poniedziałek, 2 października 2017

Florenckie wojażowanie w deszczu - akt 1.



- W sumie nic nie zobaczyliśmy - podsumował Mario.
- Tak zupełnie nic to też nie, bez przesady!
- Ale jakby nie było ubawiliśmy się, czyż nie? 
- Bo najważniejszy jest dobry humor i towarzystwo. To był dobry dzień. Mimo wszystko.

Plan był bardzo ambitny. Mieliśmy jechać i tu i tam i Certosa di Firenze i sama Firenze, a w niej ogrody i Santa Croce, ale … Wyszło jak wyszło, zresztą już nie pierwszy raz w tym roku. Pogoda miała być całkiem do rzeczy, podczas gdy w Marradi zapowiadano deszcz. Tymczasem przez prawie cały czas naszego wojażowania padało z nieba coś przedziwnego, niby mżawka, kapuśniaczek, to coś nawet nas nie zmoczyło i pewnie snulibyśmy się tak do późnego popołudnia. Tym co szybko przegoniło nas do domu był nie deszcz, a turyści. Turyści w każdym zakątku, nawet w uliczkach zwykle mniej uczęszczanych i do tego wszyscy uzbrojeni w parasole! Takiego najazdu nie widziałam już dawno. Domyślam się, że to zasługa "wolnej niedzieli", bo kolejki jakie kłębiły się przed niektórymi atrakcjami były nie do uwierzenia.

- Mamusiu ja już nie jestem przyzwyczajony do tylu ludzi. - Mikołaj ściskał mocno moją rękę, kiedy przeciskaliśmy się przez Ponte Vecchio.
- Ja też nie.
- Już nie chciałbym żyć w mieście.
- Uważaj na oczy, te parasolki są z każdej strony…

Naszą domową tradycją w czasie wojażowania w stronę Toskanii jest śniadanie w barze w Borgo San Lorenzo. Tym razem jednak Mario postanowił zmienić miejsce, na co chłopcy początkowo pokręcili nosem, ale już chwilę potem, kiedy siedzieli w rzeczonym barze nad cappuccino i bułeczką ociekającą od kremu, nachwalić się nie mogli, że to był bardzo dobry wybór i od teraz to już zawsze tu…  



Zaczęliśmy od Certosa di Firenze. To ogromny klasztor, który wznosi się na wzgórzach graniczących z miastem. Zaczęliśmy i zaraz ten punkt wyprawy zamknęliśmy. Miły człowiek na parkingu zapytał nas: 
- Na mszę czy na degustację?
- Na zwiedzanie.
- Oooo to po południu. Teraz jest msza i zaraz po niej zacznie się degustacja. 
Szlag! 
Wysiedliśmy na chwilę z samochodu, by choć do kościoła zerknąć i na pierwsze krużganki i tyle było naszego odkrywania Certosy… Kiedyś tam wrócę i dopiero wtedy o tym miejscu opowiem. 



Zjechaliśmy do Florencji i zaparowaliśmy samochód na San Frediano, dzielnicy okrytej kiedyś "złą sławą", choć i teraz mówi się, żeby zagłębiać się w tutejsze uliczki raczej za dnia. San Frediano to taka warszawska Praga. Wśród turystów jest zwykle wyborem "trzeciego dnia", kiedy już obejrzą Duomo, galerię, zapoznają się z Brunelleschim i Dawidem, zrobią zdjęcie panoramiczne z Piazzale, wtedy ruszają na poszukiwanie czegoś nieznanego. Ja moją następną florencką wyprawę mam zamiar zadedykować właśnie Oltrarno albo jak mówią florentyńczycy "diladdarno", a tymczasem pokazuję Wam jedną z lokalnych perełek. Oto Santa Maria del Carmine.


Kościół został wybudowany jako część kompleksu klasztornego karmelitów w XIII wieku i przebudowany w następnych stuleciach. W osiemnastym wieku poważnie ucierpiał w pożarze i dziś z dawnych czasów zachowała się jedynie facjata i kaplica Brancacci. Przepiękne sklepienie i barokowe wnętrze z zachwytu odbierają mowę. Kiedy przekroczyliśmy próg Santa Maria del Carmine, ksiądz udzielał właśnie błogosławieństwa. Msza się skończyła i był to jedyny kościół, który udało nam się tego dnia zobaczyć. Pamiętajcie o tym, kiedy zdecydujecie się właśnie w niedzielę ruszać na zwiedzanie! Warto sprawdzić rozkład nabożeństw, żeby ktoś nie zamknął Wam drzwi przed nosem i nie powiedział - "jeśli turystycznie,  to po mszy", jak zdarzyło nam się przy Santa Croce… Ale o tym i o innym w deszczowej Firenze już jutro, bo dziś obowiązki wzywają.
Dobrego tygodnia i trochę spóźnione ale … Niech październik dobry ma początek!



 ZWIEDZAĆ to po włosku VISITARE (wizitare)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj