niedziela, 26 lutego 2017

Nic nie zdarza się przypadkiem...


Sobota była przedziwnym dniem… Niby nie zrobiliśmy nic wielkiego, a jednak tyle drobniutkich jak kolorowe ceramiczne odłamki chwil złożyło się na to, że zwykły dzień zamienił się w barwny niczym raweńskie mozaiki obraz... Myślałam o tym nawet dziś rano, nim jeszcze otworzyłam oczy… Powtórzę kolejny raz: życie jak pudełko czekoladek... 


Sobotni ranek to zawsze czas na wspólne lenistwo. Zazwyczaj smażę górę naleśników, a potem zjadamy je w łóżku oglądając jakieś głupoty. Uwielbiamy to! Nikt nam tego nie zabierze! Tak też było i tym razem. Nim jednak oddaliśmy się naszym sobotnim rytuałom i zanim największy śpioch świata - czytaj Tomek - uchylił oko, razem z Mikołajem zaplątałam się w archiwach mojego własnego bloga…
- Pokażesz mi pierwszy wpis.
- Oooo pamiętam ten dom!
- A to pamiętasz? - przewróciłam kilka wirtualnych stron.
- Nie…
- A to? 
- Też nie…. Oooo nasze mecze w Lutirano pamiętam!!!


-  … A to kto?
- Francesco.
Mikołaj wytrzeszcza oczy.
- I Mario miał włosy…
- Wszyscy się zmieniliśmy. Wy najbardziej.
- Pokaż te, gdzie byłem malutki.


- A to łąki Casaglia, tam bałeś się wiatru, pamiętasz? 
- Coś chyba pamiętam.
- A potem pojechaliśmy do Crespino na "festę dello stinco" (święto golonki) i tam była taka dziewczynka Letizia…
- Nie pamiętam.
- Chciała się z wami bawić. 
Przeglądając z Mikołajem stare zdjęcia i artykuły, uświadomiłam sobie po raz kolejny jak niezwykłą kroniką stał się ten blog dla moich dzieci. Zapisem codzienności. Zapisem dni smutnych i radosnych, opowieścią o ich dorastaniu. Nawet ja sama wielu drobniejszych chwil już nie pamiętam… Wszyscy się zmieniliśmy i nie chodzi mi jedynie o dorastanie czy starzenie się...


Idealna sobota musi pomieścić w sobie również leniwy spacer… Wyszliśmy więc przed południem do Maradi po drobne zakupy i zaraz za progiem przywitały nas pierwsze krokusy! Moje własne!!! Głupi kwiatek, a tyle radości!!! 
Poza zakupami, mieliśmy też ważną misję - znaleźć perukę dla Mikołaja na niedzielny bal. Tu nie było, tam też nie, ten nie ma, ani tamten. Już prawie straciłam nadzieję … Po drodze wstąpiliśmy do baru, bowiem przyszła mi do głowy jeszcze jedna osoba, która mogłaby nas poratować. Niestety peruki ani ani, ale za to okazało się, że do moich kolejnych dwóch zdjęć została przyczepiona kartka "venduto". Aż mi się oczy zaśmiały - i z radości i z chwilowego przypływu zadowolenia z siebie samej. 


- Halooo! Jest tu ktoś? - Stałam na scenie marradyjskiego teatru i próbowałam przekrzyczeć muzykę i hałasy. 
Odpowiedzialna za teatralne kostiumy Lally na szczęście była jeszcze w garderobie. Zastaliśmy ją między wieszakami, kapeluszami, strojami mnichów i księżniczek. 
- Łaaał …. - Tomek z wrażenia otworzył buzię. 
- Twój świat, prawda? 
- Kiedy będę mógł do nich dołączyć?
- Myślę, że już nadszedł czas…
Obładowani zakupami z czarną peruką, a nawet dwoma pod pachą wracaliśmy spacerem do domu zachwycając się coraz śmielej mrugającymi wśród traw fiori di san Giuseppe.  
- Co chcecie na obiad? Kupiłam dużo warzyw.
- Może być pasta z brokułami i kurczakiem? Nasza ulubiona.


- Przynajmniej będzie coś na blog - pomyślałam. - Tego chyba jeszcze nie publikowałam…
Brokuły do wody … siup. Foto. Kurczak nożem ciach ciach. Foto. Smażenie, podlewanie, mieszanie. Foto. Cała dokumentacja z przygotowania potrawy była prawie gotowa. Na stół wjechał pachnący apetycznie rondelek. Zaczęłam nakładać penne na talerze i wtedy naszły mnie wątpliwości.
- A czy ja tego przypadkiem już nie publikowałam???
- No pewnie, że tak! - Tomek natychmiast pozbawił mnie złudzeń. 
- To po co ja te zdjęcia robię!?? - Odłożyłam aparat na bok nie fotografując efektu końcowego, po czym dziś rano, kiedy artykuł się pisał, zerknęłam dla pewności do archiwum Kuchni. Kurczaka z brokułami nie ma! Szlag! Zdjęcia końcowego też nie… No cóż następnym razem.  
Na pocieszenie ukręciłam ciasto! Pyszne! Z jabłkami i amaretti! Po przepis wpadnijcie później. 

***
A potem albo w tak zwanym międzyczasie - już mi się wszystko w tej głowie plącze - zadzwonił Mario.
- Lume a merz w Popolano to nie dzisiaj!
- Jak to nie dzisiaj?
- Gdzie ty widziałaś datę?
- Na plakatach… Tak mi się zdaje…
- To widocznie źle widziałaś. To we wtorek.
- Cudownie. Bella figura! Już się prawie z połową Marradi umówiłam tam wieczorem. Wspaniale! 


Tak naprawdę jednak ucieszyłam się, że światło dla marca miało zapłonąć we wtorek, a nie w sobotni wieczór, po południu bowiem miała odwiedzić mnie Contessa z Lexem. Bez planów na wieczór przynajmniej nie musieliśmy się nigdzie spieszyć. I tu już opada kurtyna… 
Tym razem niezwykle inspirujące, podnoszące na duchu, pełne pasji i szczerości rozmowy które wypełniły nam czas do wieczora zostawię dla siebie. Będę powtarzać jak mantrę, że życie jest przedziwne i przedziwnie splata nam ścieżki. Im dłużej żyję tym bardziej utwierdza się we mnie przekonanie, że nic nie zdarza się przypadkiem…

PRZYPADKIEM to znaczy PER CASO (wym. per kazo)   

1 komentarz:

  1. Piekny i wzruszajacy wpis.
    Wszystkiego naj ... Aneta

    OdpowiedzUsuń

Drukuj