porządny!

I tak bajał Domenico i bajał, a ja w głowie rejestrowałam każde jedno słowo i zastanawiałam się, czy to w porządku, że oni przecież wszyscy nieświadomi, a ja jak szpieg - kronikarz w głowie dyktafon ukryty…

Dobrze, że wzięłam skrzynkę klementynek - chłopcy zajadali się przez całe popołudnie i wieczór i tyle jeszcze zostało. A oliwa? Oliwa wspaniała, doskonała. Nasączyć nią obrumienioną pajdę chleba, solą posypać, kieliszek wina przygotować i uczta taka, że lepszej mi nie trzeba...

KRAN to po włosku RUBINETTO (wym. rubinetto)

środa, 15 listopada 2017

Jeszcze jedno słowo o zimnie



Jeśli jest coś czego szczerze, z całego serca nie znoszę, to jest to zimno, zima i śnieg. W tej kwestii żadnych wyjątków. Dla mnie nie ma, że ładnie, że uroczo śnieżek prószy, że tak nastrojowo, bożonarodzeniowo. Niech sobie leży śnieg w Alpach, w Dolomitach, bo przecież ludzie chcą poszusować, ja sama jednak naprawdę nie mam nic przeciwko zimie, w której ekstremalne zimno to piętnaście stopni na plusie. Za oknem też wolę widzieć zieleń i słońce zamiast białego puchu. Już chyba kiedyś o tym pisałam, że mnie zimno po prostu "boli". Może w poprzednim wcieleniu byłam niedźwiedziem? Bynajmniej nie polarnym. A tak poważnie, to chyba kolejna dziecięca trauma...

Poniedziałkowy śnieg prawie całkiem stopniał, tylko wysoko w górach jeszcze świat jest pobielony. Jego nadejście - co ciekawe - przyćmiło nawet mundialową porażkę. Przede wszystkim dlatego, że nie tylko prąd wysadziło, ale też tv przestała działać. Ranek następnego dnia natomiast odsłonił szkody, jakich dokonał śnieżny armagedon. Nie tylko nieprzejezdne drogi, ale też disastro w gajach kasztanowych. Połamane wiekowe drzewa, których grube konary trzasnęły jak zapałki. Aż niewiarygodne … Sama z przestrachem patrzyłam na  moją piękną akację, pod którą się latem fotografowałam. Zgięta pod ciężarem śniegu, położyła gałęzie na tarasowej posadzce, ale cudem przetrwała w całości. 
Śnieżny armagedon nie uderzył tylko w Appennino, biało było w Bolonii i co ciekawsze na Sardynii! Teraz śniegowa chmura wędruje sobie na południe.

Na termometrze to 5 to 7 stopni, choć odczuwalna przeze mnie to -20. Opatulam się więc szczelnie jakbym co najmniej na polarną ekspedycję się wybierała i powtarzam - oby do wiosny!  



Najmilsze chwile to teraz te przy kominku. Niezmiennie ulubione: ciepło ognia, słodycz mandarynek i opowieści chłopców. 
- A nikt się nie będzie śmiał, że mam czapkę?
- Dlaczego ktoś miałby się śmiać? 
- Bo tu nikt czapki nie nosi.
- Mario nosi od września do maja i raczej wątpię, żeby się przejmował czy ktoś się z tego śmieje czy nie. Zimno ci w głowę?
- Zimno. 
- Po to właśnie ktoś wymyślił czapkę. Poza tym ładnie w niej wyglądasz.


Słucham relacji Mikołaja z konkursu matematycznego i z klasówki z przedmiotu "tecnologia" , słucham opowieści o wulkanach, streszczenia historii jaką wymyślił Tomek, w której to roboty spierają się z człowiekiem i myślę sobie, że muszę podsunąć mu Lema do poczytania. Słucham i słucham i zaraz robi się ciepłej… 
STRESZCZENIE to po włosku RIASSUNTO (wym. riassunto)

wtorek, 14 listopada 2017

Zasypani



- Pusia! Popatrz! Pada na serio! - Tomek był chyba jedyną albo jedną z nielicznych osób, które cieszyły się ze śniegu.
- Już mi nic nie mów. Kurtkę mam mokrą i bluzkę pod kurtką też i już nie powiem co jeszcze mam mokre! - Myślałam, że mnie szlag trafi. Jedno wyjście do sklepu zakończyło się totalnym przemoczeniem wszystkiego co można było przemoczyć. Po co komu parasol jeśli pada śnieg? - pomyślałam. Naciągnęłam kaptur mojej pseudo puchówki najmocniej jak się dało. Dziesięcioletnia tandeta z jakiejś najtańszej sieciówki, nie jakiś salomon czy rossignol, więc pretensji nie mam, bo po co też tu konkretne zimowe ciuchy, jeśli zima przychodzi raz na jakiś czas, nigdy na poważnie, a już na pewno nie w połowie listopada!! 
Och jaki mnie nerw szarpał! 
- Co Pusia? Zmęczona jesteś? - zapytał Tomek, kiedy ułożyłam się obok niego i zaczęłam sapać jak stary parowóz. 
- Nie, nie zmęczona, tylko wściekła.
- Na co?
- Na pogodę, na światło co to jest i nie ma i na internet, który nawala, przez co lekcje musiałam odwołać. A jak ty się czujesz? 
- Dobrze, już dobrze. 
- Gardło boli?
- Już prawie nic nie czuję.


Na fejsbuku zaroiło się od śniegowych zdjęć, ale raczej nie były one okraszone entuzjastycznymi komentarzami. Pod wieczór pojawiła się też informacja o tym, że kto nie musi niech nie rusza samochodu, że Passo del Giogo i Passo della Colla są zamknięte przez zwalone gałęzie i że jakieś 7000 domów w Alto Mugello zostało bez prądu. My byliśmy w jednym z nich.



Od tygodnia trąbili wszędzie, że w poniedziałek nad Appennino nadejdzie śnieg. Byliśmy więc mentalnie przygotowani, tylko ja jednak miałam na myśli śnieg listopadowy. Taki śnieg co to zmiesza się z deszczem, w breję przemieni i będzie po sprawie. Może tylko w wyższych partiach na chwilę przysiądzie na szczytach gór. 
A tu masz ci śnieg listopadowy! Wieczorem krajobraz wyglądał tak, że gdyby żył George Michael mógłby nakręcić Last Christmas 2. Bez prądu na nic było siedzieć. Zgasiliśmy gazową lampę i o 20.00 byliśmy już w łóżkach. 



Mogłabym powiedzieć, że był to jeden z tych dni, w którym ciężko doszukać się jasnych stron, ale kiedy tak leżałam obok Tomka i fukałam na czym świat stoi, zadzwonił dzwonek przy furtce. Chwilę potem na naszym stole wylądowały takie oto pyszności:


Dziękujemy B. To był zdecydowanie najmilszy akcent całego dnia! 

Dziś rano widać jeszcze złogi na pół roztopionego śniegu, który w nocy zamienił się w deszcz. Deszcz, który oszpeca listopadowy poranek, deszcz, który mam nadzieję szybko zastąpi słońce.


 MOKRY to po włosku BAGNATO (wym. baniato)

poniedziałek, 13 listopada 2017

Zapach mandarynek


W niedzielny ranek malowany lazurowym niebem i wszystkimi możliwymi odcieniami ochry, rdzy i karminu nikt nie chciał wierzyć, że zimno, o którym trąbiły wszystkie portale rzeczywiście nadejdzie. Po solidnej porcji pożywnej zupy - zerknijcie do Kuchni w Kamiennym Domu, bo sporo tam ostatnio nowości - ruszyliśmy na krótki spacer. Tylko Tomek, który na szczęście powoli zaczął wracać do żywych, został w ciepłych domowych pieleszach. Obraliśmy drogę w stronę Campigno, ale nim przeszliśmy pięć kroków zerwał się wiatr. Wiatr zimny i przeszywający nie mający nic wspólnego z rozpieszczającym nas w październiku łagodnym scirocco. 
- Tylko do mostu i wracamy - zarządziłam wciskając szyję w ramiona.
- Dobrze, że z powrotem mamy wiatr w plecy.


Przeszliśmy zamaszystym krokiem zaledwie dwa kilometry i zaraz wróciliśmy do domu. Miało się ochotę rozpalić tylko ogień w kominku i już nosa za drzwi nie wystawiać. Gęste chmury pochłonęły wzgórza z Campigno i dolinę z Crespino, a to nie wróżyło nic dobrego. Skrzynkę z mchem jaki zbierał dzień wcześniej Mikołaj na lekcję historii wciągnęliśmy do cantiny, a donice z oleandrami pod dach. Nim na dobre zaległam przed kominkiem zatrzymałam się jeszcze przy ciężarówce Mariny po drobne zapasy owocowo warzywne. Chwilę potem w salonie rozszedł się nieziemski zapach mandarynek… Pierwsze w tym roku, soczyste, świeżutkie! 
- Zapachniało świętami… czujecie?  
- Tak. 
- To mandarynki … Nie wiedzieć czemu, ale to właśnie ich zapach najbardziej kojarzy się z Bożym Narodzeniem.
Całe późne popołudnie aż do kolacji spędziliśmy na skubaniu i podjadaniu. Mandarynki i pieczone kasztany i tak w kółko. 

Materiał na lekcję historii - czyli włoska kreatywność

Dziś za oknem listopad wypisz wymaluj, wstrętny, zalany łzami, zimny, nie do kochania. Listopad, który na szczęście drobnymi kroczkami zbliża się do półmetka. Przed nami kolejny zajmujący tydzień. Spotkania z nauczycielami, Mikołaja klasówki, Tomek do szkoły wróci pewnie jutro, więc też trochę zaległości do nadrobienia i tak w zapachu mandarynek będziemy się turlać do świąt, które jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, powinny być naprawdę wyjątkowe.  

DROBNE KROKI - to po włosku PICCOLI PASSI (wym. pikkoli passi)

niedziela, 12 listopada 2017

Przygotowania do zimy


Sobota podarowała nam bajeczną pogodę. Było słonecznie i ciepło zupełnie jak wczesną, październikową jesienią. Krążyłam między tarasem i sypialnią. Od pelargonii do pacjenta.  Podawałam czosnek, granaty i mandarynki. Tomek ledwo żywy, nie mógł odżałować - jakby to od niego zależało - że właśnie taki dzień wybrał sobie na chorowanie. Dziś aura ma być podobna, niemniej dla niego będzie to kolejny dzień pod kołdrą. Zwiedzanie liceum i spacer po Faenzy niestety będą musiały poczekać. Mam nadzieję, że choć z Mikołajem uda nam się wymknąć na krótki spacer, tak jak to zrobiliśmy wczoraj. Spacer owocny, w czasie którego w Mikołaju obudziła się kulinarna wena, o czym możecie przeczytać tutaj.


Patrząc na termometr i w niebo aż nie chce się wierzyć, że już jutro czeka nas przedsmak zimy. Z tego też powodu poświęciłam pół soboty na przycinanie pelargonii, demontowanie donic i upychanie wszystkiego w naszej "oranżerii". Nostalgiczny czas. Wraz z każdą spadającą na posadzkę gałązką czułam napływającą falę smutku i żalu za minionym. Przypomniały mi się nasze letnie wieczory na tarasie i południa skwierczące upałem i ranki spokojne, wakacyjne… Ach! Gdzie ten czas…   


Zobaczymy czy coś z tego przetrwa do wiosny. W tym roku najpiękniejsze donice, były właśnie kompozycjami sadzonek z poprzedniego roku. Dziwnie zrobiło się teraz na tarasie. Goło i bez życia. Mam nadzieję, że zima będzie łagodna i że za trzy miesiące zaczniemy wypatrywać pierwszych pąków na drzewach. Taka perspektywa bardzo pomaga. 
Dobrej niedzieli! 


FALA to po włosku ONDA (wym. onda)

sobota, 11 listopada 2017

Gorączka piątkowej nocy


To chyba Woody Allen powiedział: "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach…". Jest też takie powiedzenie: "pysk szczeka, pysk dostanie"! Oto ja, ze swoim wielkim planem na weekend - wyspać się przede wszystkim! Bardzo zabawne! Poza tym miała też być super kolacja z mięsem grillowanym w kominku tak jak lubimy i owszem była, ale to wszystko nie tak było zaplanowane.
W piątkowy ranek Tomek niechętnie szedł do szkoły. Zmęczony i niewyspany negocjował ze mną, by zostać w domu, na co ja nie chciałam się zgodzić, bo przecież na pewno tak samo zmęczona i niewyspana była reszta klasy. Do szkoły w końcu poszedł, ale nim minęła pierwsza godzina na telefonie wyświetlił się marradyjski numer. Szkoła.
- Pusia, strasznie źle się czuję, nie dam rady.
- Zaraz wyślę po ciebie Mario. 
Telepiącego się z zimna, słabiutkiego odebrał Mario i zajął się nim do końca moich lekcji. 
- On ma gorączkę - szepnął tylko przez drzwi, kiedy ja rozwodziłam się na temat czasowników nieregularnych. 
Z gorączką walczyliśmy cały dzień i co gorsza pół nocy. Nie jestem przyzwyczajona do chorowania dzieci, a w Tomka przypadku to chyba tak naprawdę pierwsza wysoka gorączka w całym jego życiu. 
- Nigdy się tak źle nie czułem - deklarował - w ogóle dawno nie byłem chory.
- Odkąd tu mieszkamy tylko kilka razy byłeś lekko przeziębiony.
- Pusia, bo tu się dobrze żyje. Mamy dobre jedzenie i dobre powietrze i wszystko jest lepsze.
- To prawda, co nie zmienia faktu, że pewnie z wycieczki przywiozłeś sobie kiepską pamiątkę.
Patrzyłam na zmęczonego Tomka schowanego pod kilkoma kocami, na wystający tylko kawałek czupryny i serce mi pękało na samą myśl, że może się czuć tak podle, jak ja w czasie tej cholernej "zarazy" na początku roku.

Wygląda na to, że po nieprzespanej nocy przynajmniej na ten moment gorączka się uspokoiła. Zobaczymy co dzień pokaże. Do atrakcji dołącza teraz ból gardła, więc obawiam się, że bez lekarza się nie obędzie. Oby to nie była tylko żadna angina… 
Oczywiście dzień otwarty w liceum też szlag trafił jak i nasz spacer jak i mój święty spokój. 
Z dobrych rzeczy - wyszło słońce. To już coś.

GORĄCZKA to znaczy FEBBRE (wym. febbre)

piątek, 10 listopada 2017

Kolejne oznaki dorosłości.


Tomek wrócił z wycieczki super zadowolony, zmęczony, ale uśmiechnięty od ucha do ucha. Żartował, że jedyne co poszło nie tak to brak wody… Buciory myśliwego nie były potrzebne. Dotarło do mnie wczoraj, że mój syn wydoroślał bardziej niż mi się wydawało. Już nie "peplał" chaotycznie tak jak kiedyś, nie starał się opowiedzieć wszystkiego w ciągu pięciu minut i nie wydał kieszonkowego na szklane figurki … Cedził opowieści, zachowując chronologię, opowiadał o ludziach napotkanych w pociągu i na ulicy, zachowując najważniejszy punkt wycieczki na koniec. Może to nie dorosłość, może to było tylko zmęczenie...
- A wystawa ci się podobała? 
- Bardzo! 
- Tylko tobie czy innym też?
- Wszystkim się podobała. 
- To naprawdę musiało być pięknie. A masz do opowiedzenia jakieś ciekawe historie? - pytałam tonem dziecka czekającego na bajkę na dobranoc.
- Nie - odpowiedział lapidarnie.
- Nie? Naprawdę???? 
- Pusia … - uśmiechnął się szelmowsko - żartowałem! No pewnie, że mam, ale opowiem ci jutro. Dziś chodźmy już spać. 
Nim jednak zasnął jedną krótką opowieścią się ze mną podzielił. To się nazywa budowanie napięcia. W każdym razie ja opowieści nie będę mu zabierać. Obiecał, że w weekend usiądzie i sam o tym wszystkim dla Was napisze. 

Mikołaj natomiast przez cały wieczór chodził jak zbity pies. Kręcił się z kąta w kąt, trochę poczytał, pouczył się, patykiem pogrzebał w kominku, nijak miejsca nie umiał sobie znaleźć. Dopiero kiedy Tomek przed 21.00 wsiadł do samochodu, brat przykleił się do niego stęskniony i z uścisku nie wypuszczał go do samego domu.

***
Dobrze, że już weekend. Potrzebuję się wyspać. To niby miał być w miarę spokojny tydzień, a przez te zebrania, wycieczki i inne obowiązki, znów nie wyrabiałam się na zakrętach. Ale to dobrze, może dzięki temu udaje mi się trzymać listopadową zmorę pod butem. Na weekend mam wspaniały plan: wyspać się, a potem jeszcze raz wyspać się. A jak już się wyśpimy, to pojedziemy poznawać Tomka przyszłe liceum i może przy okazji … Ale to może, więc pisać  jeszcze nie ma o czym.
Z nowości pogodowych: na poniedziałek zapowiadają śnieg z deszczem nad naszym Appennino. Uroczo! Choć pewnie i w tym znajdę pozytyw - białe nagrania do filmiku zimowego. A tymczasem jeszcze raz JESIEŃ MARRADYJSKA 2017 i już prawie weekendowo mówię Wam BUONGIORNO!

Na koniec jeszcze dzielę się ofertą, myślę bardzo ciekawą dla tych, którzy podróżują po Italii: 

https://www.facebook.com/GoEuroPolska/posts/1493533484059428

ZASNĄĆ to po włosku ADDORMENTARSI (wym. addormentarsi)

czwartek, 9 listopada 2017

Szkoła, wycieczka i dla odmiany "drobna" krytyka w pewnej sprawie.


Bladym świtem, a właściwie świtem jeszcze całkiem czarnym jak najgłębsza noc moje starsze dziecko pojechało na wycieczkę. Gdzie tym razem i w jakim celu opowie już tradycyjnie on sam. Mam nadzieję, że jak na Tomka przystało uszy w ciągu dnia będzie miał szeroko otwarte i przywiezie nam dużo fascynujących historii. 
Pogoda niestety ma nawalić koncertowo, a to oznacza, że woda będzie nie tylko "od dołu", ale i od góry. Łamałam sobie głowę jak mojego wycieczkowicza zabezpieczyć, bo przecież kaloszy na stanie nie mamy. Tomek, jak to Tomek żartował, że lepsze niż kalosze byłyby płetwy, ale ostatecznie Mario pożyczył swoje myśliwskie buciory, odporne na wodę i inne kataklizmy. Francji - elegancji w tym żadnej, ale najważniejsze, że przynajmniej stopy pozostaną suche. 

Po wczorajszych zebraniach w szkole już wiemy, że ten rok będzie wyjątkowo atrakcyjny jeśli chodzi o wyjścia. Teatr i planetarium we Florencji, laboratoria naukowe w Bolonii, średniowieczne mury w okolicach Padwy, a Tomek na zakończenie przygody ze scuola media  pojedzie gdzieś na północ. Co to znaczy być dzieckiem w Italii!

Wiem, że wielu Czytelników interesuje szkolny temat, więc podzielę się też nowym "prawem" jakie weszło w życie w ostatnich tygodniach, wywołując rozpacz uczniów i utrapienie rodziców. Otóż do tej pory dzieci do końca szkoły podstawowej musiały być przyprowadzane i odbierane przez rodziców lub opiekunów. Dopiero uczniowie scuola media mogli cieszyć się swobodą i samodzielnością. Niestety radość tegorocznych gimnazjalistów trwała krótko. Po nieszczęśliwym zdarzeniu, jakie miało miejsce w Mediolanie, o ile się nie mylę, wprowadzono nakaz odbierania dzieci do 14 roku życia przez dorosłych. Nie trudno zrozumieć, że dorosłym taka ustawa komplikuje życie, a z dzieciaków robi uzależnione od nich melepety. Rzadko krytykuję to co włoskie, ale akurat to prawo jest wyjątkowo … żeby nie użyć mocnych słów… do d… Jeden wypadek przesądził o wszystkim. Włosi nie od dziś znani są ze swojej nadopiekuńczości w kwestii dzieci i chyba nic mnie już nie zdziwi, niemniej ta ustawa to jeden z największych absurdów ostatnich lat. Ja sama jestem matką kwoką i dziś do 21.oo nim Tomek do Marradi nie wróci spokoju nie zaznam, ale to jednak trochę inna sytuacja. Natomiast w kwestii codziennego wychodzenia ze szkoły to z jednej skrajności w drugą - teraz za rączkę pod same drzwi i spod samych drzwi, a za rok sami w pociąg i wio do liceum w innym mieście. Paranoja. 

To oczywiście nie wina szkoły, tylko odgórny nakaz. Sama szkoła bowiem bez zmian, wciąż mnie zachwyca i na każdym kroku powtarzam, że moi chłopcy mieli wyjątkowe szczęście. 

PRAWO - po włosku LEGGE (wym. LEDŻDŻE)

środa, 8 listopada 2017

Przemijanie


Koryto Lamone wyschnięte prawie do ostatka znów wypełniło się wodą. Mimo zapowiadanego kataklizmu mającego trwać i trwać, deszcz szybko się wyczerpał i we wtorkowe wczesne popołudnie - jak to mówi Tomek - niebo znów się "otworzyło". A potem chyba znów zaczęło padać… Tak mi się zdaje, bo kiedy wieczorem zamykałam drzwi asfalt był mokry. To byłoby nawet logiczne, wszak kilka godzin wcześniej korzystając z "otwarcia nieba" wyciągnęłam na dwór suszarkę z praniem.
Tak czy inaczej między jednym deszczem a drugim, między jedną lekcją a drugą udało mi się nawet wymknąć na krótki spacer i kilka kilometrów przedreptać. 
- Chodźmy szybko, to się rozgrzejemy.
Szliśmy więc dziarsko, zamaszyście. Droga w stronę Campigno była mokra, a powietrze już zupełnie inne niż tydzień temu, jednak kolory zamiast zgasnąć zdawały się jeszcze bardziej jaskrawe. Byłam przekonana, że pierwszy mocny deszcz zmyje pamiątki po niezapomnianym październiku, jednak o dziwo tak się nie stało.
- Kiedy Ellen wróci, idziemy w góry. 
- Gdzie? 
- "Gdzie" to akurat nie jest ważne. To potrzeba pochodzenia razem.


Glicine przed domem jeszcze bardziej zielone niż żółte, a pelargonie, drzewko cytrynowe, jukki i oleandry wciąż pozostawione na swoich letnich pozycjach. Dopiero za kilka dni powędrują do domu. 
Chociaż powietrze się zmieniło, to jednak szczęśliwie temperatura trzyma się na przyzwoitym poziomie. Oczywiście nie ma się co łudzić… Jeśli prognozy nie kłamią, już w następnym tygodniu i my otrzemy się w nocy o nieszczęsne zero, a to oznacza, że do tego czasu trzeba te wszystkie  biedne rośliny bezpiecznie ulokować w cantinie - pseudo oranżerii.  Inaczej pierwszy przymrozek szybko się z nimi rozprawi... Z pewnością pozbawi natychmiast marradyjskie drzewa i krzewy jesiennych fatałaszków i świat nabierze listopadowych barw. 


Za mało tego deszczu było, nie uporałam się ze wszystkimi zaległościami. Gdyby tak padało ciurkiem ze trzy dni, to bym na żadne kilometry się nie wybierała. Wciąż tyle do zrobienia, że lepiej nie myśleć. A po drodze jeszcze Tomka wycieczka, a to jakieś zebranie, a w niedzielę dzień otwarty w liceum… 
W liceum! Świat oszalał! Za młoda jestem na dzieci w liceum, sama niedawno zdawałam maturę. Czas Kpiarz. Phi!

Patrzę na otaczające mnie wzgórza, na zmarnowane pelargonie, na moje dzieci - pół dorosłe, na swoje odbicie w lustrze i myślę sobie, że życie to jedno, ciągłe przemijanie… 

ZERO to po włosku ZERO (wym. DZERO)

wtorek, 7 listopada 2017

Wariactwa z Kamiennego Domu i filmowe podsumowanie jesieni


Ranki teraz zwariowane, bo Matka Polka jakiś czas temu zarządziła, że rano nim życie ruszy swoim rytmem pół godziny jej się rano należy jak psu buda. Na co jej te pół godziny? Proste! Koniec z MelB, skalpelami i innymi "dziesięciominutówkami", postanowiła wrócić z żelazną konsekwencją do starego dobrego pilatesa. Nie było rady! Od wieku okrągłego nie ma odwołania, a prawa jakieś przeklęte szacher macher z fizyką urządzają... I tak Matka Polka teraz nawet o piątej się z łóżka zrywa, żeby ze wszystkim zdążyć, żeby mieć czas (taki żarcik z tym czasem), ale potem się tak jakoś wszystko składa, że nijak się na zakrętach nie wyrabia. Ćwiczy jednak dzień w dzień, nie ma zmiłuj! 
I się zaczyna… 
Dzieci do pionu ustawia, pogania - a szybko! a ta książka to czyja? a piórnika byś zapomniał! a kanapki kto nie schował? a czemu ja muszę ciągle gadać i gadać i gadać…? Ja się przecież relaksować miałam! 
A dzieci już nie dzieci z politowaniem patrzą jak Matka nogami wywija, palce u stóp obciąga, a to stopa flex, a to point, nosem wdycha, ustami wydycha… 

- No! Skończyłam! Teraz idę robić kąpiel! - obwieszczam z satysfakcją po pół godzinie wywijania, kiedy chłopcy już zwarci i gotowi stoją przy drzwiach.
- Ej Pusia! Od kiedy to po polsku się robi kąpiel. 
- "Ojtam"! Wykąpać się idę!
Pięć minut później przed tym samym oknem. Tomek z nosem rozpłaszczonym o szybę:
- Niebo się otwiera. 
- Ej! A od kiedy to po polsku niebo się otwiera? Chciałeś powiedzieć: wypogadza się?
- Tak Pusia! Niebo się wypogadza. 
Uśmiechamy się do siebie i i zaraz każdy rusza w swoim kierunku. 



***
Wieczór.
- Mogę ci coś przeczytać? - pytam Tomka, kiedy już leży opatulony kołdrą.
- Co takiego? Coś się stało?
- Nie, to tylko mój artykuł o nas. Chcę, żebyś ocenił. 
- Czytaj. 
- "Ranki teraz zwariowane, bo Matka Polka jakiś czas temu zarządziła, że rano nim życie ruszy swoim rytmem pół godziny …" - czytam wszystko jak na świętej spowiedzi, a Tomek się tylko uśmiecha i w końcu przerywa mi w pół zdania.
- Wiesz jak ty piszesz? 
- Jak? 
- Jak Cejrowski! Ale to komplement, bo mi się podoba jak on pisze. Ty bardzo fajnie piszesz!
- Serio? Podoba ci się? 
- Bardzo… Widzisz Pusia… Niebo się wypogodziło i chwilę potem … ZAMKNĘŁO:)) - Tomek się śmieje ze swojego żartu i zaraz odwraca na drugi bok. 
Buona notte…

A ja tym wywodem mówię Wam BUONGIORNO, a do porannej kawy zostawiam podsumowanie marradyjskiej jesieni. Oto nasze polowanie na spadające liście, mgłę, deszcz i  legendarny już pociąg. AUTUNNO MARRADESE 2017



Drukuj