poniedziałek, 27 marca 2017

Dąb, który dotyka nieba i wulkan najmniejszy z najmniejszych


W niedzielę Mario przyjechał z tym… z takim… no to … co to się kręci, robi dużo pyłu, ale dzięki temu potem się człowiekowi drzazgi nie wbijają. Mario przywiózł też klej do drewna, bo stół, który w zeszłym roku tak starannie "odpicowałam", rozeschł się i rozłożył niemal na czynniki pierwsze. Nikt z nas nie miał przebłysku inteligencji, by na zimę schować go do cantiny
Popatrzyłam z niechęcią na to całe zamieszanie i sama mając już na koncie poranne opróżnianie pokoju chłopców ze smoków Obiboków i innych im podobnych, poprosiłam nieśmiało czy nie moglibyśmy gdzieś bliziutko się przejechać… Wiedziałam, że jeśli choć przez chwilę moja głowa się nie przewietrzy, wieczorem dopadnie mnie frustracja nieznośna dla mnie samej i irytująca bliskie otoczenie.
Wybór kierunku rodził się w bólach, ale w końcu zaproponowałam, że może przekonamy się dokąd prowadzi droga pomiędzy Tredozio i Lago di Ponte. - Ta, co to ją widzieliśmy… 


Ruszyliśmy w stronę Lutirano mijając po drodze najpiękniejsze w okolicy posiadłości, przejeżdżając w cieniu najstarszych cyprysów. Wiosna malowała pięknymi kolorami i choć bardzo, bardzo ciepło nie było (20 stopni) to powietrze było jak kryształ, dzień przepiękny...


Dojechaliśmy do Tredozio i kilka kilometrów za miasteczkiem zjechaliśmy z głównej drogi. Obraliśmy inną, podrzędną w nadziei, że to będzie właśnie ta kręta, która gdzieś tam migała zakrętami pod szczytem.
Pierwszy zatrzymany tubylec pozbawił nas jednak złudzeń, tłumacząc, że ta droga zaprowadzi nas do …. najpierw na Tramazzo, a potem do Marradi!
Przejechaliśmy kawałek z czystej ciekawości, aż oczom naszym ukazała się tablica: granica Parco Nazionale.
- Mamusiu tu jest "parco", tu na pewno nie można wjeżdżać samochodem - Mikołaj zaraz stanął na straży porządku.
I w istocie chwilę potem pojawił się znak z całą swoją okrągłością zakazu. 
Zatrzymaliśmy się przy tablicy informacyjnej, by choć nogi rozprostować i rozeznać się w terenie.



Chłopcy jak zwykle czmychnęli w las i dalej gonić, różdżkami machać, przez potok skakać jak dzicy… 
-  Mamusiu przyjedziemy się tu latem pokąpać? Zobacz jak jest pięknie!
- Mając Lamone pod oknami, mielibyśmy tu jechać na kąpiel? To strumyczek i założę się, że latem wysycha na pieprz!



- "Drzewa, które dotykają nieba…" - piękne! Tu są jakieś giganty! Czekaj, czekaj… gdzie jesteśmy? O tu! A zatem dąb Roverella del Bagno jest zaledwie 10 min drogi stąd. Poczekasz? Spróbuję go znaleźć i sfotografować.
U Mario niestety odezwały się stare kontuzje i pewnie bez interwencji chirurgicznej się nie obejdzie, dlatego na jakiś czas musi odłożyć na bok nawet dziesięciominutowe wspinaczki. 
- Idź, idź - przytaknął spokojnie. 
Zerwałam się do biegu jakby mi ktoś czas odmierzał, przemknęłam obok chłopców, których zabawa rozkręciła się w najlepsze, przeskoczyłam przez strumyk i wśród słońca, fiołków i prymulek zaczęłam piąć się coraz wyżej wypatrując dębowego giganta... 


Roverella del Bagno nie jest największym dębem, jaki w życiu widziałam, ale tak czy inaczej prezentowała się pięknie. Pomyślałam sobie, że miło byłoby urządzić sobie pod nią piknik, a potem ruszyć dalej tropem pozostałych "drzew dotykających nieba".


Zostawiliśmy dęby i Tramazzo i znów wróciliśmy na główną drogę. 
- W lewo czy w prawo? - zapytał Mario. - To znaczy lago czy Tredozio?
- Tredozio, zobaczymy co tam ciekawego na tablicach informacyjnych.
Niestety nic nie natchnęło nas, by ruszyć w nieznane, żaden z drogowskazów nie zainspirował, dlatego też pojechaliśmy w stronę Monte Busca, o którym na blogu już było, ale ponieważ tylu jest nowych Czytelników i może nie każdy miał czas i chęci zagłębiać się w archiwum, pomyślałam, że może warto odświeżyć informacje i znów pokazać najmniejszy włoski wulkan!  


Vulcano Monte Busca to prawdziwy fenomen. Od kilkuset lat wydobywa się tu gaz, który w połączeniu z tlenem sam się zapala. Płomienie widoczne są z oddali i od dawna przyciągają ciekawskich. Pierwsze wzmianki na piśmie pochodzą z XVI wieku, a więc historia imponująca i kto wie co było wcześniej 
Vulcano jest nazywany "najmniejszym włoskim wulkanem". To rzeczywiście jakby góra kamieni na lekko uniesionym podłożu, ponad którą tańczą żywe płomienie... 



- Pomyśl, a gdyby tak teraz zachciało mu się wybuchnąć … - Mario wysnuł apokaliptyczną wizję.
- Nad tym samym się właśnie zastanawiałam. - Patrzyłam na popękaną, wyschniętą ziemię pod stopami. 
"Inferno" rozciąga się w pięknej dolinie. Nomen omen - co za sugestywna nazwa - inferno - piekło, tak właśnie zostało to miejsce nazwane. Jest ono jednak zaprzeczeniem tego, co rozciąga się przed naszymi oczami. Rozległa dolina, rajska i sielska, nijak ma się do piekła. Tylko ten wiecznie płonący ogień przypomina o diabelskich odniesieniach.


Minęło kilka lat odkąd przyjechaliśmy tu po raz pierwszy. To było w 2014, nasza pierwsza zima w Biforco. Chłopcy gonili łąkami, polami, na łeb na szyję. Jak dwa małe psiaki…
Dziś wyrośli, wydorośleli, ale jednak nie na tyle, by łąki zielone przestały ich kusić. 
Znów pomknęli jak wiatr, wolni szczęśliwi, polami, łąkami...


W drodze powrotnej zastanowił nas maleńki kościółek, który wielokrotnie oglądaliśmy z drogi i tym razem postanowiliśmy przyjrzeć mu się bliżej … Napiszę o nim jutro, bo okazało się, że znów odkryłam małą lokalną perełkę… 
Dobrego tygodnia!


NAJMNIEJSZY to znaczy IL PIU' PICCOLO (wym. il piu piccolo)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj