poniedziałek, 30 października 2017

Dogonić pociąg, pożegnać kasztanowe sagry...


Za nami już wszystkie kasztanowe niedziele w tym roku. Pogoda dopisała, nawet jeśli silny choć na szczęście ciepły wiatr targał czym mógł ile sił. Nie udało mu się nikogo wystraszyć. Ostatnia i pierwsza sagra są zwykle uważane za te mniej popularne, tymczasem do Marradi wlał się znów tłum smakoszy i wędrował placem i uliczkami w górę i w dół do samego wieczora. Ja sama starałam się uchwycić w obiektywie to czego jeszcze nie uchwyciłam, jak również złapać kadry, które stały się już kasztanową tradycją … Ale od początku!


Ostatnia kasztanowa sagra 2017 i ostatnia szansa, by sfilmować stary pociąg. Na to nagranie polowaliśmy od dawna. Miało się wpleść w jesienny filmik, który jest właśnie na ukończeniu. Pierwszy pociąg sfilmowaliśmy doskonale dzięki przemyślanemu strategicznemu ustawieniu się. Szkoda tylko, że wtedy wagony ciągnął diesel, a nie dymiąca lokomotywa. Okazało się, że Appennino jest dla staruszki zbyt wielkim wyzwaniem i pozostało nam czekać na kolejną niedzielę i pociąg, który miał przybyć z Rimini. Na ten niestety się spóźniliśmy. Nic się jednak nie stało - tłumaczyliśmy sobie - tak jak pociąg przyjechał tak też odjedzie. I bylibyśmy nawet na czas, gdyby nie to, że "bańkarz" nas tak oczarował swoim pokazem, że o bożym świecie zapomnieliśmy, o pociągu oczywiście też. Pozostała ostatnia niedziela… Przyjazd pociągu do Marradi zaplanowany na 11.30, a zatem na trasie, by sfilmować go w ruchu, jak przemierza naszą zieloną dolinę, musieliśmy być jakieś dziesięć minut wcześniej.
- W San Cassiano będzie ładnie.
- Moim zdaniem lepiej w San Martino.
- Może masz rację. - Mario zjechał z głównej trasy i zaraz boczną drogą, skierowaliśmy się w stronę zaproponowanego przeze mnie miejsca. Po 100 metrach drogę zatarasował nam zamknięty szlaban na przejeździe kolejowym.
- Szlag!!!! Już jedzie!!! 
- Fi fi - fi fi - pogwizdywała ciuchcia. 
- Ca…po … ma… - posypały się najmniej przyzwoite słowa.
- Do tyłu! Wykręcaj! Musimy go wyprzedzić! 
Gdyby ktoś widział nas w tamtym momencie … Byliśmy jak agenci do zadań specjalnych. Nissan nie jechał tylko frunął, a ja zastanawiałam się czy to jest do końca normalne. 
Dotarliśmy pod mostek jaki upatrzyłam sobie na nagranie i kiedy przebiegałam pod nim by wdrapać się na uniesione na wzgórzu pole, skąd widać całą dolinę, usłyszałam równomierny stukot torów - tutut tutut…. Coraz bliżej i bliżej. Zdążyłam otworzyć kamerę i wcisnąć czerwony przycisk i jakąś sekundę, może dwie końcowych wagonów złapałam. 


- Tak szybko??? Kto to widział, żeby stary pociąg tak gnał! 
- Kto to widział, żeby pociąg w Italii przyjeżdżał dziesięć minut przed czasem???!!!
Nawyklinaliśmy się na kolej, ale też i ubaw mieliśmy przedni. 
- Pociąg odjeżdża o 17.30. Będę tu czatować od 16!
O 16.00 oczywiście jeszcze nie czatowałam, ale od 16.30 już tak, dla pewności.
- Ile brakuje? 
- Pół godziny. 
- Mamy problem. Za pół godziny będzie ciemno…
- Cholera tego nie przewidziałam… Teraz, znając życie nie będzie przed czasem… 
Przed nami rozlał się różem i czerwonościami kolejny październikowy zachód słońca jeszcze piękniejszy od poprzednich. 


- Teraz! No dawaj, taka piękna sceneria! - Pokrzykiwałam sobie stojąc jak słup w polu, wystawiona na wiatr.  
Z dala słychać było pogwizdywanie pociągu, a kolory nieba słabły z każdą chwilą. W końcu znów zastukały tory i w półmroku nadjechała zabytkowa ciuchcia z wagonami, zupełnie jak ta u Tuwima. Zwycięstwo połowiczne. Nagraliśmy tak jak było zamierzone, szkoda tylko, że zabrakło dnia…


A poza gonitwą za pociągiem, na ostatniej sagrze było tak:


Smaków, muzyki i dobrej zabawy nie brakowało. Humory dopisały. Skrzynki z kasztanami opustoszały i żartowaliśmy, że dla marradyjczyków na święta już chyba nic nie zostało. Uśmiechnięte do końca twarze, zapach caldarroste, miliony rozdeptanych łupinek na asfalcie … A dla mnie na pamiątkę zdjęcie z najsłynniejszym na świecie bruschettaio!

Hey you! A wspólne zdjęcie?

Czekamy na Was z pieczonymi kasztanami już za rok, a tymczasem dobrego dnia! Dobrego tygodnia, w którym to na scenę wejdzie listopad…

W KTÓRYM to po włosku IN CUI (wym. in kui)




5 komentarzy:

  1. Przepiękny, kolory wpis :) pozdrawiam, Iwona

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrego dnia Kasiu, udało mi się wyrwać październikowi tydzień słońca i ciepełka. Śmieję się, że cofnęłam się w czasie. Z szarugi polskiej znalazłam się w słonecznej Barcelonie! Pozdrawiam serdecznie! Małgosia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne zdjęcia, koniecznie muszę odwiedzić to miejsce w przyszłym roku. Pozdrawiam ;-)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj