wtorek, 14 lutego 2017

Monte Mauro - z serii "nieoczekiwane"


W niedzielę zaplanowałam wspólny poobiedni spacer z dziećmi, brakowało mi ich w czasie tego  szalonego tygodnia, poza tym rozochocona tulipanami chciałam dalej szukać śladów wiosny. Chłopców jednak nagle wywiało do Crespino, skorzystali ze spontanicznego zaproszenia przyjaciół i tyle ich widzieli. Tak czy inaczej nie miałam zamiaru zostać w domu, choć ten dom krzyczał - "ogarnij mnie wreszcie"! 
- Tulipany, żonkile, stokrotki - powtarzałam w myślach odpychając głos rozsądku. Zawiesiłam moje trzecie dziecko na szyi i ruszyłam w stronę Santa Barbary. 
Mario krzątał się przed domem, coś przycinał, kopał, przenosił.
- Ciaoo!
- A dzieci gdzie?
- W Crespino, trzeba po nich pojechać o 19.00.
- A ty co?
- A ja wyszłam na zdjęcia, nie chcę siedzieć w domu i sprzątać, potrzebuję się pokręcić po okolicy, pochodzić.
- Aaaa! To ty się mało ostatnio nachodziłaś, nakręciłaś?
- Ale to co innego!
Mario spakował do samochodu lornetkę, łudząc się, że mgła która zalegała w dolinie, rozrzedzi się, kiedy pojedziemy wyżej. 
- Monte Romano? Czy wolisz Gamberaldi?
- Może być Monte Romano.


Na Monte Romano mgła jeszcze bardziej zgęstniała, wywołując mój jęk zawodu. Mario zdecydował jednak aby jechać dalej… Pomyślałam, że to średni pomysł, bo przecież droga  miała urwać się za kilka zakrętów. 
- A tam? 
- Zattaglia? Chcesz jechać tą drogą?
- Spróbujmy, zobaczymy gdzie nas wyprowadzi. Spieszy ci się?
Droga była leśno szutrowa, ale jak na tak odludne miejsce całkiem gładka. Postanowiliśmy przekonać się na własnej skórze, co czeka na jej końcu. Jechaliśmy i jechaliśmy… dobrą godzinę a nawet trochę dłużej. Przez długi czas nie było nic tylko las, chaszcze, dzikie potoki i ścieżki dzików. Aż w końcu na kolejnym zakręcie wyłonił się mały kościółek… 
- A to co?
- Fornazzo. Chiesa di San Michele - odczytałam z tablicy.   
Całe obejście zamknięte było jednak na głucho. Zrobiłam zdjęcie i ruszyliśmy dalej. 



Wreszcie zaczęły pojawiać się jakieś zabudowania. Tu i tam kamienny dom albo jego resztki. Głazy zwalone na drogę, spacerowicze, wędrowcy… Krajobraz robił się coraz bardziej cywilizowany, droga znów była asfaltowa. Dzikie chaszcze zastąpiły równiutkie winnice...



 Dotarliśmy do Zattagli.
- A teraz? W prawo czy w lewo? 
- W prawo.
- Do Riolo? - w Riolo byłam dzień wcześniej, więc gdybym to ja decydowała pojechalibyśmy w prawo. Na całe szczęście ugryzłam się w język, bowiem po kilkuset metrach napotkaliśmy kolejny drogowskaz - Monte Mauro.
- Monte Mauro!!!  To o tym pisała mi ostatnio Sylwia!! (grazie Sylwia, popatrz jak to się w życiu plecie!!!!)


Monte Mauro to szczyt znajdujący się w dobrze mi znanym parku La Vena del Gesso. Tak naprawdę kręciliśmy się przecież wciąż blisko domu. Zatrzymaliśmy się przy maleńkim kościele, w którym niedawno musiała się skończyć msza, bo brodaty ksiądz z grupką ludzi wciąż siedział na progu. 
Zdążyłam zrobić kilka zdjęć - dzwon, kolorowy ołtarz, Madonna, zamglony krajobraz i nagle rozległo się za naszymi plecami automatyczne "cyk cyk"… Dzwon się poruszył, rozbujał i po wzgórzach rozniosło się donośne "ding - dong, ding - dong".



- Pięknie! Nawet jeśli dziś to piękno mgłą zgaszone. Jak tu musi być wiosną, latem...
- Idziemy na szczyt? 
- Idziemy. 
 Na szczyt prowadzą dwa szlaki, jak zgodnie określiliśmy - jeden dla tych odważnych i drugi dla tych z lękiem wysokości. Tak czy inaczej obydwa łatwe i malownicze. Wspinając się po zewnętrznej trzeba być jedynie bardziej uważnym, zbocze opada pionowo w dół. 


 Monte Mauro to raj dla geologów. Człowiek nie wie czy zachwycać się podłożem, na którym stawia stopy czy rozciągającą się panoramą. 
- Musimy koniecznie tu wrócić. Najszybciej jak to możliwe, jak tylko wiosna na dobre się rozgości.
- Dobry cel na bliską wyprawę, to od Marradi będzie nie więcej niż 30 kilometrów!
- Idealne miejsce na wycieczkę z czerwonym koszykiem! 


 Wiem, że na zdjęciach niewiele widać. Dzień naprawdę był mizerny, zupełnie jakby wiosna zrobiła sobie z mgły dymną zasłonę, pewnie rozgości się niezauważona, a my zorientujemy się, że już przyszła jak tylko wyjdzie słońce. A zatem kiedy już świat nabierze kolorów, wrócimy na Monte Mauro, bo miejsce jest doprawdy niezwykłe.


Wróciliśmy do domu "normalną" drogą, drogą piękną jak z obrazka, pośród winnic, uśpionych brzoskwiniowych sadów i gajów oliwnych, ponad którymi unosiły się smugi dymu. Przedwiosenne prace już się rozpoczęły, aż chce się żyć...



STAWIAĆ STOPY to znaczy METTERE I PIEDI (wym. mettere i piedi)

1 komentarz:

  1. Spoojnie, albo i nie... W przyszlym tygodniu na Calabrii i Sycylii zapowiadaja temperatury szok , 26, 27 stopni. Wiec na pewno te temperatury powedruja na polnoc i ociepli sie rowniez, mam nadzieje,na polnocy Europy, nie mowiac o Toskanii. Pozdrowienia znad Stretto.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj