wtorek, 28 lutego 2017

Obiad pod roześmianym niebem


- Mamusiu co byś chciała na urodziny?
- Hmmm… Ale z realnych czy nierealnych, bo to dylemat pomiędzy chciałabym wydania książki albo nową torebkę.
- No wiesz… Z nierealnych to ja bym chciał Nimbusa 2000.
- Ej! mam nadzieję, że jednak wydanie mojej książki jest choć odrobinę bardziej realne niż twój Gimbus.
- Nimbus.
- Nimbus.
- Zostańmy zatem przy sprawach realnych, możliwych.
- Chciałabym nową torbę. 
- Jakieś ubranka?
- Chętnie. Wiesz, generalnie to już wszędzie mam braki, więc wszystko sprawi mi radość…. Ale czekaj, przecież to będzie czterdziestka! To tak jakąś torebką czterdziestkę opędzić nie przystoi. Czterdzieści to nie byle co!
- Mamusiu, ale popatrz ludzie takie wielkie halo robią z czterdziestki, mówią: "bo czterdzieści ma się tylko raz!" A ja się pytam - a 38, 39 to niby więcej razy?  
- Mądrala z ciebie, celna uwaga! Myślę, że 40 to taka kolejna granica, równa cyfra, a po włosku z -enta już na zawsze przechodzisz w etap -anta
- Czyli podsumowując: robisz się stary! - Tomek zaśmiewa się z własnego dowcipu.
- Jaki stary, jaki stary! Ja teraz właśnie żyję. 
- Żartuję, przecież wiem, że nie jesteś stara. 
- A zatem wracając do mojej czterdziestki... Chciałabym mieć super przyjęcie z przyjaciółmi, a potem chciałabym gdzieś pojechać… 
- Do Nowej Zelandii?
- Oj tam zaraz Zelandia!
- Gdzieś blisko, choć na chwilę.
- Lizbona?
- Nieee nawet nie… Sycylia, Puglia, Elba… 
- Sardegna - wtrąca Mikołaj.
- Dokładnie.



- A ja bym chciał... - zaczyna Tomek.   
- O tobie teraz nie mówimy! Co to jest jakieś tam trzynaście!
- Robię się stary!
Wytrzeszczam oczy.
- Robię się stary w kinie! To znaczy za bilet będę płacił tak jak stary.
- Co racja to racja.
- Mamusiu, a ja nawet nie mam grosza - Mikołaj z udawanym przejęciem wygłasza przemyślaną kwestię. 
- Jak nie masz grosza?? To co zrobiłeś ze swoimi pieniędzmi??? Aaaa… czekaj, czekaj spryciulo! Pewnie, że nie masz grosza. Ty masz euro i centy!
Dowcipniś uśmiecha się szubrawo po udanej prowokacji. Zaraz potem wstaje od stołu ze zmarszczonym czołem i zmrużonymi oczami. 
- Idę do domu, już nie wyrabiam na tym słońcu.
- Nie grzesz, jest tak cudnie, a to dopiero luty!!!! 
- Za gorąco!!!
Taki to był cudny niedzielny obiad w lutowym słońcu, przy pysznym kremie z fenkuła i marchewki, przy zabawnych dialogach. Momenty jak cenne skarby zachowane w sercu na zawsze.

OBIAD to po włosku PRANZO (wym. pranco)

4 komentarze:

  1. Ach, jak ja Was lubię!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. I ja też !!!
    Marta

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale Wam zazdroszczę tego słoneczka. U mnie jeszcze daleko do obiadku na tarasie. Pozdrawiam Was bardzo serdecznie. Mariola

    OdpowiedzUsuń

Drukuj