wtorek, 25 lipca 2017

Ostatnie pole słoneczników


Ja już nie wiem, czy to złośliwość rzeczy martwych czy niemartwych czy zrządzenie losu czy jak tam to zwał… 
Sezon w tym roku jest wyjątkowo pracowity i zajmujący i tak naprawdę mało jest dni, kiedy mogę się odciąć, zniknąć, poświęcić czas sobie i dzieciom. Od początku maja mamy też suszę i rekordowe upały. Padało - nazwijmy to padaniem - może ze trzy razy. Ironia losu - pogoda zbuntowała się prawie za każdym razem właśnie w te moje dni wyrwane codzienności. Niebo się zachmurzyło, burzą postraszyło, plany kazało zmieniać, a potem ni to deszcz ni splunięcie, a z planów i tak nici. Wyjątkiem było ostatnie morze. Tamten dzień był tak piękny, że postanowiliśmy go powtórzyć… 
Już od niedzieli torby stały spakowane, a tu - o zgrozo - front jakiś dziwny postanowił przejść nad Adriatykiem i nasze plany szlag trafił. 
- Co robimy? 
- Nie mam pojęcia. Ale na pewno nie Ravenna...
Ostatecznie zaniosło się nie tylko nad Romagną, ale i nad Toskanią. Tak czy inaczej na przekór wszystkiemu ruszyliśmy w drogę, tyle że w przeciwnym niż zaplanowany kierunku.
- Słuchaj nie musimy na siłę nigdzie jechać. Znów będzie tak jak z Conero. Zrobimy 500 km żeby zjeść piknik… To bez sensu…
- Powiedzmy, że w Borgo są dobre bomboloni! - skwitował Mario zawadiacko.
- Acha! No to chyba że tak - w lot podłapałam prowokację.
- Gdzie w końcu jedziemy? - zapytali chłopcy.
- Na pączki do Borgo. Co to dla nas?!


Mario przekonany był, że za wzgórzami niebo się "otworzy", jednak chmury jeszcze bardziej zgęstniały tak, że po wyjściu z baru w Borgo San Lorenzo miny mieliśmy niewyraźne…
- Mam pomysł! Pojedźmy do Sant'Agata! To maleńka miejscowość za Scarperią, tam jest ponoć bardzo stara pieve … 
Okazało się, że intuicja tego dnia prowadziła mnie w jedynym dobrym kierunku. W kierunku, który obfitował w piękne obrazy, radości i spokój. Ale o tym więcej już jutro. Tymczasem dziś odrobinę toskańskiego słońca… 


Kiedy byliśmy na naszej wyprawie w Marche przejeżdżaliśmy przez ciągnące się w nieskończoność pola słoneczników. Oczywiście fotografowanie ich w ulewie nie było tym, o czym marzyłam. Rozkwit pola pod Brisighellą przegapiłam w nadmiarze zajęć. Pole za Rontą odkryłam, kiedy jechaliśmy na ślub i nie było czasu na przystanki… a potem i ono przekwitło. Jednym słowem przyjęłam już z pokorą do wiadomości fakt, że w tym roku słonecznikowych zdjęć nie będzie. Trudno...


I oto niespodzianka! Właśnie po drodze do Sant'Agata, za Borgo, na falującym wzgórzu jak okiem sięgnąć rozlało się słońce promiennymi słonecznikami… Słoneczniki bez końca! Tak słonecznie żółte jak żółte potrafią być tylko toskańskie słoneczniki. Aż tak pięknych uwierzcie, nigdy jeszcze nie widziałam. 


Weszliśmy ostrożnie między kwiaty wzrostem imponujące, delikatnie, na palcach by uczty pszczół nie zakłócać. Tyle słońca nagle na nas spłynęło. Po dwóch kroplach deszczu niebo znów odzyskało błękit i takim pięknym spektaklem stracony nadmorski dzień wynagrodziło. Cieszyliśmy się kwiatami przez dobrą godzinę. Sfotografowaliśmy słoneczne pole z każdej strony, a żeby wejść na szczyt wzgórza przeszliśmy przez tereny kolei państwowych, gdzie wstęp - jak informowała tablica - nieupoważnionym był wzbroniony i groził horrendalną karą. Nic nas to jednak nie zniechęciło i zaraz przypomniałam sobie, jak kiedyś biegałam z bratem po torach dworca Grochów, gdzieś po jakiś bocznicach w szpilkach i tiulowej spódnicy i nas panowie w mundurach szybko przegonili... 


Tak nam pięknie dzień zmienił kierunek. Tak nam się zrobiło słonecznie i toskańsko … Potem było małe jeziorko i owce i krowy, stara pieve i rzędy cyprysów … Ale o tym już jutro. Dziś już późno, już czas nagli…  
Słoneczniki już wszędzie przekwitły. To jedno pole chyba czekało na mnie...


PRZEKWITNĄĆ to znaczy SFIORIRE (wym sfiorire)

10 komentarzy:

  1. pierwsze zdjęcie - myślałam, że to fotoszop. mega!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym tam nie była i nie widziała na własne oczy też powiedziałabym, że to fotoszop!

      Usuń
    2. A ja nie znalazłam kwitnących.
      Po prostu piękne i te kolory😍

      Usuń
  2. Jesteście niesamowici :) Przepiękne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kasiu! Dziękuję za tyle słońca w ten pochmurny lipcopadowy dzień!
    U Ciebie susza, u mnie na Pomorzu grube szare chmury, ech...
    Jak dobrze wrócić TU, do Twoich słów i obrazów po małej przerwie.
    Pozdrowienia! Uściski!
    Asia C.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pani Kasiu,
    odzywają się Państwo ze Śląska, którzy spotkali Panią na ulicy w Marradi. Dopiero teraz oswoiliśmy polską codzienność i odzywamy się.
    Od kilku lat smakujemy w wakacje kolejny kawałek ziemi włoskiej. W tym roku przyszła kolej na Toskanię. Zamieszkaliśmy w Coniale (30 km od Marradi) w przeuroczym, cichym miejscu, w 500 letnim domu. Gospodarz uroczy! Widoki zapierały dech,cisza dzwoniła w uszach (no nie do końca, ach te cykady...), bliskość rzeki Santerno - to olbrzymie atuty tego miejsca. Codziennie wyruszaliśmy Pani śladami i w wielkim upale cieszyliśmy oczy i duszę otaczającym nas pięknem. Pani blog był oczywiście ogromną inspiracją dla naszych wycieczek. Dziękujemy! Teraz czytamy go "innymi oczami".
    Pozdrawiamy bardzo serdecznie!
    Ciao!
    Państwo ze Śląska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze tu dopiszę- bardzo dziękuję:) Takie spotkania są dla mnie zawsze niezmiernie wzruszające. Mam nadzieję, że jeszcze Państwo do nas wrócą:)) Sant'Agata czeka:)

      Usuń
  5. Brak słów by opisać uczucia gdy patrzę na Pani zdjęcia Pani Kasiu. Rok temu spełniłam marzenie mego życia- byłam w Toskanii- teraz moim marzeniem jest by tam wrócić...pozdrawiam Beata

    OdpowiedzUsuń
  6. Brak słów by opisać uczucia gdy patrzę na Pani zdjęcia Pani Kasiu. Rok temu spełniłam marzenie mego życia- byłam w Toskanii- teraz moim marzeniem jest by tam wrócić...pozdrawiam Beata

    OdpowiedzUsuń
  7. Wow! Słonecznikowy cudnie i wy tez cudni jesteście ! ��
    Sant'Agata...?!
    No to chyba muszę tam kiedyś zajechać.. ��
    Toskania to tez moje marzenie.. ��

    OdpowiedzUsuń

Drukuj