niedziela, 12 marca 2017

Ponte della Pia i sekrety Czerwonego Koszyka


Ponad pięćset kilometrów w jeden dzień. Kierunek: za Sienę. Cel główny: San Galgano i coś jeszcze, może nawet morze. Pogoda: wymarzona. Bagażnik: koc, plecak ze sprzętem fotograficznym, zapas wody i Czerwony Koszyk… prawie pusty. Tak, tak! Prawie pusty i od tego właśnie chciałam zacząć.
Jak już wiele razy wspominałam nasze wyprawy są ekonomiczne do granic możliwości. Oczywiście miło byłoby usiąść w jakiejś lokalnej trattorii, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Tym razem doznaliśmy jednak olśnienia i stwierdziliśmy, że błędem jest wypełnianie koszyka w domu. Można przecież popróbować smaków lokalnych robiąc zakupy po drodze lub na miejscu. Wiadomo przecież, że w Italii wszystko się zmienia co kilka kilometrów. Tu specjalnością jest jakaś kiełbasa, tam wypiekają słynny chleb, tu pasta taka a nie inna, tam miasteczko słynie z wina itd itd … Jak tylko wjechaliśmy do provincia Siena, zaraz zjechaliśmy z autostrady i jadąc w kierunku San Galgano, które miało być naszym pierwszym celem, zaczęliśmy wypatrywać szyldów: alimentari, salumeria.




Długo czekać nie musieliśmy. Już po kilku kilometrach, w maleńkiej osadzie napotkaliśmy sklepik jak z włoskiego filmu. Kiedy weszłam do środka i zobaczyłam za ladą sprzedawcę zaraz odwróciłam się na pięcie i pobiegłam po aparat! Miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie. Salumiere miał na nosie starodawne okulary, wąsy jak bajkowy oberżysta, ubrany był w długi fartuch i uśmiechał się do nas serdecznie zachwalając swoje produkty. Kupiliśmy to z czego Siena słynie. Pokaźny kawałek, a nawet dwa pieczonej porchetty i kilka kiełbasek z cinta senese - gatunku świni typowego dla tej części regionu. 
Oto sposób jak dobrze zjeść i nie zbankrutować na toskańskich wakacjach. Pamiętajcie jednak, aby szukać lokalnych sklepików, a nie zaopatrywać się w "prodotti tipici" na słynnych placach i deptakach turystycznych miast. 



Kiedy Czerwony Koszyk się zapełnił poczuliśmy się spokojniejsi. W naszych wojażach musimy mieć dwa zapasy: zapas benzyny i zapas jedzenia!
Do San Galgano brakowało kilkunastu kilometrów…
- Patrzcie!!! Jaki most!
Zaraz się zatrzymaliśmy i podekscytowani wyskoczyliśmy z samochodu. To co nieplanowane, nieoczekiwane, to co odkryje się przypadkiem jest zawsze najpiękniejsze...



Il Ponte della Pia pochodzi z czasów rzymskich, ale odbudowany został w średniowieczu w XIII wieku. Most znajduje się przy drodze nr 73 zaraz za miasteczkiem Rosia i wznosi się nad potokiem o tej samej nazwie. W dawnych czasach jego rola była istotna - znajdował się bowiem na drodze zwanej Via Massetana, która łączyła Sienę z Maremmą. 
Kamienny most prawdopodobnie wziął swoją nazwę od niejakiej Pia de' Tolomei, pochodzącej ze Sieny szlachcianki, która należała do rodziny Guastelloni di Siena. Jak mówi legenda nieszczęsna Pia, która nie zdołała dać swojemu drugiemu mężowi żadnego potomka, została przez niego zepchnięta z zamkowej wieży. Mówi się, że kiedy nastaje noc "przechadza się" po moście spowita w białe szaty, nie dotykając stopami ziemi. 
Legenda legendą, ale prawda jest taka, że Pia rzeczywiście życia pięknego nie miała. Jej drugie małżeństwo, jak wiele podobnych w tamtych czasach, było politycznym układem. Jej historia musiała poruszyć samego Alighieri, bo i Pia swoje miejsce w czyśćcu "dantejskim" znalazła. To też kolejny dowód na to, że Divina Commedia to kronika dawnych wieków.
    

Sfotografowaliśmy most i siebie na nim we wszystkich możliwych ujęciach i zaraz ruszyliśmy dalej. Nie mogłam się doczekać San Galgano, ale też coraz częściej myślałam o apetycznym kawałku porchetty spoczywającym w Czerwonym Koszyku… 


SKLEP Z WĘDLINAMI to po włosku SALUMERIA (salumerija)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj