poniedziałek, 6 marca 2017

W krainie kwitnących drzew



Wszystkie nasze plany odnośnie wypraw toskańskich musiały zostać odłożone na inny raz. Deszcze, burze, wiatr i gniewne niebo, przynajmniej według prognoz, nie miały zamiaru oszczędzić żadnej z prowincji naszego regionu. Wybór kierunku niedzielnego wojażowania był więc prosty! 
Nad Romanią, jak na wiosnę przystało, rozlało się lazurowe niebo, a temperatura sprawiła, że rozpoczęło się to, na co zawsze czekam z utęsknieniem! Sady porastające dużą część regionu zaczęły kwitnąć! Brzoskwinie, jabłonie, śliwki, kaki … 


Jechaliśmy bez celu, przy każdym skrzyżowaniu obierając przekornie kierunek nieznany. Chcieliśmy trafić tam, gdzie nas jeszcze nie było, znaleźć to, co wciąż ukryte ... 
Tymczasem znaleźliśmy drzewa owocowe słodko pachnące i mimozy i stokrotki … Wiosna w najlepsze zapanowała w Romanii. Po pierwszym przystanku, po dawce takich widoków zaraz u wszystkich apetyt się zaostrzył. Zaczęliśmy więc rozglądać się za godnym miejscem dla naszego czerwonego koszyka .. 


Kusiły "finezyjne" reklamy swojskich lokali, ale my mieliśmy przecież ten nasz czerwony koszyk pełen kanapek z mortadellą, pomarańczy, ciasteczek i wina…  Miejsca na piknik długo szukać nie musieliśmy, bowiem pagórki otaczające Imolę, to spektakl na miarę Toskanii, za każdym kolejnym zakrętem, pojawia się coś, co mowę odbiera...


I tak zatrzymaliśmy się na rozległej łące z widokiem na Imolę i linię Adriatyku, a chłopcy zaraz dokonali skoku na koszyk i jego zawartość.


 Okazało się, że łąka za jej wybór odpłaciła nam tym czym mogła…
- Mamusiu! Popatrz co tu rośnie!
- To dzikie radicchio! 
- Pozbieramy?
- Pewnie! 
 Uwielbiam dzikie radicchio, które tutaj zimą i wczesną wiosną rośna na polach i na łąkach, malutkie kępki zielono czerwone, nie bardzo gorzkie, zajadamy prawie codziennie. Nazbieraliśmy go tyle, że wystarczy nam na cały tydzień!



Znów ruszyliśmy w drogę, jedno skrzyżowanie, drugie skrzyżowanie… Drogi niezmiennie pchały nas do centrum Imoli, a my uparcie z nich zawracaliśmy. Dużych miast nie było w planie. To znaczy wcześniej były - Florencja i jej muzea, ale jak pisałam pogodowo się zbiesiła, więc miały być odludzia Romagnii, a nie miejski chaos.  


Miałam nadzieję, że zatoczymy szersze kręgi, że dotrzemy tam, gdzie nas jeszcze nie było, tymczasem wciąż kręciliśmy się po znanych terenach, ucząc się nowych dróg, pokonując niemożliwe zakręty i wciąż próbując się zgubić w ich plątaninie. Znów na skrzyżowaniach byliśmy przekorni, prowokując nasz włóczykijowy los, ale i tak za każdym razem trafialiśmy w dobrze znane miejsce. 


Tym sposobem znów znaleźliśmy się w Toskanii… Niebo przed nami spochmurniało, lazur został za plecami, ale wtedy przyszło mi do głowy pewne miejsce… 
Miejsce, o którym pisano w prasie, miejsce ma tylko kilkunastu mieszkańców, miejsce w centrum Italii, ale jakby na końcu świata, gdzie ludzie mówią w swoim językiem. Już jutro zabiorę Was do Casetta di Tiara
A tymczasem dobrego tygodnia!

UPARTY to po włosku TESTARDO (wym. testardo)

7 komentarzy:

  1. Pani Kasiu a to co na żółto kwitnie to taka drzewiasta forsycja? Bo wygląda jak złotokap, ale chyba na niego jeszcze za wcześnie ? Pozdrawiam Aneta G

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ cudnie i wiosennie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. W Toskanii jestem już dziesiąty dzień. Pogoda w tym momencie to po prostu jakiś istny koszmar.
    Dawno tak nie zmarzłam. Brrr...

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak pięknie w tych białych kwieciech:)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj