czwartek, 26 października 2017

Mistrz bruschetty i aktor - czyli jesienne impresje z Kamiennego Domu


W środowy wieczór słońce pożegnało się z nami wyjątkowo widowiskowo. Nad Biforco rozciągnęło się różowe niebo. Było bajecznie, jednak ja nie zrobiłam ani jednego zdjęcia, bo szczerze mówiąc bardziej skupiona byłam na Mikołaju, który podjął się kulinarnego wyzwania - przygotować na kolację bruschetty. Po sagrach spędzonych na kelnerowaniu i obserwowaniu jak Andrea z pietyzmem obrumienia, "czosnkuje" i "naoliwia" chleb również i on poczuł się ekspertem i postanowił w domu zaprezentować swoje umiejętności. Wspierać miał go Tomek, który początkowo zobowiązał się przygotować spaghetti, jednak ostatecznie zbyt pochłonęła go praca domowa z angielskiego i swoje popisy kulinarne przełożył na dziś. 


Mikołaj przejęty był bardzo, żeby chleb nie był za bardzo spieczony, żeby dymem nie było czuć… Wpatrywał się w kominek i objaśniał mi tonem specjalisty - "o teraz dobry ogień", "a teraz za bardzo dymi"… Bruschetty przygotowane z sercem wyszły przepyszne, nie mogło być inaczej. Zajadaliśmy przyrumieniony chleb skropiony bogato oliwą, natarty czosnkiem i posypany solą. Już prościej się nie da… Co w tej Italii jest takiego, że nawet zwykły chleb smakuje jak uczta u króla?


Dorosły mi dzieci nie wiem kiedy. Oglądamy coraz bardziej zajmujące filmy. Po filmie "Bogowie" przyszedł czas na "Wałęsę". Chłopcy koniecznie chcieli poznać fragment historii przypadający na lata mojego dzieciństwa. Zwłaszcza Mikołaja ten temat niezmiernie fascynuje. 
- Wiesz ja już nie mógłbym żyć w Polsce - mówi pewnego dnia - ale historię chcę znać, nie mogę być ignorante.     

***
- Myślisz, że lepiej żebym poszedł do szkoły filmowej w Nowym Jorku czy w Australii? - pyta całkiem poważnie Tomek.
- W Nowym Jorku to chyba prywatna szkoła, w Australii nie wiem. Ale chyba byłabym raczej za Australią. 
- Ja chyba też.
- Ale zakładasz taką możliwość, że może mnie na taką szkołę nie będzie stać?
- Spokojnie! Do tego czasu napiszę i wydam książkę. Chyba znanego pisarza przyjmą z otwartymi rękami… - Chwilę się zastanawia. - A chyba jeszcze chętniej przyjmą syna znanej pisarki, co o tym myślisz?    


Jesień rozgościła się w dolinie Lamone… Feria kolorów, zapach liści i choć ranki dzwoniące zębami, to dni wciąż upojnie ciepłe i niebo wściekle lazurowe. 

Z OTWARTYMI  RĘKAMI to po włosku A BRACCIA APERTE (wym. a braćcia aperte)

5 komentarzy:

  1. Zdjęcia są świetne :D Gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Również uwielbiam wieczory przy kominku, szczególnie w takiej porze jesienno-zimowej ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękna historia :) Pozdrawiam Was wszystkich ciepło :) i zazdroszczę Bruschetty, bona pewno była przepyszna :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zjadłabym taki chleb. Kolejna piękna historia. Można naprawdę poczuć się jej częścią. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tomek Wspaniały! :))

    OdpowiedzUsuń

Drukuj