sobota, 29 kwietnia 2017

Król dowcipów oraz w oczekiwaniu na gości i na toskańskie upały.


- Wiesz jak się nazywa największy battitore delle mani (ten co klaszcze)? - pyta Tomek przy obiedzie.
- Nie mam pojęcia - odpowiadam.
- BATMAN!
- Przyznaj, że to było dobre - śmieje się Mario.
- Tak, to nawet zabawne.
Zastanawiam się czy Tomek w ostatnim czasie (a mam tu na myśli jakieś ostatnie trzy lata) zjadł posiłek bez serwowania innym swoich dowcipów. Musi! Musi! Inaczej się udusi! Zawsze ma w zanadrzu jakąś "barzallettę", a nawet jeśli zdarzy się, że nie przyniósł niczego nowego ze szkoły, to co gorsza sam na poczekaniu wymyśla. 
Już dawno postawiłam sprawę jasno - jesteś moim synem, kocham cię nad życie, ale nie umiem zmusić się do śmiechu, kiedy coś mnie NIE śmieszy. Wiesz, że ja kawałów zwyczajnie nie znoszę!! Spłynęło to po Tomku jak po przysłowiowej kaczce i nawet przez chwilę nie pomyślał by, opowiadanie dowcipów porzucić. A przy kolacji to już w ogóle obowiązkowo! Jeszcze zanim do stołu usiądzie, obmyśla co ma opowiedzieć. Szaleństwo. 
Oczywiście kilka razy zdarzyło mi się zaśmiać, nawet na głos a raz prawie udusiłam się ze śmiechu, ale jak się człowiek nie spodziewa, to tak bywa!

W piątek Tomek wrócił ze szkoły w wyjątkowo dobrym humorze. Stosując się do moich rad, ostatecznie wywalczył sobie jeszcze jedną scenę w szkolnej sztuce. Scenę nie byle jaką, bo w roli, na której najbardziej mu zależało, a zatem sukces - powiedziałabym - podwójny. Cieszę się, że zdobył się, że odważył się zawalczyć o swoje. Mam nadzieję, że nauczył się czegoś nowego.

***

Wiatr ustał, niebo zapas wody wyczerpało i znów w lazury się zestroiło. Niby ciepło jeszcze niesatysfakcjonujące, ale narzekać już nie będę. Mam tylko nadzieję, że w końcu i upały się rozgoszczą i moje białe sukienki będą fruwać po toskańskich łąkach.

Dokupiłam do ogrodu nowy krzaczek rozmarynu i bazylię i pelargonię w niespotykanym odcieniu różu i chyba w końcu posadzę pomidory, bo przecież ile można czekać!!!

***
- Co mamy jeszcze posprzątać?
To i tamto, tu i tam - wydaję komendy jak kierownik robót. Zaglądam w kąty i wszystkie zakamarki, sięgam wzrokiem tam, gdzie normalny wzrok nie sięga. - Goście jadą! Goście jadą! - powtarzam i sama też z zakasanymi rękawami uwijam się jak w ukropie. Dom wielki,  tu zawsze jest co sprzątać. 
A potem - uffff… zrobione… Goście! Goście! Czekamy!

KLASKAĆ to znaczy BATTERE LE MANI (wym. battere le mani)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj