środa, 21 czerwca 2017

Upalna Florencja i różany ogród


Kiedy pociąg sunął tunelami i zielonymi dolinami w kierunku toskańskiej stolicy, skorzystałam z chwili bezczynności na wymianę codziennej, przyjacielskiej korespondencji. 
"Odkrycia czegoś nowego… " - napisała mi A. na wieść o tym, dokąd to mnie nogi niosą.
Pomyślałam, że tym razem będzie to raczej niemożliwe. Jeśli towarzyszę w podróży do Florencji tym, którzy nigdy wcześniej tam nie byli, muszę najpierw pokazać im turystyczne emblematy, miejsca z pocztówek, zabytkowy top. I tak snujemy się od Duomo do Ponte Vecchio, od Palazzo Pitti do Palazzo Strozzi, od Santa Trinita' do Santa Maria Novella itd… itd…
Odkrywanie nieznanego wychodzi mi lepiej, kiedy jestem sama albo kiedy towarzyszy mi ktoś z tubylców i odsłania specjalnie dla mnie nowe sekrety miasta, małe perełki nieznane szerszej rzeszy turystów. To po takich spacerach czuję się tak jakbym posiadła tajną wiedzę.  


Florencja przywitała nas upałem, jakiego można "zakosztować" tylko tutaj lub w kilku innych najgorętszych miastach Italii. Kto nie przyzwyczajony ten cierpi i rozpaczliwie szuka choć skrawka cienia. Ja należę do węższej grupy, tych którzy spacerują w pełnym słońcu i czerpią  z tego dziką radość, a najlżejszy powiew klimatyzacji wywołuje natychmiast gęsią skórkę.


Przeszliśmy klasycznym szlakiem, głaszcząc po drodze nos dzika, zadzierając głowę w stronę florenckiej kopuły, patrząc w odmęty Arno, ocierając się o kolorowe stragany i złote wystawy.  
A potem wszyscy zgodnie przystali na propozycję spaceru aż do Piazzale Michelangelo...


 Uzupełniony zapas wody przed Palazzo Pitti, a potem wzdłuż Arno i zaraz w górę stromymi, krętymi uliczkami. Opuściliśmy mury starego miasta i po kilku ostro złamanych zakrętach znaleźliśmy się na najsłynniejszym "tarasie" Florencji. Widok stąd znają chyba wszyscy, nawet ci, którzy nigdy w Toskanii nie byli... 


Jednak gorąc i wspinaczka na piazzale odarła wszystkich z życiowych sił i nieśmiało pojawiła się propozycja by jednak kierować się już w stronę stacji. 
Nim jednak do niej dotarliśmy, udało mi się znaleźć coś nowego, tak jak życzyła mi A. 


Giardino delle Rose. 
Maleńki park. Ogród różany i nie tylko. Znajdziemy tu bowiem wiele niezwykłych gatunków roślin, fantazyjne fontanny, a obecnie również kolekcję rzeźb z brązu. Hektar ziemi pocięty tarasami,  maleńka oaza spokoju, tuż pod słynnym placem, skąd rozpościera się przepiękna panorama miasta. Powiem szczerze, że zdecydowanie milej podziwiać ją z tej perspektywy, niż z zatłoczonego piazzale.


Na koniec jeszcze tylko na sekundkę nos wściubiłam do jednego z kościołów, bo jakże mogłabym ominąć otwarte wrota?? Jednak o Chiesa di San Remigio napiszę już innym razem, bo dziś czas nagli. 
Nasz florencki dzień, pół - dzień zakończył się ożywczym sorbetem, przez który na stację musieliśmy podążać świńskim truchtem, co tak czy inaczej koniec końców okazało zbyteczne, gdyż i pociąg gorąca chyba nie wytrzymał i w ostatniej chwili zażądał zmiennika.


 Nie pierwszy już raz wysiadając na stacji w Biforco usłyszałam od Gości - w Marradi i tak najfajniej! 
Kocham Florencję, bo jak widać, nawet przelotem, ot tak potrafi człowieka zaskoczyć, ale też nie mogę się nie zgodzić… W Marradi człowiekowi najlepiej!

ZGADZAĆ SIĘ - ESSERE D'ACCORDO (wym. essere dakkordo)

2 komentarze:

  1. Florencja na Pani zdjęciach wygląda bajkowo, magicznie aż chce się tam pojechać jednak chyba bardziej wolę "swojskie klimaty" jakie panują w Marradi ;). To właśnie opowieści z Marradi pokazują prawdziwego ducha Włoch i życzliwość ich mieszkańców. Pozdrawiam, Karolina

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuje za Florencję ....choć tylko raz miałam okazję to miasto zobaczyć to zakochałam się w nim na całego :) zdjęcia piękne ...zresztą jak zawsze :) uwielbiam czytać Pani bloga .Dorota

    OdpowiedzUsuń

Drukuj